BHU: Kochani witam Was serdecznie. Podobno ciągle wam mało Pauliny i tęsknicie już za nią. W związku z tym udostępniam opowieść Pauliny o jej wyjeździe do Hongkongu na 100 kilometrowy bieg po okolicznych górach. Posłuchajcie. Jak to się wydarzyło z Bieszczad do Hongkongu, jak się tam dostałaś? Pojechałaś na ten bieg 100 kilometrowy? 

PT: Pojechałam na ten bieg. Zgadza się.

BHU: Wow. Ale dlaczego akurat ten bieg?

PT: No właśnie, dlaczego. Ponieważ Krzysiek z Łukaszem też się znali. Bo Łukasz jest fizjoterapeutą. I tak się w ogóle śmiesznie złożyło, że ja znałam Krzyśka i Łukasz znał Krzyśka i każdy z nas jakby poznał Krzyśka w całkiem innych okolicznościach. Krzysiek był pacjentem Łukasza i Krzysiek powiedział Łukaszowi o biegu na Gran Canaria - Trans Gran Canaria, na który oni razem polecieli i później stwierdzili, że chcieliby znowu przebiec jakiś kolejny bieg z cyklu Ultra Trail World Tour. No i pomyśleli sobie o tym w Hongkongu i zaczęli mi wysyłać filmiki, jak tam jest pięknie i cudownie. Ja w tych filmikach się zakochałam i oni do mnie mówili, że oni się zapisują i oni lecą na ten bieg ale ja nie mam niestety pieniędzy i ja nie polecę na ten bieg. I zaczęli mnie namawiać żebym po prostu zaczęła zbierać pieniądze, jakby zaczęła prosić nawet to środowisko biegowe o pieniądze na wyjazd, że chce zrealizować takie marzenie. Mi się to wydało na początku trochę głupie po prostu. Ja nie lubię prosić innych o pieniądze. Nie wydawało mi się, że to jest jakiś taki szczytny cel. Wychodziłam z założenia, że zbierać pieniądze to można, nie wiem, jak ktoś jest chory i trochę mi było głupio to robić ale się w końcu przekonałam i nie żałuję tego. Bo tak naprawdę byłam w szoku jaki odzew był na te moje prośby, że to były w większej części pozytywne komentarze i ja uzbierałam te pieniądze i ja dzięki pomocy okolicznym biegaczom, moim znajomym, moim przyjaciołom, moim znajomym z liceum, którzy też widzieli ten post mój i przelewali mi po prostu pieniądze na konto. Tak, i ja dzięki tym ludziom spełniłam to marzenie razem z Krzyśkiem i z Łukaszem i polecieliśmy do Hongkongu. Dla mnie to był, szok że ja jestem w Hongkongu na drugim końcu świata. Niesamowite to było. Nie zapomnę tego nigdy. 

BHU: Jak wrażenia z tego biegu? Góry jak odebrałaś, sam Hongkong i bieganie po tamtych terenach? To było coś dla ciebie zupełnie coś innego?

