• Czarny Spotify Ikona
  • Czarny iTunes Ikona
  • Czarny YouTube Ikona
  • Czarny Facebook Ikona
  • Czarny Instagram Ikona
  • Czarny Twitter Ikona

© 2018 BLACK HAT ULTRA

Podcast Black Hat Ultra | pasjonata biegania, podróży, ekspedycji ekstremalnych. Interesują mnie wszelkie aktywności gdzie wymagany jest specjalistyczny trening, odpowiednia regeneracja i dieta oraz niezłomny hart ducha. Podczas rozmów dowiem się co motywuje sportowców, jak znajdują czas i energię na treningi.

- Cała ta wędrówka i cała ta przygoda była tak świetna, czułem się taki wolny podczas tej wyprawy, wiedziałem, że jak wrócę to trzeba będzie kombinować, szukać pracy, wrócić do codziennego życia. Też tego chciałem. Wiesz, wrócić, pogadać z ludźmi przejść się do knajpy, pogadać ze znajomymi, ale wiedziałem, że mi będzie brakować tego całego biegu, tej wędrówki, tych przeżyć, które przeżyliśmy razem, tych przygód. To była pierwsza w życiu, taka długa przygoda i po drodze się już zastanawiałem, jak już kończyłem ile bym w zasadzie mógł jeszcze biegnąć, ile bym mógł wytrzymać, ile by to jeszcze trwało. Kilka dni przed zakończeniem zastanawiałem się tak „no kurcze, będzie brakować, będę tęsknił”. Siostra też w zasadzie mówiła, że ona też już myślała „kurcze, jak super było”, że ona też będzie musiała do Berlina wrócić. To było naprawdę mega przeżycie! 

 

 

- To był Roman Ficek. Ja się nazywam Kamil Dąbkowski i witam Was serdecznie w podcastcie Blach Hat Ultra! Roman był już gościem podcastu, wystąpił w czerwcu, w odcinku 23. Wtedy to poznaliśmy Romana, jego historię oraz osobowość. Tym razem spotkałem się z nim, aby usłyszeć o tym co przeżył na trasie biegu przez Karpaty. Od Orsovy w Rumunii, po Bratysławę na Słowacji. Ten bieg bym dla niego spełnieniem marzenia, do którego przygotowywał się mniej lub bardziej świadomie od 6 lat. Razem ze swoim supportem, w którego skład wchodziła jego siostra z chłopakiem oraz ekipa filmowa Montis Studio, przemierzyli tą trasę w rekordowym czasie 39 dni i 11 godzin. Roman przebiegł przez Karpaty 2300 kilometrów, pokonując 110 metrów przewyższeń, czyli około 60 stromych kilometrów przewyższeń dziennie. 

Zapraszam Was serdecznie na relację z tego biegu. Usłyszycie o zmaganiach Romana z psami pasterskimi, odciskami, niedźwiedziami i Gerlachem. Dowiecie się, która część z tej trasy jest najpiękniejsza i dlaczego są to polskie Tatry oraz o tym, jak to jest cieżko po długich wakacjach wrócić do normalnego życia.
Siedzimy z Romanem w Skawicy, w pokoju, który właśnie świeżo wysprzątał - zuch chłopak! Posłuchajcie.

 

- No cześć Roman, witam Cię serdecznie!
- Cześć, hej!
- No to jesteś po swoim wielkim wydarzeniu tegorocznym, czyli po przebiegnięciu Łuku Karpat. Udało się wszystko. Super, gratulacje!
- Dziękuję bardzo.
- Przygody chyba miałeś tam niesamowite i chciałbym, żebyś w tym post scriptum do naszej rozmowy opowiedział jak tam było w tych górach.

- Jasne, no pewnie. Z miłą chęcią opowiem jaką przygodę przeżyłem, bo naprawdę jest co opowiadać.
- Powiedz ile to w sumie było kilometrów, ile przewyższeń?

- Wiesz co, tam nam wyszło 39 dni, 11 godzin. Około 2300 kilometrów i 110 metrów pod górę. Tak mi Garmin podaje, ten turystyczny. Bo akurat z zegarkiem miałem tam problemy. Czasem mi się wieszał, wgrywałem trasy, robiłem różne rzeczy. To mi się zawiesił, to go resetowałem, a to twardy reset, to wykasował wszystkie dane, które były niespisane. To wiesz, tego już nie policzysz. A jednak ten turystyczny zegarek, on sobie zapisywał, chodził po prostu jak igła i stamtąd mam praktycznie wszystkie trasy zrysowane i dane.

