BHU: Witajcie w podcaście Black Hat Ultra. Ten nowy rok postanowiłem zacząć odcinkiem, który kontynuuje poszerzanie tematyki tego podcastu. 

Zapraszam na spotkanie z podróżniczką.

Kamila Kielar: Zaczęłam sprawdzać informacje o tym, że góry na zachodnim wybrzeżu są zarąbane śniegiem. W związku z tym, było wiadomo, że w 2017 roku, w sezonie wędrówkowym ten śnieg tam cały czas będzie zalegał i ten śnieg będzie miał wpływ na bardzo wiele rzeczy: na zachowania ludzi na podbijanie ich zachowań, podbijanie zachowań dobrych, złych. Wiesz, wszelakich. Wyciąganie z ludzi różnych cech i grupowo i indywidualnie i stwierdziłam - „tak, to jest ten moment”. Wiesz, ja już jestem po kilkunastu latach różnego rodzaju wyjazdów i wypraw mniejszych, większych. W tym też półrocznych. Wydawało mi się, że ten BP City Nord będzie super, to ja wiedziałam to, że sobie zbiorę materiał to wiedziałam, ale emocjonalnie, mnie tak poruszył, że to mnie samą zaskoczyło, bo wydawało mi się dlaczego to a nie dlaczego Jukon. Dlaczego nagle ten jeden szlak, jeśli chodzi o emocje. Nie chodzi o nawet o wyczyn, tylko bardziej chodzi o emocje, i co było dla mnie ważne, to City jest na miejscu 1, nawet nie czołówka. To jest numer jeden.

 

BHU: To była Kamila Kielar. Ja nazywam się Kamil Dąbkowski i Witam Was w podcaście Black Hat Ultra. Jest to podcast, w którym spotykam się z niezwykłymi osobami, które prowadzone pasją i ambicją pokonują swoje fizyczne i mentalne słabości, aby się rozwijać i realizować założone cele dobrze się przy tym bawiąc.
Kamila przemierza świat rowerem, kajakiem lub po prostu z buta. Pomimo, że nie czuje się sportowcem to pokonuje ogromne dystanse w ciężkich warunkach i do tego często zimą, którą uwielbia. To co, moim zdaniem, wyróżnia ją na tle innych podróżników to umiejętności związane z pozyskiwaniem oraz przekazywaniem dalej niesamowitych historii. Jej podróże zawsze mają pewne założenia merytoryczne, nie są wyczynem samym w sobie. Usłyszycie więc historię o niedźwiedziach i łososiach z Kolumbii Brytyjskiej, traperach z Jukonu, znikających morzach i emocjonalnym trekingu wzdłuż Pacific Crest Trail. Jeżeli podoba Wam się ten podcast zachęcam do wsparcia go na patronite.pl/blackhatultra.
Witając Was w roku dwudziestym, zapraszam na to wyjątkowe spotkanie z Kamilą. 

 

BHU: Cześć Kamila, witam cię serdecznie. 

K: Cześć Kamil.


BHU: Dziękuję, że przyjechałaś do mnie, do Warszawy na nagranie.


K: Ale myślę, że to jest taka przygoda, że to jest moja przyjemność cała.


BHU: Kamila, poznałem ciebie przez filmy na YouTube. I widziałem twoje niesamowite wystąpienia, które miałaś nt. swoich wypraw. To co było obłędne, to sposób w jaki opowiadasz o swoich wyprawach. Bo jest coś takiego, że opowiadasz o tych wyprawach w sposób bardzo lakoniczny. A potem na końcu sprzedajesz taką informację, która podsumowuje to wszystko co obserwujesz. I nagle się okazuje, że to wszystko co ty robiłaś na wyprawie. Cały plan, który miałaś. Te km, które przemierzałaś. Że to wszystko służyło czemuś, przywiezieniu nam tutaj jakiejś obłędnej historii. I to mi się strasznie spodobało w twoich wyprawach, że ty nie jedziesz gdzieś żeby przemierzyć kawałek świata, żeby zrobić coś szybko, albo zrobić coś inaczej, albo w jakimś stylu. Ty po prostu jedziesz po to, żeby nam przywieźć jakąś obłędną historię. Czasem są to bardzo smutne historie. W sensie, o tym, jak nasz świat jest wypaczony totalnie. Więc tym o to wstępem witam cię serdecznie. Bardzo się cieszę, że jesteś gościem w tym podcaście. Pierwsze pytanie jakie mam do ciebie, żeby zahaczyć trochę temat. Jak przygotowujesz się do swoich wypraw? Jak znajdujesz inspiracje, tematy do swoich wypraw?