PT: Tak. To było dla mnie coś innego ponieważ tam w ogóle był trochę inny klimat. To może po kolei. Może zacznijmy od samego Hongkongu. Bo my tam polecieliśmy i byliśmy tam dwa tygodnie, nawet więcej. Bo w ogóle ta podróż to opowiadaliśmy tyle razy, ale niekończąca się podróż do Hongkongu. Bo już w pierwszą stronę mieliśmy lot z Warszawy do Pekinu i potem z Pekinu do Hongkongu. W Pekinie mieliśmy cztery godziny czekać na lot do Hongkongu i my po prostu wyszliśmy z samolotu i czekaliśmy w złym miejscu, nie tam gdzie trzeba. I zanim się zorientowaliśmy, że po prostu jesteśmy w złym miejscu to czas oczekiwania na lot się skurczył i została nam jakaś godzina. A jak w końcu dotarliśmy na miejsce gdzie była kolejka do bramek, to po prostu złapaliśmy się za głowę bo nie widzieliśmy końca. Było tyle ludzi i po prostu staliśmy i nie wiedzieliśmy co robić. W końcu Łukasz pomyślał przeszedł sobie przez te taśmy takie, które są poustawiane żeby ludzie stali w kolejce. Przeszedł przez taśmy. Patrzył się się tak na nas, na mnie i na Krzyśka i mówi: chcecie lecieć? To zróbcie to samo co ja. No to my niewiele myśląc przeszliśmy, oczywiście zwaliłam tę taśmę, ale to nic. No i szliśmy przez to morze ludzi, oni się tak na nas patrzyli. Głównie to byli Chińczycy ale nie mieliśmy po prostu innego wyjścia bo o mały włos byśmy po prostu musieli szukać jakiegoś pociągu, jakiegoś innego środka transportu żeby się tam dostać i w końcu nam się udało rzutem na taśmę. Ale zdążyliśmy. I to właśnie była taka nerwowa sytuacja a w drodze powrotnej była kolejna sytuacja ale może to za chwilę. Sam Hongkong. Wyszliśmy z metra i w ogóle mieszkaliśmy na jakiejś ulicy trochę biedniejszej i wyszliśmy. I ja poczułam od razu zapach ryb. Niedaleko nas był targ gdzie było po prostu pełno różnych ryb, owoców morza i tak po prostu było czuć. Ja w ogóle jak wyszłam z tego metra i popatrzyłam się gdzie jestem. Ta dzielnica była taka obskurna i tak się zastanawiam, Boże gdzie ja przyleciałam. To było tylko takie moje pierwsze wrażenie, bo później jak zaczęliśmy zwiedzać Hongkong to zupełnie zmieniłam zdanie. Po prostu uważam, że jest takie miejsce gdzie warto raz w życiu polecieć i zobaczyć. Na mnie wrażenie zrobiły rusztowania z bambusa [śmiech]. W ogóle nie mogłam w to uwierzyć jak wysokie mogą być bloki mieszkalne na 40 pięter. No po prostu my mieszkaliśmy też, nie wiem, na którym piętrze ale jak wyszłam na balkon i zobaczyłam te bloki to po prostu no jakiś kosmos. One są takie wysokie i nagle taka dżungla, po prostu taki park gdzie były flamingi. W ogóle dla mnie ta roślinność, ona była tak bujna, soczysta, zielona. Także w ogóle strasznie duży ruch na chodnikach. Takie żywe to miasto. Co ciekawe patrzyliśmy też na te samochody. Były same takie, trochę mnie to zdziwiło, nowe auta. Wydaje mi się, że tam dużo ludzi nie używa aut ponieważ jest tak rozbudowana komunikacja miejska, że po prostu są niepotrzebne. Jak już ktoś ma, to po prostu dobre samochody. Poza tym my bardzo dużo chodziliśmy. Bo tak się najlepiej zwiedza. Po prostu obeszliśmy to miasto jak się dało wzdłuż i wszerz. Jeździliśmy też. Ale właśnie bardzo dużo chodziliśmy bo wtedy można najwięcej zobaczyć. A sam bieg? No to zacznijmy od odbioru pakietu jeszcze się nie spotkałam z takim Expo z takim miejscem jak tam. Wchodziło się w ogóle do jakiegoś małego sklepiku sportowego. Krzysiek to się ledwie zmieścił bo on dosyć wysoki jest i trzeba było wejść po takich wąziutkich schodkach na górę. I tam pan dał nam pakiecik i po prostu nie było jakiegoś, jak zawsze na tych biegach są hale, powystawiane różne sprzęty, można jakieś odżywki kupować, inne tego typu rzeczy. Tam to było takie jakby kameralne. Wchodziło się po ten pakiet i tyle i się go dostawało. Ogólnie sam bieg, punkty np. były świetnie wyposażone. Chyba co 10 kilometrów był punkt i na tych punktach to po prostu było jedzenie różnego typu. Nam wtedy najbardziej podpasowały takie kulki różowe, taki zlepiony ryż. To było łatwostrawne i myśmy właśnie dużo tego ryżu jedli. Wcześniej jakoś i ja robiłam ryż z jabłkami mi się zdarzyło jeść. Ale nie pamiętam czy to właśnie przed Hongkongiem. Chyba nie, chyba dopiero właśnie po Hongkongu się dowiedzieliśmy, że właśnie ryż. Dlatego to doświadczenie jest ważne, że ryż też fajnie wchodzi na takich długich biegach, daje energię i nie obciąża tego żołądka, układu pokarmowego i to nam fajnie wchodziło. W ogóle zadziwiająca była ilość fotografów na trasie. Ja się śmiałem, że za każdym krzakiem, za każdym kamieniem jakieś fotki. Ktoś wystaje i robi nam te zdjęcia. Naprawdę było strasznie dużo. No i też zdarzyło się, że na jednym punkcie byli kibice z Polski. Tak były dwie panie i to też bardzo miło usłyszeć w Chinach polski głos.