- To powiedz, zacząłeś w Orsovej?
- Tak, Orsova. Serbsko - Rumuńska granica. Przy Dunaju dokładnie.
- Startujesz: jak wyglądały pierwsze dni?
- Pierwsza noc, to akurat mega gorąco. Pamiętam, tak nas komary pogryzły w tym busie. Ja już mialem dosyć jak wstałem. Pobudkę mieliśmy dość w czas, bo akurat koło 5:00, czy nawet przed 5:00 wstaliśmy, żeby się przygotować przed tym pierwszym dniem. No i ruszyłem w zasadzie, od tego znaku Orsova, gdzie Devin pokazuje 2300 kilometrów. Mam tam nawet taką fotkę na Facebooku z tym znakiem. No i ruszyłem przez góry, pierwsze Mehedinti, no i potem góry, to były takie pierwsze pasma w zasadzie najwyższe, najdziksze, najgorsze. Najtrudniejsze w zasadzie jakie tam przebiegłem.
- A na czym te trudności polegały?
- Początek, pierwsze 20 kilometrów było fajne, ale już po 5 kilometrach były psy pasterskie. Ledwie co wleciałem do lasu, wyleciałem na pola i psy. Ale na szczęście ze dwa, trzy tam były, także tak spokojnie.
- I co, one jakoś na Ciebie agresywnie reagowały? Oszczekiwały cię?
- Ogólnie, przez całą Rumunię, to minąłem chyba z 1000 tych psów. Po prostu masa tego była! Mijałem dziennie po kilka pastwisk, przy tych pastwiskach było od 5 do 15 psów zawsze. One pilnowały tych baranów, przy nich byli pasterze i to wszędzie można było ich spotkać. Na wysokości 1500, 1800. Myślałem sobie, że na 2000 to już pewnie jest granica. Nie! 2200, 2300, po prostu wszędzie były. Grapy, takie przechylenia, a Ci pasterze, te psy, na tych graniówkach, owinięci w takie folie, szmaty, leżeli i nie raz taka mgła była, kropiło deszczem a oni owinięci leżą, barany się gdzieś pasą w koło i te psy między nimi i powiem Ci, że jak wyglądali jak goście jacyś z Indii czy skądś dalej. Inny całkiem świat.
- A jak oni reagowali jak Ciebie widzieli?
- Niektórzy coś się odzywali, łapę pokazywali, czasem się mnie o papierosa pytali.
- [śmiech] To poczęstowałeś oczywiście?
- [śmiech] No jasne! Zawsze noszę Marlboro czerwone przy sobie.
- [śmiech] Prawdziwy mężczyzna.
- Dokładnie. Z jednym nawet mi się udało zdjęcie zrobić. Po pierwsze to on nie chciał jak mu chciałem zdjęcie samemu zrobić, ale powiedziałem mu, że we dwóch sobie zrobimy, to się zgodził, ok, ok.
No i wiesz co, jak go zaatakowałem, one już Cię z daleka widziały, no to jak już szczeknął jeden, no to już cała zgraja leci, już ten wylatuje z krzaków, drugi, trzeci, czwarty, piąty. Ja dystans jedyny jaki trzymałem od nich to kiedy robiłeś taki gest brania kamienia z ziemi i udawałeś, że rzucasz to się zatrzymywały. Tak w granicach 20-30-40 metrów. Ale były i takie psy, które się nie poddawały. Któryś podleciał, to za nim następny leciał i było gorzej. Czasem Cię potrafiły obskoczyć w koło i obszczekiwały. Czasem ani do przodu, ani do tyłu, tu już kijkami machasz z przodu, tu z tyłu już następne podlatują. Czasem miałem takie niefajne sytuacje, czasem pasterz wyszedł, zawołał, gwizdnął no to psy czasem się uspokajały. Czasami nawet pasterze dolatywali do mnie z 200-300 metrów jak widzieli z daleka, no bo psy nie chciały odpuścić. A ty ani do przodu, ani nic. No masakra! Trzeba było omijać te pastwiska. Jak widziałem, że idzie pasterz gdzieś tam, to ja już sobie go lewą stroną omijałem, poczekałem aż przejdą i po cichutku leciałem dalej. Także też takimi sposobami robiłem.
- Ale w końcu żaden Ciebie nie udziabał?
- Nie, miałem już takie sytuacje no naprawdę, że od nogi to już z pół metra były, dochodziły strasznie blisko. Nawet w ręce raz już petardę miałem, jakby co, to rzucę. Ale to wiesz, mogło skutkować tym, że od pasterza bym znowu dostał nie mają zrąbę. Więc to już w takiej kryzysowej sytuacji było, że jakbym nie miał wyjścia to bym się tak ratował. Także nie było takiej groźnej akcji, ale psychicznie mnie to zmęczyło strasznie. Już po 2 tygodniach miałem dość. Jak już nawet biegłem, to już ostatnie setki kilometrów, 200-300 co biegłem, to jak już widziałem pastwisko to ja nawet nie szedłem i czekałem na pasterza. Już mi się nie chciało tego kamienia z ziemi podnosić. Czekałem aż przyjdzie pasterz, przyjdzie i zabierze je. A czasami były takie pastwiska, że mnie pasterz przeprowadzał przez nie i mówił, żebym sam nie szedł.
W nocy też. Jakbyś w nocy szedł przez takie pastwisko, to marne szanse, żebyś przeszedł przez takie pastwisko.
- A dużo w nocy biegłeś czy jednak starałeś się spać w nocy?
- Pierwsza noc, w którą biegłem była ciężka. Stwierdziliśmy, że koniec biegania po Rumunii nocą. To było bez sensu, strata sił, kilometrów nie ubywało, gubiłem szlak. To w ogóle się z niczym nie pokrywało. I od tego czasu starałem się w ogóle nie biegać. Rano spoko, tą godzinę biegnąć po ciemku, ale wieczorem, jak już zapadał zmrok, to starałem się jak najszybciej do busa dolecieć. Tak mniej więcej około godziny 19-20. Jak już się mrok zbliżał, to już się czułem tak niekomfortowo. Bałem się, że jak za chwilę utknę, zgubię szlak. Wiesz, też szlak też gubiłem w tych terenach. Biegniesz 20 kilometrów, 30 to super, a ostatnie 10 kilometrów, jak już w wpakujesz się w krzaki, to nie idzie z nich wyjść. 3 godziny, 4 godziny, 5 godzin po nich krążysz, chodzisz, przedzierasz się. Nie raz po szyję były krzaki, trawa, powalone drzewa. Przez to ten szlak po prostu po środku idzie, nie ominiesz prawą ani lewą stroną, bo jest to samo.
- A szlak był jako tako oznakowany?
- Powiem Ci tak. Były szlaki takie, że były spoko, a był takie szlaki, że była straszna lipa. Był ten szlak na kamieniu, itd. Było oznaczenie, ale co z tego jak ludzie nie chodzą. Jak ludzie nie chodzą, szlak jest zarośnięty, jest nieudeptany, to pola tak zarosną, że jak ten szlak jest narysowany to co z tego jak i tak się musisz przedzierać przez te krzaki. Także, z tym jaką tak nieciekawie. No jest dzicz. W Rumunii można przeżyć przygodę z górami.
- I to był najtrudniejszy odcinek uważasz, tak?
- Myślę, że ten Godenau i Retezat to było najtrudniejsze. Pierwsze dni, kontuzje.
- A co się działo z kontuzjami?
- Nigdy mi się tak nie stało, ale po pierwszym dniu zrobiły mi się odciski od spodu w jednej i w drugiej nodze, koło palców, między dużym a małym miałem odgniat i z drugiej strony miałem pod śródstopiem też miałem odgniat. Ja go przebijałem, ale to nic nie dawało, on strasznie bolał, kuł jak się na nie niego nadepnęło. Z rana zazwyczaj jak rozruch robiłem, to pierwsza godzina, dwie to było kulanie, aż dopiero wszedłem w ten rytm i mogłem sobie w miarę spoko lecieć 5, 6, 7 czy tam 10 godzin i jak juz zbliżał się wieczór, to też zaczynał się ten problem i po 1 dniu w zasadzie już mi czy 4 czy 5 paznokci zeszło, pełno mi się porobiło ropy pod tymi paznokciami, bo zbite tu mialem wszystko, codziennie przekuwałem szpilką bąble z każdej strony. Jak nie z palca, to z tyłu w piętach gdzieś. A te odgniaty były gdzieś głęboko. To, że je przebiłeś to nic nie dawało. Ja myślałem, że jakiegoś zapalenia dostałem, że coś spina. Kombinowaliśmy, dzwoniłem do znajomych, dowiedzieć się czegoś, to do Rafała Bielawy pisałem co to może być. I to z dnia na dzień nie przestawało. Ty kilometry robisz, nogi nie odpoczywają, codziennie ten sam ból i w końcu się wkurzyłem. Wyszła ze środka taka ropa gęściejsza i od tego czasu polepszało się po prostu. Bolało, ale coraz mniej, każdego dnia coraz mniej i dopiero jak wybiegłem z Rumunii, to już spoko było. Miałem spokój z tymi nogami, ale na prawdę przez 2-3 dni to katastrofa. Nogi jak ubierałem rano, to nie dość, że miałem takie spuchnięte jak u jakiegoś ogra, to się tak śmiali ze mnie, że mi się takie pecki porobiły. To rano jak już buty ubierałeś to z zaciśniętymi zębami w zasadzie.
- To niesamowite co się stało. Na pewno buty miałeś obiegane, skarpetki miałeś obiegane.
- To wszystko miałem sprawdzone, biegałem w tych butach po zawodach, nie wiem czy to przez to, że nogi skatowałem przez pierwszy dzień. Wiesz, biegłem po trawach, biegłem mokro, po rzece biegłem, potem znowu nogi wyschły, to po błocie, po tych skałach. Ja to wszystko zbiłem, te nogi nocą, bo się człowiek potyka, jak się biegnie całą noc przez te dwutysięczniki, ta mgła, latarka też dosłownie świeciła dosłownie na metr, półtora metra przed Tobą. To ani bieg ani nic. W zasadzie patrzyłem tylko na GPS w zegarku i prosto, po kresce szedłem. Nawet nie widziałem co jest przede mną, gdzie jest skarpa, gdzie jest skarpa. Jak mnie prowadziła nawigacja to tak szedłem. Za sobą nie miałem ani spania, ani namiotu i w krótkich spodenkach. Miałem tylko kurtkę. Co zrobisz? Nie usiądziesz na kamieniu i nie będziesz czekał na zbawienie. Tylko przed siebie gnałem.
- To opowiedz trochę o tym, co miałeś tak naprawdę przy sobie. Ile miałeś jedzenia, ile miałeś picia. Czy miałeś problemy z dostępem do wody i jakie miałeś ubrania?
- Jeżeli chodzi o ubrania to zawsze biegałem na krótko, bo przez 39 dni to 4 czy 5 razy na mnie polało. Także pogodę muszę powiedzieć, że miałem na prawdę wymarzoną. Było super na prawdę. Burze gdzie mnie dorwały to tylko tak naprawdę w Tatrach u nas w Polsce. Także, wybiegałem sobie w krótkich spodenkach, miałem kurtkę ze sobą.
- Długie spodnie miałeś ze sobą?
- Wiedziałem, że jak biegnę przez Góry Fogarskie, najwyższe góry Rumunii, które mają 2500 metrów, Bucegi, ponad 2500 metrów, Piatra Mare czy inne szczyty, to sobie brałem getry do plecaka, bo wiedziałem, że mam odcinek przed sobą np. 50-60 kilometrów bez supportu i zejdzie mi to parę godzin i jak będzie załamanie pogody to lipa. Zawsze sobie brałem ze dwa, trzy batoniki z Nutrend. Litr wody zawsze na starcie miałem, czołóweczkę też zawsze miałem przy sobie, zegarek oczywiście, nawigację turystyczną, w którą miałem wbitą trasę z Garmina.