 

K: Częściowo to jest proces, który nie ma granic. To nie ma tak, że „ach, od 15 IV zacznę siedzieć nad projektem”. Zaczynam rozpisywać mapę myśli, listę rzeczy do zrobienia i rozpisuję plan treningowy. Bo tak to nie wygląda. Mnóstwo rzeczy dzieje się trochę po za mną, albo wychodzi przypadkiem. Bo po prostu dowiaduje się o jakimś temacie. I tak, żeby było na przykładach a nie na abstrakcji. To tak było z tymi moimi białymi niedźwiedziami. Czyli zeszłoroczną wyprawą. Ja wiedziałam o tych niedźwiedziach od 5 czy 6 lat. I nie jestem ci w stanie powiedzieć, kto mi pierwszy o nich powiedział. Po prostu jeżdżę na te tereny, zajmując się przyrodą, zajmując się niedźwiedziami, w którymś momencie to po prostu padło. To sobie zaczęło dojrzewać w głowie i się po prostu pojawiło. Więc czasami ten proces dzieje się zupełnie po za mną. No oczywiście siedzę w prasie outdoorowej. W anglojęzycznym internecie zwłaszcza jest dużo rzeczy w tym temacie. U nas się mniej opowiada o outdoorze niż tam, więc po prostu grzebanie w tamtejszych źródłach, obserwowanie odpowiednich rzeczy na Facebooku. Tutaj jest mnóstwo rzeczy. Nie ma co udawać, że Facebook jest tylko do wrzucenia selfiaków, bo jak się z niego dobrze korzysta i dobrze ustawi różne algorytmy, to pokazuje mądre rzeczy Po prasę, po podcasty, po ludzi, którzy robią po porostu bardzo ciekawe rzeczy. Plus cała prasa, jeżeli chodzi o przyrodę. I wiesz, czasami jest tak, że czytasz coś i czytasz ileś artykułów, niezliczoną ilość w ciągu tygodnia. I nagle któryś ci kliknie, albo ciebie poruszy gdzieś tam w sercu, mimo, ze on z obiektywnych względów może być w cale bardziej uważny albo bardziej atrakcyjny ale dla ciebie on staje się ważny i atrakcyjny. No i wtedy on sobie zaczyna dojrzewać w głowie. I to jest też proces, nad którym ja częściowo pracuje i sprawdzam możliwości czy to jest do zrobienia, czy to jest w tym roku do zrobienia, czy w najbliższych 5 latach, czy dopiero jak już całkiem będę umiała wszystko - czyli nigdy. Wiesz, bo to nie jest tak, że każdą wyprawę czy temat jestem w stanie zrobić teraz. Po prostu nie.

 

BHU: A od czego to zależy?

 

K: To zależy od stanu mojej wiedzy. I to wiedzy merytorycznej. Bo to, że ja wiem, że jakiś super ważny temat się dzieje np. w Kambodży. Ale to, że ja nie mam w tej chwili wiedzy o Kambodży, taką, żeby pojechać i zrobić to dziennikarsko dobrze. No to jest rzecz, która mnie blokuje. Co z tego, że ja bym to mogła zrobić przeciętnie. To mnie satysfakcjonuje po prostu. Więc wole to sobie odłożyć na czas, kiedy ja albo się o tej Kambodży nauczę, albo zajmować się rzeczami, na których się naprawdę znam.