BHU: A jak Ci poszło na tym biegu?

PT: Poszło mi całkiem nieźle w sumie poszło. Śmiałam się, że chciałam być w pierwszej dziesiątce ale to chyba raczej było nierealne. Ale byłam chyba 16 wśród kobiet. Czas może nie powala ale złotą statuetkę udało się zdobyć. Tam było tak, że w zależności od uzyskanego czasu był podział na złotą, srebrną i brązową. Ja się śmiałem cały czas, że ja jadę pod złotą więc udało się zdobyć złotą statuetkę. I co, biegliśmy z Łukaszem razem ten bieg, nie planowaliśmy tego. Zastanawialiśmy się jak to zrobić. Ale stało się tak, że na początku się rozdzieliliśmy ale później jakoś z powrotem się spotkaliśmy i już do końca biegliśmy razem. Jeszcze mieliśmy nawet jeden incydent. W sumie Łukasz ma szczęście, że bieg ze mną, ponieważ zepsuła mu się czołówka i biegliśmy tylko na mojej czołówce i ja już wtedy nie wytrzymałam. Trochę mi nerwy puściły na tym biegu, bo jednak to był tak długi czas, ja nigdy wcześniej tyle godzin nie biegłam, to było prawie 15 godzin. Z resztą do tej pory chyba to był najdłuższy bieg jaki pokonałam jeżeli chodzi o czas. I biegliśmy na tej jednej czołówce, i ja tak ciągle miałam zgiętą głowę na bok [śmiech]. Żeby on też coś wiedział, przy czym była taka trasa, tam było strasznie dużo schodów. Ciężko było się poruszać właśnie z tą jedną czołówką, no ale jakoś dobiegliśmy do mety. Byłam przeszczęśliwa na mecie.

BHU: No dobrze. Słuchaj, wracasz do Polski po tym Hongkongu i co dalej się dzieje?

PT: Wracam do Polski ale nie było tak łatwo wrócić. Wracaliśmy dosyć długo, bo był opóźniony samolot z Hongkongu do Pekinu. I jak dolecieliśmy już do tego Pekinu to pobiegliśmy jeszcze na ten samolot do Warszawy ale już nie zostaliśmy wpuszczeni. No i spędziliśmy kolejne dwa dni w Pekinie.

BHU: O Boże.

PT: Tak.

BHU: Ale wyszliście z lotniska?

PT: Wyszliśmy, wyszliśmy do hotelu. Tak. Ale ta droga z lotniska do hotelu to trwało bardzo długo, bo tak naprawdę od piątej nad ranem. Ciężko było się tam z nimi w ogóle dogadać na tym lotnisku. Zabrali nam paszporty, potem nam oddali. Taka w ogóle dziwna strasznie sytuacja. Jakiś pan w płaszczu długim. Dla mnie ciężki klimat panował na tym lotnisku. Ja nie przeżyłam komunizmu, ale będąc w Pekinie to trochę jakby doświadczyłam jak ta sytuacja wygląda. Najgorsze było to, że ja chciałam dodzwonić się do domu. Nie mogłam się dodzwonić do domu. Smsa też nie mogą wysłać. Messenger nie działał. W ogóle nie wiedziałam co mam zrobić żeby dać im znać, że ja nie wrócę jutro czy dzisiaj. Już nie pamiętam jak to było. Przesunęli nam lot. Ja miałam być w piątek w domu a my byliśmy dopiero w poniedziałek nad ranem w domu. Więc to znaczna różnica była. A żeby było śmieszniej oni dali nam wizę i jak my już przyszliśmy w końcu w niedzielę na lotnisko, chcieliśmy się odprawić, podchodzę do okienka i pani pokazuje mi na datę i coś kiwa głową. A mi się już ciepło zrobiło i tak sobie myślę, Boże nie wlecimy stąd. I się okazało, że już mamy nieważną wizę. Parę godzin. Oni nie wiedzieli tak naprawdę na kiedy nam ten lot przełożą. Ale w końcu przyszedł jakiś Bożek, coś tam poczytał [śmiech], porozmawiali sobie no i w końcu machnął ręką i powiedział żebyśmy poszli. Także szczęśliwie wracaliśmy, nie lecieliśmy do Warszawy. Lecieliśmy do... Gdzie myśmy tam lecieli [śmiech]. Mniejsza z tym. Przez Sztokholm lecieliśmy i potem dopiero do Warszawy. Tak się szczęśliwie skończyło.