- Powerbanki jakieś miałeś?
- Tak, powerbenka zawsze. Kabel do ładowania zegarka zawsze miałem, do usb do ładowania nawigacji czy telefonu. Telefon zawsze przy sobie. Oprócz tego kanapki mi zawsze siostra robiła na drogę. Oczywiście z Nutellą albo jakimś serkiem.
- No i ten GPS miałeś jeszcze ze sobą?
- Tak, GPS miałem ze sobą. Plecak zawsze miałem wyładowany na full.
- Ile ważył?
- Myślę, że koło 3 kilogramów do 3,5. Sama woda waży z jeden kilogram.
- Ale czekaj, 4 batony i kanapki starczyły Ci na cały dzień biegania?
- Ja do tego miałem 2-3 żele. W zasadzie może jadłem dziennie 3-4 żele.
- To niedużo.
- No nie.
- To ile ty kalorii dziennie przyjmowałeś w sumie? 
- Wiesz co, no dużo. Od 5 do 7 tysięcy na pewno.
- Ty wieczorem jadłeś?
- Tak. Bo akurat tu mówię o tym długim odcinku. Ale jak np. Przed tym długim odcinkiem wybiegałem, to ja rano jadłem śniadanie. Jadłem jedno, np. Płatki, dopakowane mega z jogurtem greckim, miodem, orzechami itp. Odczekałem sobie pół godziny, między tym wypiłem kawę i jadłem jajecznicę. No i w plecaku jedzenia i potem na wieczór mocna kolacja.
A zazwyczaj to były takie dni, że biegłem 20 kilometrów, miałem przerwę, 25 kilometrów, przerwa i np. 30 kilometrów i koniec dnia. Także 3 razy dziennie na pewno spotykałem się z supportem każdego dnia. Były dni, że się nie spotykałem w ogóle, tylko rano i wieczorem. Bo jak np. Były góry Fogarskie czy Retezat, no to nie było szans. Nie było gdzie autem dojechać, a oni też musieli gdzieś wybiec czy coś.
- Pewnie czasem im objechanie góry zajęło więcej czasu niż Tobie przebiegnięcie.
- Dokładnie. Nie raz ja miałem przebieg 30-40 kilometrów, a oni 100 kilometrów na około. Bo wiesz, z tej strony nie dojedziesz bo się droga urywa czy jest jakaś kosmiczna, dziurawa, polna itd. No to wiesz, na około po prostu jazda. A oprócz tego to te drogi tam w Rumunii są takie, że kosmos! Przeważnie są polne drogi, szutrowe. Asfaltem to tam rzadko kiedy się zdarzało jechać.
- A Ty sam sobie robiłeś przerwy w trakcie biegu?
- Oj były, były. Powiem Ci, że łamało mnie nie raz mocno. Także siadałem sobie nie raz tak na 15-20 minut jak się gorzej czułem. Kanapkę sobie wtedy zjadłem, wypiłem sobie wodę, zjadłem batona, odpocząłem chwilkę no i ogień dalej.
- Ten litr wody Ci wystarczał na cały dzień? Czy gdzieś uzupełniałeś w górach?
- Nie było szans. Nie raz tak prażyło jak gdzieś wyleciałeś na jakieś polany, tak jak w Retezat, że ani drzewa, ani nic. Ciśniesz po tych graniówkach, po tych szczytach, no to uzupełniałem wodę po drodze. W rezerwatach, jak parki były, to gdzieś kranik był wypuszczony, rurka, woda się lała - nie było problemu. Były gorsze miejsca, że tej wody na prawdę nie było przez 20-30 kilometrów, ale zazwyczaj nie było problemu. Trzeba było uważać, żeby nie nalać sobie wody z potoku gdzie się pasą barany albo krowy. Bo powiem Ci, że wszędzie taka piana leci, że trzeba było patrzeć, żeby się nie przytruć.
- Miałeś coś przy sobie do oczyszczania tej wody czy nie?
- Wiesz co, nie. Nie miałem nic. Żadnych tabletek, takich rzeczy. Patrzyłem gdzie nabieram. Jak widziałem, że spod ziemi wypływa, ze skał gdzieś wysoko w górze, że wiedziałem, że tam nic nie pasą i byłem w miarę pewny, no to tam nabierałem wody. Chociaż miałem takie przypadki, że widziałem bajorko, miałem przy sobie pół litra wody i myślałem sobie „piję na całego”! Ciepło na maksa, pić się chciało, a ja lecę tak, że oszczędnie. Dolatywałem do bajorka, wypijałem co miałem wszystko, nalewałem i oszczędnie potem, po łyczku, po łyczku, żeby mi czasem nie zabrakło. Miałem takie momenty, że doleciałem, napełniałem butelki, patrzę, a tu benzyna leci w tej wodzie! Scheize tą wodę! Wodę musiałem wylać i powiedzmy następne 15 kilometrów czy 20 kilometrów o suchym pysku. To sam przeklinałem na siebie, że nie zwróciłem na to uwagi. Takie akcje też miałem. Przygoda! [śmiech]
- Przez te pierwsze 2-3 tygodnie, jak biegłeś przez Rumunię, to udawało Ci się utrzymać tempo, które zaplanowałeś? Czy ciągle coś Ciebie zaskakiwało?
- Moje założenia zrobienia tego w 3 tygodnie nie miały szans. 3 tygodnie to w ogóle graniczyły z czymkolwiek. To są za ciężkie góry. Rumunia jest strasznie ciężka. Potem Polska, Słowacja była naprawdę fajna, w ogóle od Ukrainy było naprawdę fajnie. Ale Rumunia mnie strasznie zblokowała. Te dzikie tereny, ten szlak niepokrywający się, to tak zabierało czas, siły, psychikę i odbierało siły fizyczne, że nie byłem w stanie tego wykonać czasem i wychodziło po 40-50-60 kilometrów na dzień. Także z tym było najgorzej. Oszacowałem sobie 3-4 tygodnie, myślałem, że nawet po 80 kilometrów będę robił, 8 km/h tak pobiegnę, ale w Rumunii nie było szans. Dopiero potem nadrabiałem, na Ukrainie, w Polsce przebiegłem nadrabiając 90-100 kilometrów bez problemów. Mogłem sobie nocą przebiegnąć, bo czułem się pewnie. Znałem też te góry, szlaki, sieć dróg, ścieżek gdzie mógł support dojechać i schroniska po drodze, to dawało większego powera, że sobie mogłeś uzupełnić jedzenie, kupić coś. Teren był w ogóle łatwiejszy. Nie było takich grap, przewyższeń, tak dużo ciężkiego i trudnego terenu. Nie raz to biegłeś po trawie, bo takich borówkach. Tak było miękko jakbyś po jakiejś pianie biegał czy po jakiejś gąbce. Po tym to nawet się nie da biegać. Idziesz do góry i przeklinasz w zasadzie.
- Powiedz czy w Rumunii jest jakaś baza turystyczna jakieś schroniska?
- No na 1000 kilometrów, czy ponad 1000 km to były 3 schroniska takie kulturalne co są w Polsce, jak np. Na Babiej Górze Markowe Szczawiny. Był prąd, mogłeś sobie jedzenie kupić, mogłeś się wyspać. W górach Fogarskich było schronisko, na przełęczy, na dole, ale to już taka exclusive baza wypoczynkowa. Chyba w Bucegi spotkałem jedno też takie bardzo fajne schronisko na górze i w któryś górach jakieś spotkałem. Ale naprawdę schroniska można na palcach policzyć. W zasadzie po tych graniówkach co biegłem, są zazwyczaj takie bunkry metalowe porobione. One są właściwie takie nieduże, to jest prędzej bunkierek. Tam kilka osób może się przespać 6-7. Można się schować przed burzą, przed deszczem jak nagle przyjdzie.
- Jest jakiś piec w środku?
- Nie, nie było. Niektóre są już takie rozwalone, już to lata tam siedzi, są podziurawione. Niektóre lepsze, niektóre gorsze. To tak jest po prostu, żeby się zdrzemnąć, schronić i to wszystko.
- A zdarzało Ci się właśnie spać w takich miejscach albo schroniskach a nie w busie Twojego supportu?
- Nie. Zazwyczaj zawsze byłem w busie, zawsze tak robiliśmy, żebym w ten końcowy odcinek dobiegną do busa, tam sobie odpoczął, zjadł, przebrał buty, ciuchy czy jak mokry byłem, odetchnął psychicznie. Naładował przede wszystkim telefony, powerbanki, baterie itd. Ale ja tego kurcze przy sobie kupę miałem. Obładowany po prostu elektroniką!  Co ja mam, normalnie wszystko przy sobie!
- Właśnie to opowiedz o ekipie, która z Tobą była. Bo w busie była Twoja siostra ze swoim chłopakiem i jeszcze była ekipa, która Ciebie kręciła z Montis Studio. Ile osób w ekipie Montis Studio było?
- Nas była piątka. Ja biegłem, Karolina gotowała, był jej chłopak Jakub, który był od przejeżdżania autem, od logistyki, gdzie można stanąć, gdzie zakupy zrobić - to był mój support. Myśmy z Jakubem też codziennie pracowali. Ja miałem codziennie ustalone, ale nam nie wychodził ten kilometraż co mieliśmy ustawiony. To zawsze inaczej po prostu wychodziło, zawsze droga zaskakiwała albo coś się stało, albo kontuzja, albo coś. To było codziennie wieczorem albo rano - rozkładanie mapy, rysowanie gdzie można stanąć, gdzie można busem dojechać, gdzie nie można, gdzie ja mogę dolecieć, ile kilometrów itd. No to z Jakubem ogarnialiśmy to logistycznie, bo to trzeba było ustawiać na nawigacjach, szukać itd. Kupa roboty. Tam jeszcze zasięgu nie ma, więc trzeba było wszystko na mapach oznaczyć itd. To nie było takie proste. Myśmy się zawsze musieli ustawić, bo jak się nie ustawiliśmy to ja się do nich już nie dodzwoniłem. Musieliśmy na bank być ustawieni.
- Zdarzało Ci się nie spotkać z supportem?
- Nie, raczej zawsze było super. Zawsze oni wjeżdżali w takie miejsca, że po prostu głowa mała. Ja to się tak śmiałem.
Jeszcze dwie osoby to był Michał i Adrian, którzy kamerowali cały ten bieg. Oni jeździli po takich wertepach, że codziennie mu coś zwisało. Jak nie rura, to jakiś zderzak, to coś tam. Wiesz, on za tym busem, bus podniesiony to spoko, a on za nimi. Mówię Ci, tak się uśmiałem nie raz z tego, że kurcze!
- A ekipa filmowa i support zawsze trzymali się razem?
- Wiesz co, przeważnie tak. Przeważnie chłopaki zawsze jeździły. Chyba, że mieli coś zrobić, przez internet, gdy potrzebowali zasięgu, bo musieli coś zrobić to odjeżdżali. Czasem wybiegali przede mną.
- Właśnie, żeby Ciebie gdzieś w górach sfilmować.
- No czasem wychodzili gdzieś przede mną itd. Czy przejeżdżali już na inny punkt. Także nie zawsze, ale często dużo czasu razem spędzali.
- Fajnie! I wszystko zagrało? Od początku do końca? To funkcjonowało dobrze?