BHU: A czy zależy ci na poruszaniu tematów, których jeszcze nikt wcześniej nie poruszył? Czy to nie jest istotne?

 

K: Tak i nie trochę. Tzn. nie jest to na pewno rzecz, która jest rzeczą dominującą. I mam nadzieję, że chyba nigdy nie będzie, bo to nie jest do końca dobra motywacja. Dlatego, że to się robi wyścig po pierwszeństwo, a nie zawsze o to chodzi w dziennikarstwie i we wszystkich projektach. To jest oczywiście osobny temat i to jest dygresja, ale taka mania pierwszeństwa, która ostatnio nawiedza naszą branżę podróżniczą czy wyprawową. Przyjmuje śmieszne rozmiary czasami -„bo ja pierwszy doszedłem do tej wioski”, ale tip topami śpiewając piosenki Krzysztofa Krawczyka. Robi się z tego jakiś […].

 

BHU: Nikt tego w tym stylu tak wcześniej nie zrobił. [śmiech]

K: Bardzo staram się nie wpaść w taką sprawę. Natomiast z punktu widzenia jakiejś opowieści, w momencie kiedy opowiadasz jakąś historię mniej znaną, albo trochę zapomnianą, albo pod innym kątem, no to, to naturalnie można zbudować jako coś bardziej atrakcyjnego i ludzie mogą to chętniej słuchać, niż po raz 20 albo 200 w dzisiejszym świecie te same historie. Więc tak i nie, odpowiadając na pytanie. Też nie do końca wierzę, że w dzisiejszym świecie, nie zostało wszystko powiedziane. Tylko pytanie, dużo jest o formę, o treść, o tym jak dobrze. Ale czy coś zostało nie opowiedziane? Nie sądzę.

BHU: Skupiasz się bardziej na tym jak ty to chcesz przedstawić. To jest chyba super. Powiedz, jeśli chodzi o dobór czasu. Z jednej strony to jest stan twojej wiedzy, że ty się musisz przygotować merytorycznie, ale z drugiej strony, jeśli chodzi o porę roku, albo środek transportu, to też pewnie ma jakieś znaczenie dla ciebie, prawda?

K: To ma bardzo duże znaczenie, w momencie to jest kluczowym momentem. I znowu się odwołam do wyprawy na białe niedźwiedzie. To była wyprawa, którą realizowałam kajakiem morskim u wybrzeży Pacyfiku.

 

BHU: W którym miejscu to było?

 

K: Kolumbia Brytyjska, czyli zachodnia Kanada. To był zeszły rok i ja tą wyprawę chciałam zrobić w takim stylu od jakiś 5 lat. Ale 5 lat temu nie miałam takich umiejętności kajakarskich, żeby to zrobić. Kajakarstwo morskie […] 

 

BHU: Troszkę się różni od spływu Czarną Hańczą.

 

K: To nie jest spływ Czarną Hańczą. [śmiech] Jak ja tym to zrobiła 5 lat temu, to to by była totalna głupota. I tak trzeba w takich kategoriach na to patrzeć, że ja nie miałam do tego umiejętności, nie miałam wiedzy, psychiki. To też jest bardzo ważne, bo psychika się gdzieś tam buduje przez jakieś doświadczenia. Ja bym wtedy albo tego nie zrobiła i bym to rzuciła drugiego dnia,wracając z płaczem i krzykiem. Albo bym się zabiła. Jedna i druga opcja jest bez sensu. Byłam potem na jakiś kursach kajakarstwa morskiego, to pływałam na Alasce […]. I w momencie kiedy poczułam i ludzie, którzy się na tym lepiej znają, powiedzieli mi, że i znając tamte wody, bo to też jest tak, że Ci to ktoś w Polsce powie, to to zupełnie nic nie znaczy, bo tamto środowisko jest zupełnie inne. Kiedy oni i ja uznaliśmy, że mogę to zrobić bezpiecznie, to, to był ten moment. I tak w ogóle było trudniej niż się spodziewałam. Pod kątem kajakarskim było naprawdę hardkorowo momentami. No nie zmienia to faktu, że byłam w stanie to zrobić i wrócić z wyprawy, zebrać materiał i się nie utopić. A 5 lat temu jestem przekonana, że by to się nie udało.