- Tak. Chyba tak. Chyba nawet powiem Ci, że logistycznie żeśmy to razem dobrze rozgrywali z dnia na dzień. Nawet super to szło, spotykaliśmy się, nie było tak, że oni mnie minęli czy ja ich minąłem. Ja miałem ze sobą 2 GPSy, jeden z Garmina, jeden z Track Course. Także w zasadzie oni wszędzie widzieli gdzie jestem. Wiedzieli gdzie wybiegnę, gdzie podbiegnę, zawsze wiedzieli, w którą ulicę. Także oni stali zawsze na mojej trasie gdzie przebiegam. Jeden był nawet taki moment, że w górach Rumuńskich, oni już dojechali do punktu, a ja tam miałem być jakoś po 3 godzinach. Ale wiesz, oczywiście, zszedłem, bo jak nie raz przez te kontuzje, nie byłem w stanie nawet jakiegoś fajnego tempa utrzymać. I oni już czekali na punkcie i Karolina już pisała kartkę, że oni tu byli, że ja mam biec dalej, i już ją wieszali na moście i mieli odjeżdżać, a ja wylatuję z tego lasu! A ja całą drogę myślałem, „Jezu, żeby tylko do tego busa dolecieć”! Już chciałem zjeść, odpocząć. Jak oni by mi tam wtedy odjechali na następny odcinek to bym chyba umarł po drodze. Także to były takie fuksem czasami te spotkania. Potem ustaliliśmy, że pocięli mi sznurek na kawałki. Oni mieli i ja. Jak by byli na punkcie, to oni wieszają - ja widzę, aha dobra byli, sznurek jest. Pewnie pojechali dalej, bo czekali na mnie. Jak nie było zasięgu, to ani oni nie mogli sprawdzić w internecie gdzie ja w zasadzie jestem, ani zadzwonić. Więc zawsze było tak, że jak coś się działo to oni jechali na następny punkt. No i ja też miałem takie sznureczki, że jak gdzieś byłem to wieszam sobie sznureczek, że jak ich nie ma, czekałem 15-20 minut, nie da się dodzwonić, to cisnę dalej. Ale powiem Ci, że zawsze to super wychodziło. Mimo, że teren trudny w Rumunii czy na Ukrainie, to jednak zawsze spotykaliśmy się tam gdzie chcieliśmy i nie było z tym problemu.
- Opowiedz jak ze zwierzętami było. Miałeś jakieś sytuacje? Gdzieś tam na Facebooku przewijała się historia z niedźwiedziem.
- Niedźwiedzie interesują wszystkich. [śmiech]
- No ba! [śmiech]
- Oj, powiem Ci ze spotkań z niedźwiedziami było! Wyobraź sobie, że nigdy nie miałem strachu biegać. Ale ostatnio jak coś się ruszy tu u nas w lesie, to od razu przychodzi mi ta myśl „może niedźwiedź gdzieś tu jest”. Ostatnio gdzieś tu wybiegłem u siebie i w cale mi się tak fajnie nie leciało, tak niekomfortowo powiem Ci. Tak jakoś wystraszony człowiek jest, jakieś takie wspomnienia, wiesz? Adrenalina od razu rośnie, taki człowiek niespokojny się robi. Kurczę, zostało coś jednak.
- To jak to było? Jak ta sytuacja wyglądała?
- Pierwszy dzień, byłem przed pasmem górskim Ranceni. Tam jest prawdopodobnie najwięcej tych osobników. Support jechał już ostatnie kilometry za mną, ja biegłem przed busem i w pewnym momencie usłyszałem łamanie gałęzi, jakiś trzask, podleciałem sobie na lewo do tej szutrowej drogi, wychyliłem głowę i patrzę mały niedźwiadek, pół metra wysokości może, nieduży. Od razu w tył zwrot, do busa podleciałem, za kierowcą miałem wlatywać, a Kuba pokazuje, że z drugiej strony żebym podbiegł. Wleciałem do busa, a tu dosłownie przed tym busem niedźwiadek na drugą stronę przeleciał. Musiała być pewnie matka po drugiej stronie. Bo słyszałem tu i tu trzask. Może musiała matka przed busem przelecieć na drugą stronę dosłownie 2 minuty wcześniej, zanim my wyjechaliśmy zza zakrętu. No i super, niedźwiadek gdzieś się tam nagrał na Go Pro, bo zawsze mieli Go Pro na drogę w busie ustawione.
Drugi dzień, wylatuję z wioski, Komando chyba się ta wioska nazywała. Wiocha taka, że masakra, sami drwale tam mieszkają w lesie, gdzieś tam u góry. Mówię Ci, kosmos. W tej wiosce właśnie spaliśmy i wylatuję rano, godzina gdzieś tak, około 10, już tak byłem może na poziomie 1500 metrów. Taka leśna droga była, lecę sobie, zamyślony, ogólnie gdzieś tam sobie błądzę w tym świecie, myślę o jakiś tam innych rzeczach i znowu jakiś trzask. Nawet wiedziałem od razu, że to niedźwiedź! Był taki łomot łamanej choinki! Wyskoczył ryczący niedźwiedź na dwóch łapach, gdzieś tak 70 metrów ode mnie. Wyskoczył, bo on się wystraszył i zaczął jakby biec równolegle. Ja się po prostu zawróciłem. Nic innego, tylko w głowie miałem - uciekamy! Wielkie oczy, obróciłem się, noga w drugą stronę i po chwili zobaczyłem taką wielką sosnę, zobaczyłem gałęzie, rzuciłem te kijki pod tą sosną, podskoczyłem trochę, chwyciłem się 4-5 metrów nad ziemią siedziałem na tej choince, wystraszony po prostu na maksa. Zacząłem się drzeć, zacząłem gwizdać! Po kilku minutach jeszcze chciałem odpalić petardę, a miałem ich 3. Jedną odpalam, rzucam i niewypał. Drugą odpalam, rzucam - niewypał. Jeszcze takie mokre były! I dosłownie rano mi Kuba dał, taką jedną suchą, nową z paczki. Bo te miałem już stare, zasiedziane w plecaku. I ostatnią tą petardę jak odpaliłem, jak huknęła! No to Ci powiem, genialnie! Jak ze strzelby. Posiedziałem tak na tym drzewie jeszcze z 15-20 minut i trzeba było zejść. Ale w głowie już się pojawiły myśli czy się wrócić do busa, czy się nie wrócić. Ale co, wrócę do busa, a i tak tu będę musiał jutro wrócić, przebiegnąć. Więc to jest bez sensu. Zszedłem taki wystraszony no i po malutku troszkę szedłem, troszkę podleciałem no i do przodu zacząłem się w zasadzie poruszać. Ale powiem Ci, że jakby ten niedźwiedź leciał prosto na mnie, to nie byłoby szans uciec nawet na to drzewo. Na pewno bym nie zdążył. W ogóle nie byłoby takiej mowy! To, że on się mnie wystraszył i ja w zasadzie jego, to było szczęście.
- On był strasznie blisko!
- Bardzo był blisko! Chociaż myślę, że jakbym go zaskoczył z 30 metrów to by mnie zaatakował. Tak mi się wydaje. Myślę, że tak by to wyglądało. I powiem Ci, że w zasadzie to, że zacząłem uciekać na to drzewo, nie było fajne. Mogłem stać w miejscu, mogłem zachować spokój, no ale panika wzięła w górę!
- Daj spokój! Oczywiście, że tak!
- Ale tej akcji, jak wyskoczył z rykiem to miałem dość. No i pomyślałem, nie minęły dosłownie 3-4 godziny, przeleciałem prze ten las w Ranceni, przez góry, w zasadzie przez cały grzbiet, przeleciałem też przez pastwisko, już do busa miałem dosłownie 5 czy 6 kilometrów, oczywiście się szlak stracił, bo zawsze jak już dolatywałem do busa to się musiał szlak tracić. To była standardowa akcja. Lecę sobie 2-3 godziny spokojnie, to jak już do busa niedaleko to zawsze zanika szlak, po krzaczorach włóczenie się, po potokach i tak dalej. [śmiech]
- [śmiech]
- To był standard po prostu.
- Wleciałem w las, gęstwinę to czasami wiedziałem jak szlak się zgubił to kierowałem się prostą linią i rura do tego busa! No i też wlatuję na taką łączkę już, i takim skrajem łąki po prostu leciałem. I tak gdzieś mniej więcej 70-80 metrów ode mnie widziałem jak niedźwiedź wychylił już głowę, popatrzył na mnie i on noga w las! Ja automatycznie pod drzewo! Chwyciłem się gałęzi i jakbym widział, że leci na mnie no to rura do góry na to drzewo. Petardy oczywiście próbowałem tam odpalić, te mokre pozbierałem z ziemi wcześniej, co nie odpaliły, ale coś ty, nie było szans. Jeszcze trawę podpalałem, wrzucałem w ognisko i coś ty, nie odpalił!
- [śmiech]
- Postałem chwilę, jakieś 15-20 minut, podarłem się, pogwizdałem sobie gwizdeczkiem no i ruszyłem przed siebie. Nawet z tego niedźwiedzia to się tak pośmiałem. Śmiesznie to wyglądało, taka okrągła głowa, te uszy takie odstające, jak taki Yogi! No to takie akcje miałem z tymi niedźwiedziami. Spotkałem 3 w przeciągu 24 godzin. Co tu nigdy w Bieszczadach nie spotkałem, to tam można się spotkać z niedźwiedziem szybko.
- To było w Rumunii?
- Tak. Jest taki chłopak, który też szedł. Ma profil Poyerbany Włóczykij. Szedł z Bratysławy do Orsova. Tylko on miał ciężki plecak. I on też w tych górach spotkał niedźwiedzia. Niedźwiedź był tyłem do niego.
Wycofał się po prostu i go okrążył.
- To miał spore szczęście.
- No, no. Miał spore szczęście. Można spotkać niedźwiedzia. Łukasz Supergan dwa razy robił Łuk Karpat i nie spotkał niedźwiedzia.
Ale biegnąc, można się szybko natknąć na niedźwiedzia czy na jakąś dziką zwierzynę. Ja u siebie dziką zwierzynę, dziki, jelenie nie raz zaskoczę. Wiesz, to wystarczy, że z zakrętu wyskoczysz czy coś i na różnego zwierzaka możesz trafić.
- To ciekawe. Pomimo tego, że biegnąc generujesz większy hałas. Prawda?
- No dokładnie.
- Zawsze jesteś w stanie zaskoczyć to zwierze.
- No właśnie. Niby mówią, że niedźwiedź wyczuje Ciebie z kilometra. A właśnie nieprawda. Jak wiatr wieje w przeciwnym kierunku to ten niedźwiedź Ciebie nie wyczuje. Np. Psy pasterskie też potrafią ominąć Ciebie przez wiatr. Nie raz były jakieś 200 czy 100 metrów ode mnie, po drugiej stronie graniówki One widziałem są po jednej stronie, a ja sobie obchodziłem po drugiej stronie graniówki. Dzielił nas dosłownie tylko ten szczycik. Jak cicho szedłeś, a wiatr wiał w przeciwnym kierunku, to nie wyczuły Ciebie. Potrafiłeś sobie przemknąć.
A takie dziki czy sarny to powiem Ci, w Rumunii rzadkość. Mi się wydaje, że tam chyba wystrzelane wszystko jest. Strasznie mało tego jest. Jak u nas są na każdym kroku, to tam na prawdę rzadkość spotkać. Jednego jelenia to spotkałem, ale miał takie poroże, może to daniel był czy co to było, nie wiem. Czy byk na to mówią! U nas chyba byk się mówi. Poroże miał na 2 metry! Potężne, wielkie. Mam takie zdjęcie jelenia, bo wtedy miałem GoPro na głowie i sobie tak blisko podszedłem i zrobiłem zdjęcie. No mówię Ci, tak na 10 metrów podszedłem i dopiero się ruszył. Nie był w cale zdziwiony, że ja tam jestem. Nawet się mnie nie bał, ani nic. Taki kurcze był naprawdę potężny, jak krowa! Oni tam chyba do wszystkiego strzelają. Nawet na niedźwiedzie tam są odstrzały. Z tego co czytałem, do roku nawet 4 ludzi ginie przez odstrzały niedźwiedzi. One też atakują ludzi, skoro ich człowiek atakuje. Jest tam naprawdę niebezpiecznie. Z tego co czytałem, to coraz więcej tych ataków jest.
- Opowiedz jak przechodzenie przez granicę wyglądało między Rumunią a Ukrainą?
- No i jeszcze potem między Ukrainą a Polską! No to taki minus całej tej wyprawy. Bo nie dasz rady sobie prostej kreski pociągnąć. Przez Ukrainę trzeba sobie ekstra schodzić do zejść. To tam jak przechodziłem na Rumuńsko-Ukraińskiej granicy no to wsiadałem sobie do busa, tak 100-200 km przed granicą i przejeżdżaliśmy razem przez granicę. Ale nie było problemu, nie to że nas jakoś specjalnie trzepali czy wyciągali. Wiesz, wchodzili, popatrzyli co w busie. Widzieli, że tu skarpetki wiszą, tu buty, że turystycznie jesteśmy, że w busie śmierdzi potem itd. [śmiech]
- [śmiech]
- Także wiedzieli, że turyści. Z tym nie było jakichkolwiek problemów, no ale trzeba było przez te przejścia graniczne przejść. To samo było na przejściu Ukraińskim i Polskim. Wiesz co, przeszło mi przez głowę, żeby sobie ukradkiem gdzieś tam przejść przez granicę. No granicę widziałem dosłownie w zasięgu ręki. Mogłem sobie spokojnie przejść. Ale sobie pomyślałem, że jak mnie złapią, ja mnie gdzieś tam trafią, bo oni stali na granicach, są w lesie i na szlakach żołnierze ze spluwami. Myślę sobie, jak mnie wywiozą gdzieś do stolicy Ukraińskiej czy gdzieś załatwiać papiery, że mogę dalej przejść, że będzie to trwało tydzień, dwa i mogę sobie przez to kłopotów narobić no to już pomyślałem, że wolę na to zejście do Ukraińsko - Polskiej granicy dojść i legalnie przekroczyć granicę. I wtedy do auta, paszport trzeba mieć i bez problemu przepuszczają przez granicę.
Czytałem, że gdzieś tam sobie mogłeś, chyba w Bieszczadach, tam gdzie jest to nielegalne, przejść legalnie granicę. Otwierali po prostu takie ekstra przejście, 2-3 dni dosłownie to trwało. Także był taki moment, że mogłeś sobie legalnie granicę przez te Bieszczady przelecieć. Ale niestety nie trafiłem na taki termin.
- A przez Ukrainę jak Ci się biegło?
- Super powiem Ci! Siostra się obawiała tej Ukrainy, że nie jest w Unii, że biedni ludzi, że biedny kraj po prostu, że niebezpiecznie jest. Ale było super! Było naprawdę super. Wleciałem na te Połoniny, ścieżki były wyrobione, graniówką leciałem, połacinami. Oni tam jeżdżą po tych graniówkach takimi wielkimi Kamazami i tam jest normalnie droga wyrobiona. Jak masz terenowe auto, to normalnie możesz wjechać. I oni tam borówki zbierają całymi dniami. Wywożą tych ludzi tymi tirami po 20 osób czy nawet więcej. Po prostu tonami to zwożą na dół i trasy są super wyrobione. Jest ścieżka, jest elegancko oznaczona ta graniówka, bo od początku do końca granicy czerwony szlak prowadzi. Także z tym nie było problemu. Super mi sięm biegło. Mogłem już więcej kilometrów zacząć robić, nie bałem się, że zgubię ten szlak, pewniej się czułem. Gorzej było z przejazdem autem, bo te drogi tam to jakaś katastrofa. Nie dość, że dziurawe […].
- Trzeba mieć Kamaza na Ukrainie. [śmiech]
- [śmiech]. Że koło urwać to na prawdę nie ma problemu. Bo dziura na dziurze jest.
Spotykałem się z nimi co 40 kilometrów, albo i więcej. Oni musieli przejeżdżać całe pasma, albo i więcej. No nie dało się po prostu ani przejechać, ani nic. Bo ani drogi, ani dojazdu. Musieli okrążać te drogi. No to dla nich trochę było to takie trudniejsze no i w zasadzie dla mnie też, bo nie miałem tego supportu na wyciągnięcie ręki, można powiedzieć.
- A czy tam na Ukrainie zwiększyłeś swój dzienny kilometraż?
- Tam mi się leciało znacznie lepiej. Już po 70-80 kilometrów robiłem dziennie. No w Rumunii do zakrętu przez pierwsze 2 tygodnie no to była straszna lipa. Ja tam, po 40-50 kilometrów robiłem. Nie dość, że trasa, to też kontuzje. Strasznie mi się tam ciężko biegło. Mi się tam tak ta trasa wydłużała, nic mi tej drogi nie ubywało. Jak patrzyłem na mapę gdzie do zakrętu i ile jeszcze zostało, to ja myślałem, że nie dolecę do tej Bratysławy w tym roku. [śmiech]
Potem było już coraz lepiej. No za tym zakrętem, za tymi górami w Rance gdzie były te niedźwiadki, to jak już się rozpędziłem tam, to już coraz lepiej się leciało.
No ale Ukraina przepiękna, te pasma, te połoniny, ten Świdowiec. Dużo turystów po drodze, no Hoverli chyba z 200 osób było. Sprzedają tam nawet Snickersy, Red Bulla, różne rzeczy, pamiątki. Tam jest super, jest strasznie fajnie. Ale w ogóle po drodze nie ma schronisk. Zero bunkrów, zero miejsc gdzie się możesz schować, to taki troszkę minus. Ale strasznie fajne góry! Nie obawiałem się tam niczego. Powiem Ci, gorzej mi się biegło przez miasteczka czy wioski na Ukrainie. Bałem się lecieć, czułem się niekomfortowo strasznie. Ludzie się strasznie gapili na mnie, jakby nigdy nie widzieli biegacza. Jeszcze jak się mrok zbliżał, to musiałem przez taką cygańską wioskę przelecieć, a Ci ludzie wiszą na tych płotach, patrzą się, takimi grupkami stoją. Nie czułem się za pewnie. W zasadzie tak trochę niebezpiecznie. Ta bieda tam i ci ludzie, robili wrażenie takiego niebezpiecznego terenu. To tam się czułem bardziej niekomfortowo niż na 2 tysięcznikach czy 2,5 tysięcznikach nocą. Ale tak to było całkiem fajnie.
- Pogoda też dopisywała na Ukrainie?
- Pogoda tak. Jak skwarka tam się czułem na tych Połoninach. Strasznie przygrzało. Wody też strasznie mało tam było u góry. Za bardzo tam skał nie było, wody strasznie mało, bo jak była gdzieś studzienka, to albo wyschnięta albo tej wody nie było. Ale nie było najgorzej, zawsze gdzieś tą wodę dorwałem. Ale spaliło mnie tam mega, opalony na maksa, grzało tak słońce, zero chmurki na niebie. Na końcu Połonin spotkałem też Polaka, szedł z Bratysławy do Istambułu przez góry, chyba przez Niżne Tatry szedł, przez Połoniny Ukraińskie. Rumunią nawet nie wiem jak szedł, bo już dał mi kontakt i nie miałem jak się z nim dogadać. Też był tak spalony przez to słońce i mówił, że idzie do Istambułu, miał gdzieś 2200 km. Polak z Polakiem się po prostu spotkali w środku gdzieś na trasie, więc też takie fajne spotkania można mieć gdzieś tam na trasie.
- I potem co, wbiegasz do Polski i mkniesz przez Bieszczady?
- Tak, tak. Jeszcze kawałek Słowacji, wbiegam na stronę Polską, na główny szlak Beskidzki no i rura do Krościenka. No to już się czułem jak w domu. Już na Ukrainie w zasadzie czułem się jak w domu, niż jak w tej Rumunii. Już wiedziałem, że Polska niedaleko, niedługo już się zaczną polskie góry. No i u siebie w zasadzie to już bajka. Wszystkie szlaki znane, jak nie z zawodów to z wycieczek. Ludzie kibicowali, poznawali ciebie nawet na szlaku. Ktoś tam się darł „a to ten co Karpaty robi! Powodzenia!”. Także to dodawało tutaj motywacji i otuchy na drodze.
- Jacyś biegacze dołączali do Ciebie w trakcie?
- Wiesz co, myślę, że w Polsce będzie ich więcej, bo tam parę osób się wypytywało, więc nawet specjalnie trasę zmieniłem. Bo miałem lecieć tak graniówką trochę, granicą Słowacko - Polską, ale jak ktoś chce się tak faktycznie przebiec, to zmienię kawałek tej trasy. Mogłem trasę modyfikować kiedy chciałem, jak chciałem, bo to była moja trasa. To nie jest stricte przyrządzona przez kogoś, że musisz zrobić tak, żeby zaliczyć. Więc sobie ją zmieniłem na GSB, ale tylko jeden chłopak mnie w zasadzie przypadkiem trafił. Mówi, że jakby wiedział w zasadzie, to by ten dłuższy odcinek w zasadzie ze mną zrobił i się przygotował, a tak to szedł z jakąś koleżanką trekkingowo i przypadkiem mnie zauważył i przebiegną się ze mną chyba 15 kilometrów. Zostawił ją i poleciał ze mną [śmiech].
- No okej. [śmiech]
- Nie no, mówi, że musi się ze mną przebiegnąć.
- Mam nadzieję, że jeszcze razem są! [śmiech]
- Chyba tak, chyba tak. [śmiech] Dziewczyna chyba za złe nie miała. Raczej! Jakby co to nie moja wina. [śmiech].
Po tym GSB leciałem, potem Tatry. Z Krościenka odbiłem na Tatry Bielskie, Wysokie. No i potem już taka plątanina: Słowacja trochę Polskie Tatry, trochę tak się mieszałem wychodząc na Gerlach, potem przeleciałem przez Rysy od strony Słowackiej na część Polską, potem przez Szpiglasową Przełęcz z Doliny Pięciu Stawów.
- A jeszcze opowiedz o tym Gerlachu, jak sobie na nim poradziłeś?
- Z Gerlachem była akurat fajna sytuacja. W ogóle przez ten cały czas, przez całą drogę mieliśmy szczęście. Zawsze spotykaliśmy się tam gdzie miało być i ta pogoda nam dopisywała i właśnie z tym Gerlachem nam się udało. No nie miałem przewodnika. W pierwszym planie było tak, że wyjdę sobie gdzieś na dziko, gdzieś tam ominę gości co pilnują w Tatrzańskim Parku Narodowym, wybiegnę rano bez problemu, ale jak już byłem w tych górach to pomyślałem, że to chyba nie będzie taka łatwa sprawa. [śmiech] Jakby to zrobić, żeby tam wejść i zacząłem pisać, szukać przewodnika, dzwoniłem do jednego, drugiego, dziesiątego. W zasadzie to zależało mi, żeby kasy nie wydać. No ale gdzie nie dzwoniłeś, to zajęty, ten przewodnik nie da rady, ten też nie da rady, to ktoś tam kasę chciał. Jak się kasy szukało to terminy też zajęte. Jak chcesz na Gerlach wejść to musisz trochę wcześniej dzwonić. No i ogłosiłem u siebie na portalu, na Facebooku, że potrzebuje gościa, który mnie tam wyniesie do góry. Napisałem to wieczorem, wstaję rano i włączam Facebooka  i patrzę jest! Pisze do mnie Arek Ceremuga! A gościa w zasadzie kojarzyłem jego filmiki. On jest wspinaczem, chodzi graniówkami, ma też świetne przejścia zimą i latem. 

      • Ja zrobiem takie oczy, jaki gość w ogóle do mnie napisał! Numer od razu swój podał, no i dzwonię do niego z rana, żeby ustawić się, co i jak i czy faktycznie da radę. Arek mówił, że bez problemu, że on przyjedzie bez żadnej zapłaty, za zwykłe dziękuję w zasadzie. Dla niego to też w zasadzie przygoda. No i ustawiliśmy się pod tym Popradzkie Pleso, na części Słowackiej. Ja sobie właśnie przebiegłem cały dzień Tatry Bielskie, Tatry Wysokie Słowackie no i ustawiłem się pod tym jeziorkiem. To koło godziny 6 wieczorem, już support wyszedł z nim. Pozbierali graty, ciuchy na przebranie, plecak, rękawiczki, jakąś kurtkę grubszą no i wyruszyliśmy spod tego Żywieckiego Plesa. Arek już też miał sprzęt dla mnie, kask wziął, uprzęże wziął, linę miał, żeby się przywiązać jakby co. No i Michał Galiński z Montis Studio fotograf, który dokumentował wyprawę. Także we trzech wyruszyliśmy. Dla Arka to ni był problem wziąć trzeciego, no i rura do góry w zasadzie półtorej godziny wyszliśmy tam na szczyt i widoki powiem Ci, że na Gerlachu robiły wrażenie! Przepięknie było naprawdę, było na co popatrzeć, fotki porobiliśmy, m pocieszyliśmy się 5-10 minut na tym szczycie i pobieraliśmy się, czołówki na głowę, kaski, no i w zasadzie na dół. Po ciemku już schodziliśmy z Gerlacha. Żywiecką próbą weszliśmy i tą samą zeszliśmy. Arek stwierdził, że jest to najszybsza droga i że jest bardzo łatwa. Ja byłem w zasadzie zdany na niego. Jak Arek zarządzi, jak wychodzimy tak schodzimy i czułem się przy nim też mega bezpiecznie. Nie musiałem myśleć nad trasą ani nad niczym innym. Po prostu tyle co zebrać siły. Koło godziny 12 doszliśmy do parkingu Wyżnie Hagi i tam mogliśmy sobie spokojnie usiąść, zjeść i w zasadzie odetchnąć. Także tak wyglądało wejście na Gerlach.
        - No to fajnie.
        - No, powiem Ci, że udało się na maksa z tym Arkiem. Gdyby nie Arek to pewnie bym tam nie wszedł. Wiesz co, bo bym orientacyjnie mógł sobie nie poradzić. A jakby mnie tam miała noc zastać, no to dziękuję bardzo. Jak nie znasz tej góry, jak nie jesteś taki obeznany, no to mógłbyś sobie nie poradzić z orientacją w terenie. Bo jak skręcisz gdzieś źle, w lewo, w prawo, to później będziesz miał problem żeby wrócić na trasę.
        - Dokładnie tak.
        - Także z Arkiem powiem Ci fajnie było, coś nowego. Można powiedzieć części wspinaczkowa w tej trasie była. Podobało mi się! Coś nowego takiego w życiu. Moja pierwsza taka wspinaczka, mimo, że tam droga łatwa, do tego 0 z plusem, ale coś nowego w zasadzie było.
        - I co dalej, lecisz, przecinasz przez Tatry…
        - W zasadzie na drugi dzień po Gerlachu, Rysy zaliczyłem. Polski najwyższy szczyt. Wleciałem ze strony Słowackiej, zleciałem na Polską, właśnie potem przez Szpiglasową przełęcz. Oczywiście po drodze burze, jak to w Polskich Tatrach, takie trzeba było uszy skulić i targać do przodu, przelecieć przez Szpiglasową przełęcz, potem przez Zawrat, przez Czerwone Wierchy, w schronisku w Ornaku spaliśmy. Załatwiliśmy sobie tam spanie, akurat miejsca były wolne. Support sobie tam doszedł, doniósł mi jedzenie. Na drugi dzień mnie wyprawili, ruszyliśmy razem na Starobociański Wierch i w Zachodnich Tatrach zaczęła się Słowacja na całego. No jeden z najpiękniejszych krajów w zasadzie.
        - Wow. Ładniej niż na ukrainie?
        - Ech, chyba tak, chyba tak. [śmiech]
        - [śmiech]
        - Chyba te i te góry są inne. Wiesz co, Słowacja ma taki góry przeplatane, skaliste ma te ścieżki. Są bardzo ładne, są utwardzone. W tych górach pełno jest bukowych lasów. Naprawdę są to przepiękne góry. Np. Mała Fatra i Małe Karpaty są to tak urokliwe góry. Zapamiętałem je bardzo dokładnie. Najmniejsze pasmo, ostatnie Małe Karpaty, to juz mi się tak super leciało na tych 600 metrach, gdzie szczyty mają 700 metrów to czułem się tak, jakby na dwutysięcznikach był. Wylatywałeś na szczyt, panoramę było tak świetnie widać. Nie widać tych miast, tej równiny. Naprawdę rewelacja. Jak ktoś ma się wybierać na Słowację to Małe Karpaty i Mała Fatra są super.
        - Czyli i tak Polskie Tatry są najpiękniejsze. Po prostu je znasz, masz opatrzone.
        - Opatrzone. Co po szlakach, to opatrzone. No już byłem nie raz, Tatrzańskie dwutysięczniki też zna się w zasadzie.
        - I co, zbiegasz do Bratysławy i tam koniec?
        - No, w Bratysławie zbiegam do Bratysławy, 39 dzień, finisz już w zasadzie z daleka widać, rodzinka na moście czekała z transparentami. I już jak biegłem wzdłuż Dunaju, taki ostatni kilometr, to już słyszałem jak się drą, jak gwiżdżą. Dobiegając do Bratysławy przeszedłem już w zasadzie do truchtu. Szedłem sobie przez miasto, uśmiech od ucha do ucha, wszystkim się śmiałem w zasadzie w twarz. No uczucie niesamowite! Już wiedziałem, że jest koniec. Taka euforia szczęścia.
        - Chciałeś kończyć czy chciałeś biec dalej? [śmiech]
        - Powiem Ci, że całą tą wędrówkę, cała ta przygoda była tak świetna, że czułem się taki wolny podczas tej wyprawy, że wiedziałem, że jak wrócę to trzeba będzie zacząć szukać pracy, trzeba będzie wrócić do codziennego życia. Wiesz, wrócić, pogadać z ludźmi przejść się do knajpy, pogadać ze znajomymi, ale wiedziałem, że mi będzie brakować tego całego biegu, tej wędrówki, tych przeżyć, które przeżyliśmy razem, tych przygód. To była pierwsza w życiu, taka długa przygoda i po drodze się już zastanawiałem, jak już kończyłem ile bym w zasadzie mógł jeszcze biegnąć, ile bym mógł wytrzymać, ile by to jeszcze trwało. Kilka dni przed zakończeniem zastanawiałem się tak „no kurcze, będzie brakować, będę tęsknił”. Siostra też w zasadzie mówiła, że ona też już myślała „kurcze, jak super było”, że ona też będzie musiała do Berlina wrócić. To było naprawdę mega przeżycie!
        To dzisiaj naprawdę się tęskni. Dwa miesiące po wyprawie, a ja oglądam filmiki czy nie raz jadę do szkoły i opowiadam, włączam filmik i gdzieś tam zbiera się łza w oku. Jednak to były takie chwile, przeżycia niesamowite. Ciężko, bo ciężko, trzeba biec, nie było lekko. No był to piękny czas.

        - Ale też dumny chyba jesteś, że udało Ci się to dopiąć.
        - Kurcze, a kto nie byłby. Kto by nie chciał przebiegnąć Łuku Karpat? Myślę, że każdy ma jakieś tam marzenia, każdy ma swoje wyzwania. No taki był cel, przebiegnąć wszystko i spełnić marzenie. No i mi się po 6 latach udało to osiągnąć. Jest to piękne uczucie. Każdemu życzę, żeby swoje wyzwanie po prostu osiągnął. No i mam, mam rekord Karpat, mam najszybsze przejście. Tak jak wspominałem w jednym filmiku, mam wolną głowę, mogę myśleć nad kolejnymi planami, bo w zasadzie nie mogłem się uwolnić od tego. Jak Łuk Karpat mi się zasiał 6 lat temu w głowie to nie szło się uwolnić po prostu. Gdzieś były tam lata czy miesiące gdy o tym mniej myślałem, ale on cały czas w głowie był, cały czas wiedziałem, że ten Łuk Karpat muszę zrobić, że muszę go zdobyć. Jeszcze nie byłem pewny jak to zrobie, bo były plany, że zimą i trekkingowo, i tak i tak, a wyszło jednak, że na biegowo i latem na spontanie. Kasę się udało zebrać, także projekt ruszył.
        - Gratulacje! Bo to jednak nie wielu osobom się udaje. Tzn. Łatwo jest marzyć, to jest jedna rzecz. Ale zrealizować to marzenie to już jest chyba trudniejsza kwestia. Prawda? Zwłaszcza takie duże marzenie.
        - Tak, zwłaszcza biegowo. Myślę, że to jest trasa fajna nie tylko biegowo, ale w grupie, we 2, we 3 czy treningowo. To jest naprawdę trasa fajna do przejścia. Przeżycia tej właśnie przygody. Zobaczenia zróżnicowania tych krajów, codziennie nowe góry spotykasz, codziennie nowe osoby, inne miejsca. No to jest super! No czułem taką wolność przez te 40 dni, że nie musiałem nad niczym myśleć. Tylko wstawałeś i biegłeś przed siebie. mimo, że Ci dokuczały kontuzje, dogryzały Ci kontuzje, czy kilometraż gdzieś ciebie tam miażdżył, góry ciebie chciały nie raz zniszczyć, to po prostu, w zasadzie było super! Nie mogę się już doczekać następnej wyprawy!
        - Coś już wymyśliłeś następnego? Czy jeszcze nie?
        - Są plany. Po dwóch miesiącach już coś tam w sumie przyszło do głowy. Ten rok i najbliższy, chciałem powalczyć na zawodach, bo też to lubię. Poganiać ze znajomymi, gdzieś się tam pokazać, fajny wynik osiągnąć.
        - W Polsce czy za granicą?
        - W Polsce i za granicą. W Polsce jeszcze nie wiem gdzie, zobaczę. Ale za granicą na pewno, już jestem zapisany na Zugspitze Ultra Trail w Niemczech. To jest 105 kilometrów czy 102 km i 5500 m pod górę. W Alpach Bawarskich się biegnie, no to tam już jestem zapisany na bank. To jest w czerwcu. Potem jest Andora, to ten bieg też pewnie każdy zna, tam chciałem na 170 km polecieć, jest 13500 m pod górę. No taki konkretny wycisk można powiedzieć. I trudny też technicznie bieg. Ja lubię takie biegi, dobrze się tam czuje, dlatego się zapisuje {śmiech]. Więc jak się uda i będzie pieniądz no to pojadę. No i myślę, że GSB bym pocisnął na rekord. Rafał Bielawa jeszcze o tym nie wie, muszę mu powiedzieć. [śmiech]
        - [śmiech]. Chcesz bez supportu?
        - Nie no, właśnie chciałbym bez supportu. Ja bym chciał zejść poniżej 100 godzin i bez supportu.
        - O wow!
        - No chciałbym tak poprzeczkę podnieść.
        - To konkretnie!
        - Konkretnie, konkretnie. Już plan mam w głowie ustawiony jak to zrobię. Coś na miejscu, długi szlak. Klasyk taki, można powiedzieć. Kosztownie to nie jest drogie. To sobie support sam zrobię, buty zostawię w połowie trasy, po drodze kupię żarcie, schronisk jest po drodze bez liku, prześpię się też gdzieś, od razu sobie miejsca poustawiam i spróbuję to pocisnąć bez supportu. To jest taki plan, można powiedzieć niedługi, na miejscu i do zrealizowania bez jakiejś większej logistyki czy kosztów.
        - O terminie już myślałeś, kiedy chcesz to zrobić?
        - Termin jest taki chyba: sierpień - wrzesień. Z tego punktu, że jak zrobię to na wiosnę, albo w lecie, to już po tym jest po zawodach. Ja wiem z doświadczenia, że Tatrzańskie dwutysięczniki mnie skasowały po prostu. Ja tego nie czułem, ale na zawodach to wychodzi. Tak jak w tamtym roku z Łemkowyny 150 km zszedłem, bo po prostu przestały nogi biegnąć, zero dynamiki. Tak w tym roku na Ultramaratonie Bieszczadzkim jak się czułem fajnie i jak super się biegło pierwsze trzydzieści kilometrów, tak potem mnie zaczęło wszystko boleć, nogi, plecy, brzuch. Nogi w zasadzie przestały biegnąć, takie ciężkie mi się zrobiły jakby na nie normalnie dołożył po 10 kilogramów! Na prostych odcinkach zaczynałem do marszy przechodzić, ani kijki mi już nie pomagały. Już wiedziałem, że mam dosyć, nie ma co przeginać pały i po prostu zszedłem za 60 kilometrów.
        - Czyli te duże rzeczy chcesz zostawiać na koniec sezonu?
        - No chyba to jest najlepiej zostawić na koniec sezonu. Jak sobie nie chcesz za przeproszeniem zasrać następnych startów, to najlepiej sobie zostawić na koniec sezonu taką wyrypę, jak już chcesz po prostu jakiś rekord zrobić.
        - Myślałeś o BUT Challenge? W tym roku nikt go nie ukończył.
        - Wiem, wiem.
        - W końcu mamy jakiś trudny bieg! [śmiech]
        - [śmiech]. Wiesz co, fajna sprawa ten BUT, ale zobaczę jeszcze. No bo trasa w zasadzie prowadzi po dzikim terenie.
        - Jest trochę błądzenia. Nie lubisz tego?
        - Jest trochę błądzenia. Myślę, że nawet organizator nie wie gdzie trasa biegnie. Bo pewnie przed komputerem siedzi i rysuje sobie trasę i nawet nie wie co tam jest.
        - Na skuśkę! [śmiech]
        - No! Kurczę, zobaczymy. Ale nie mam jakiegoś parcia. Może przyjdzie czas, na razie nie wiem.
        - No jest to ciekawy projekt.
        - Jest, jest. BUT jest taki dość fajny.
        - Jest trochę szalony oczywiście ten projekt.
        - Też. No i przede wszystkim trudny. Ale jest trudny, ale w zasadzie i tak po moim terenie. No i też taki, można powiedzieć, pode mnie. Ja lubię taki trudny, dziki teren.
        - No właśnie. Przeszedłeś Rumunię…
        - Przeszedłem Rumunię, 2300 kilometrów, a ultramaratony potrafił mnie zmiażdżyć. Ale na BUTa może się kiedyś skłonię. Zobaczymy. Mi to wpadnie coś do głowy w zasadzie i długa nad tym nie myślę i lecę z koksem.
        - Tak, tylko problem jest taki, że może ty nie masz tego problemu, bo jest ci łatwo dostać się na zawody, ale w tej chwili się jakoś tak zrobiło, że trzeba się zapisywać na te zawody o tyle wcześniej, że to jest po prostu porażka.
        - To fakt. Jeżeli już ktoś ma jakieś osiągnięcia to znasz tych organizatorów i załatwić sobie możesz. Ale jak zapisujesz się na zawody, to tak na „niepokornego mnicha”.
        - Dzisiaj na przykład można się na ZUKa zapisać, a widzę, że siedzisz w koszulce ZUKa. Tam jest loteria, więc spokojnie możesz się zapisać i potem czekać na losowanie. Ale to też nie jest łatwe dostać się na ten bieg.
        - Wiesz co, ja w tamtym roku się zapisywałem pierwszy raz i mi się udało, wylosowali mnie i jeszcze skrócili dystans. Byłem zły jak cholera!
        - Lecisz w przyszłym roku ZUKa?
        - Nie wiem, bo jak znowu będę huragany […].
        - No tak, nie chce Ci się czasu tracić.
        - To są koszta, to jest daleko, to jest nocleg. Nie mogę sobie pozwolić na takie wyjazdy dość drogawe. A po za tym jak chce jechać na takie Zugspitschle czy do Andory, to wolę sobie kasę przetrzymać. Wolę jechać na 4 zawody, 2 za granicę, 2 w Polsce. Niż tutaj pojechać na 7 czy 8, a tą kasę sobie gdzieś zaoszczędzić.
        - To co teraz, pracy szukasz? [śmiech]
        - [śmiech]. Nie mów!
        - Stresujesz się na samą myśl? [śmiech]
        - Aż się przepociłem! [śmiech] Nie chce mi się wracać do tego trybu, takiego codziennego. Tzn. Wiem, że jest to mało rozwijające i mało zarobkowe. Ja bez jakiejś tam konkretnej szkoły no nie mogę sobie zaszaleć. Gdzieś tam pewnie te budowlanka na mnie czeka, albo jakiś inny zakład, albo produkcja. Więc jeszcze tak na oparach lecę, można powiedzieć.
        Teraz książkę z Łukaszem Grassem piszemy.
        - O! Super! Nie wiedziałem.
        - Łukasz Grass, to jest dziennikarz. On wydał takie książki jak „Najlepszy. Słabość staje się siłą” czy teraz wydał książkę „Szlag mnie trafił”, o udarze. I teraz będziemy razem pisać książkę. Do tego, Łukasz będzie pisał książkę z Robertem Karasiem. Próbujemy gdzieś znaleźć jakiegoś sponsora, może ktoś coś, jakąś kasę gdzieś tam. No to już jest taki czas, że przydałoby się oddać temu pisaniu książki, oddać się w zupełności treningom, na maksa. Nawet taka mała kasa, co miesiąc, żebym mógł sobie chociaż dorywczo tą pracę znaleźć i naprawdę iść na całość w tym bieganiu. Więc próbuję szukać, próbuję sam tych sponsorów znaleźć. Jak nie to, naprawdę trzeba się wziąć do roboty, bo za chwilę nie będzie w czym nawet biegać. No ale kasa musi być na te wyjazdy. To nie jest tania sprawa. Także jeszcze zobaczę, trzeba wrócić do codzienności.
        - Życie dogoniło trochę.
        - No, trochę. Co zrobić…
        - Miałeś fajny okres.
        - Ale powiem Ci, że ten rok, to jest chyba najlepszy rok, jaki miałem. Nie dość, że byłem za granicą na początku roku, no to tam zarobiłem kasę. Potem wolne w zasadzie dwa miesiące, przygotowania przed wyprawą, robienie trasy itp., potem były wakacje przed wyprawą, potem cała wyprawa trwała w zasadzie 40 dni, teraz siedzę chyba 2 miesiące w domu, no to trochę odpoczynku i gdzieś tam na zawodach byłem, jakiś wywiad, no to tak na luzie. Także uważam ten rok za naprawdę udany. Same sukcesy: tu podium, tam podium, naprawdę było sporo tego. Byłem szczęśliwy i zadowolony tym rokiem, że ekstra! No ale trzeba wrócić na ziemię.
        - No trzeba. Ale cieszmy się tym co jest teraz. Rzeczywiście wszystko Ci się udało.
        - No, aż powiem Ci, że ponad to. Nie myślałem, że aż tak. Wiesz, w zasadzie w ciągu 5 tygodni, 3 ultramaratony, 3 wygrane, potem ten Łuk Karpat i też sukces. Mimo, że chciałem tam zejść poniżej 30 dni, nie udało się, ale zrobiłem to w 39 dni i tak jestem mega zadowolony! I ten film!
        - Właśnie! Kiedy film będzie?
        - Film, chłopaki mówią, że styczeń - luty powinno się udać. Bo jeszcze wszystko montują, zbierają materiał, jeszcze tutaj mają przyjechać za tydzień na weekend jakieś wywiady porobić.
        - Myślę, że materiał filmowy to epicki zebrali z tych Twoich wojaży.
        - Mają trochę tego materiału, bo ponad 3TB, zdjęć sporo, filmików sporo, także myślę, że taki fajny, godzinny materiał wyjdzie.
        - Ekstra!
        - Będzie na co popatrzeć. Zostanie pamiątka do końca życia.
        - Oczywiście, że tak.
        - Cały czas żyję tymi Karpatami. Jeszcze się to szybko nie skończy.
        - Jeszcze nie wyszło z Ciebie! [śmiech]
        - Nie, nie. Cały czas. [śmiech] Jeszcze jak książkę będziemy pisać, robić film, to trochę się za mną pociągnie.
        - W tym roku jeszcze gdzieś biegniesz?
        - Po Ultramaratonie Bieszczadzkim powiedziałem stop. Dałem sobie siana i 3 tygodnie sobie odpoczywałem w zasadzie. Czasem sobie 6 kilometrów zrobiłem, na rowerze przejechałem i dosłownie od tygodnia zacząłem sobie truchtać, biegać. Także takie rozbieganka, jakieś 80 km w tygodniu sobie zrobię, bez jakiś takich szybkich treningów, na spokojnie. No i zacząłem przygotowania na następny rok. Tu do Niemiec, do Andory, do GSB trzeba się przygotować. Ten rok już w zasadzie odpuszczam, nie cisnę już na żadne zawody, nic na siłę. Ja niby się czuję dobrze, a na zawodach wychodzi.
        Czytałem 2 dni temu, taki fajny artykuł, Krzysztof Dołęgowski napisał w gazecie Ultra o Geoffie Roessie, ultramaratończyku. Jak on tam się przetrenował. Po tym artykule tak naprawdę dotarło do mnie, jak on też odnosił sukcesy i nagle po prostu, bach! Odcięło gościa. Same bóle, kontuzje, udręki, bezsenności itd. Wtedy sobie pomyślałem, że nie ma co po trupach lecieć do tej mety, tylko dać sobie siana. Niby czujesz się dobrze, ale tak naprawdę jedne zawody mogą cię wykluczyć na cały rok, albo i na dłużej. Trzeba trochę z głową latać. Mimo, że i tak człowiek trochę bez granic leci, te Karpaty itd. Nie zdaje sobie sprawy i przychodzi z czasem taki sygnał gdzieś z głowy, że to już czas na odpoczynek.
        - A powiedz, straciłeś dużo wagi po Łuku Karpat?
        - Wstyd się teraz przyznać, ale muszę powiedzieć, że jak wróciłem, to 65 kg ważyłem. W zasadzie nie dużo, bo 2 kg zeszło ze mnie.
        - To nie dużo.
        - No nie dużo, bo 67-68 kg ważę w sezonie, a teraz ważę 72 kg.
        - Ha, brawo! Podjadłeś, co?
        - [śmiech]. Nie no, po prostu, jakiś dramat.
        - [śmiech]. Nie no super Stary!
        - Czuję się jak jakaś kluseczka. W ogóle nie wiem skąd to się wzięło. Nagle ważyłem 65 kg, po Karpatach ważyłem 67 i nie minął tydzień, dwa i wchodzę na wagę a tam 72 kg!
        - Dajesz swojemu organizmowi takie sygnały: „mój drogi organizmie, biegnij teraz przez 39 dni”, to on teraz zbiera, bo nie wie co Ci wpadnie do głowy. [śmiech]
        - Chyba tak.
        - No tak, tak. Ale w ogóle super, że tak niedużo Ci zeszło wagi podczas biegu, bo to znak, że po prostu dobrze się odżywiałeś w trakcie.
        - To faktycznie analizowaliśmy to i ładowałem w zasadzie wszystko w siebie. Jak w domu staram się zdrowo odżywiać, no to na wyprawie ładowałem słoiki Nutelli, wszelakie mięso, batony, jakieś regeneracyjne rzeczy. Jadłem wszystko, co sobie nie pozwalałem jeść w domu, to na wyprawie po prostu taka swoboda. Hi life można powiedzieć, chipsy, nie chipsy. Dużo jadłem, naprawdę. Siostra jednak dbała. Kuchenkę miała, gotowała. Nie chodziłem głodny można powiedzieć.
        Ale teraz widzę, żę np. przytyłem te 72 kg i jestem w szoku. W zasadzie przestałem jeść mięso, nie jem w ogóle serów. Co jem jeszcze na przykład, to jajka. No ciężko mi jest odstawić wszystko od razu na półkę. Miód jeszcze jem, bo myślałem, że od razu przejdę na wege tak ostro, ale to nie jest tak. W zasadzie waga stoi w miejscu.
        - Ja nie wiem gdzie są te kilogramy, bo patrzę na Ciebie i nie widać ich.
        - Ej, bo jeszcze koszulki nie podniosłem. [śmiech]
        - [śmiech]. Nie wierzę, Roman z boczkami zwisającymi. Nie, na pewno gdzieś się pochowały.
        - Ale powiem Ci, że jak 6 lat temu zacząłem biegać, w ogóle ze sportem mieć coś wspólnego, startowałem z 53 kg a teraz ważę 72 kg. To jest 19 kg więcej po 6 latach.
        - Mięśnie.
        - No to sobie wyobraź jaki byłem szczupły.
        - No to musiałeś być jak patyk.
        - Patyczek. Przybyło mnie sporo. Ale czuje teraz np. Jak plecak biegowy ubiorę, jak na Karpatach mnie po prostu wszystko goniło, musiałem mieć na prawdę wsadzoną kurtkę, banany z tyłu itd. Żeby to nie goniło. Tak teraz, jak ubieram i nie mam nic z tyłu, to czuję, że on sobie tu fajnie siedzi. [śmiech]
        - [śmiech]. Czyli dobrze jest mieć trochę ciałka.
        - Pewnie, pewnie. No i zima idzie przede wszystkim, będzie cieplej. Dziewczyna też się cieszy jak jest mnie więcej.
        - A nie tylko skóra i kości. [śmiech]
        - O, dokładnie. [śmiech]
        - Dobra, Roman. Dziękuję Ci serdecznie za to spotkanie. Gratuluję Ci jeszcze raz tego roku, rzeczywiście był świetny i samo to, że ukończyłeś ten Łuk Karpat. To była jednak wielka niewiadoma mimo wszystko, prawda?
        - Była to taka perełka powiem Ci. Przez te lata przygotowywałem się do tego. Nawet sobie sprawy nie zdawałem z tego, że te zawody i te wcześniejsze wyprawy poprzedzają po prostu ten cały Łuk Karpat. Ja miałem to marzenie, ale nie miałem świadomości, że przygotowuję się do tego tak naprawdę.
        - Tak, wiem o co chodzi.
        - Gdzieś to w tych zawodach było.
        - Ale przede wszystkim, trzeba dziękować, że masz takie predyspozycje i, że Twój organizm znosi takie obciążenie.
        - No zniósł, zniósł. Nie wiedziałem faktycznie czy zniesie czy nie. W zasadzie można powiedzieć, że popłynąłem na głęboką wodę. Ale jednak da się przebiegnąć tyle kilometrów, da się zdobyć te góry, myślę, że da się więcej przebiegnąć. No i rzeczywiście te predyspozycje są. Może nie jestem super szybkim gościem, może niewiadomo ile nie biegam na 5-10 km, nie mam jakiś życiówek mega, ale jednak gdzieś ta wytrzymałość psychiczna i fizyczna jest.
        - Po za tym nie sposób być kozakiem na każdym dystansie.
        - Ja sobie zdaje z tego sprawę, że na maratonie, półmaratonie nie mam szans na zajęcie dobrego miejsca. Nie boje się i nie wstydzę się o tym mówić. Ale potrafię to powiedzieć, że na mocnych szlakach się dobrze czuje, że potrafię gości dojść na stromych podejściach. No i tam gdzie się czuje mocno, na długich dystansach, tam sobie też startuje. W tym też widzę sens całego biegania. Mam nadzieję, że taki Łuk Karpat się pojawi. Myślałem o Andach.
        - Uuu! Grubo!
        -  Wysokie góry, piękne!
        - Oj tam to będzie dziko.
        - Dziko i w ogóle jakie niuanse! Sam się boje pomysłów, które przychodzą mi do głowy. Są marzenia, są cele, także jest co robić, jest po co biegać.
        - Jest po co żyć!
        - I jest po co żyć! Żebyś wiedział. Mimo tego, że po Łuku Karpat jest taka pustka, a myślałem, że jej nie będzie. Niby spełniłem to marzenie, to nowy cel i można napierać do przodu.
        - To napieraj Roman!
        - Staram się!
        - Będę Ciebie obserwował i mam nadzieję, że słuchacze również chętnie.
        - Zapraszam też do śledzenia strony, bo tam będą się pojawiały jakieś ciekawe pomysły.
        - To czekamy na informacje od Ciebie. Dziękuje Ci serdecznie.
        - Fajnie, dzięki za rozmowę Kamil.
        - Pozdrowienia.
        - Hej!


        ZAKOŃCZENIE


        To jest niesamowite, że Romanowi udało się dokończyć ten projekt w pełnym zdrowiu, jego predyspozycja do znoszenia takich obciążeń i szybkiej regeneracji jest nie z tej ziemi. W dodatku Roman me jeszcze ochotę na bieganie! Miejmy nadzieję, że teraz powoli wróci do swoich stałych obciążeń treningowych i że znowu będzie nie do pokonania na zawodach. Jak słyszeliście w drodze jest książka i plany rekordu na Głównym Szlaku Beskidzkim. Czekają nas niesamowite emocje.

 

Zapraszam Was serdecznie również do nagrania własnej historii o sobie i udostęnienia jej na łamach Black Hat Ultra Team - kolejnego podcastowego projektu, który uruchomiłem jakiś czas temu. Wystarczy zapisać się na grupę Black Hat Ultra Team na facebooku, znajdziecie tam pytania do Was i wsparcie techniczne od osób, które już mają pierwsze doświadczenia za sobą. Liczę na Waszą szczerość. Być może będzie to jeden z tych momentów kiedy usiądziecie i zastanowicie się dlaczego biegacie? Co jest dla Was ważne? Jak o tym opowiedzieć w ciekawy sposób? Myślę, że wszyscy chętnie Was posłuchają!

 

Dziękuję serdecznie, że słuchacie tego podcastu, dziękuję za miłe komentarze i zaangażowanie to wszystko daje mi energię do działania więc nie bójcie się wspierać  Black Hat Ultra swoimi polubieniami i dzielcie się kolejnymi odcinkami na swoich profilach w mediach społecznościowych.

 

Zapraszam również na nową stronę internetową, którą buduję. Wpadajcie na www.blackhatultra.pl

 

Dzięki za wszystko i Buźka!

Rozmawiał Kamil Dąbkowski