 

BHU: Ile czasu trwała ta wyprawa? 

K: 2,5 miesiąca.

 

BHU: Wow! Ile km w sumie kajakiem zrobiłaś?

 

K: Tak, nie tak dużo. Trochę ponad 500 km. 

 

BHU: Wow, spoko.

 

K: [śmiech] To też jest tak, że te moje wyprawy […] Ja wiem, że to jest podcast o długich dystansach.

 

BHU: Między innymi. Lubimy trochę km. 

K: Właśnie, ja też bardzo lubię km. Jak jadę na wyprawę fotograficzną i chcę fotografować niedźwiedzie, to nie mogę cisnąć tym kajakiem non stop, codziennie po 40 km. Ponieważ nie zrealizuję materiału. Więc staram się balansować pomiędzy tak jak mówiłeś na początku, znalezieniem jakiegoś tematu i treści w tym. I to wplatać w te dłuższe dystanse, nawet jeżeli te dystanse tracą na długości.

 

BHU: [śmiech] Oczywiście. One nie są dla ciebie ważne. Wymiar sportowy w ogóle nie jest dla ciebie istotny.

 

K: Ja się w ogóle nie czuje sportowcem. W sensie, strasznie mnie to bawi, strasznie mnie to cieszy. Szlaki długodystansowe, góry, chodzenie, rowery. To sprawia mi frajdę. Jest fantastycznym środkiem dotarcia do tego co chcę, zwłaszcza, że ja działam w outdoorze, w przyrodzie. Więc idealnie jest jeżeli chodzi o tempo, o wszystko. Ale ja w życiu bym się nie nazwała sportowcem. Jak ktoś mnie czasem nazwie kajakarka albo kolarka. [śmiech] O kim mowa?!

 

BHU: Właśnie o to chodzi, bo jest bardzo wielu podróżników, w tym Polskich podróżników, którzy łapią zajawkę, żeby przejechać z jednego wybrzeża na drugie, albo przepłynąć jakąś rzekę całą. I to koniec. Oczywiście oni przeżywają fantastyczne przygody i przywożą świetne zdjęcia, spotykają super ludzi i z tego się robi jakaś historia. Ale właśnie to co mi się w twoim podróżowaniu podoba, to to, że ta historia dla ciebie jest punktem wyjścia, a nie wyczyn „sportowy”, więc to jest ekstra. Bardzo chciałbym, żebyś opowiedziała o podróży do Kolumbii Brytyjskiej, bo ona jest absolutnie fantastyczna. Przeczytałem w ostatnich Kontynentach o twojej podróży. I ona ma bardzo wiele wymiarów. Jakbyś mogła troszeczkę więcej opowiedzieć po co tam pojechałaś, czego szukałaś i co przywiozłaś stamtąd?

 

K: Punktem wyjścia do tej całej historii, było to, że w tamtym miejscu na zachodnim wybrzeżu Kanady, żyją na kilku  wyspach niedźwiedzie czarne, które są białe. One mają fizycznie białe futro, są całkowicie białe. To co jest ważne, nie są to niedźwiedzie polarne ani albinosy. One mają taki gen odpowiedzialny za to, że mają białe futro. A to, że żyją na wyspie pozwala temu genowi recesywnemu się wybić, i dlatego one mają szansę tam istnieć. Ich żyje tylko maksymalnie 150. W związku z tym są uważane za najrzadsze niedźwiedzie świata. Żyją tylko w tym jednym miejscu. I w ogóle północą. To są bardzo moje klimaty. Po drugie, wizualnie jak się patrzy na te niedźwiedzie, to jest nieprawdopodobne. Zielony, soczysty, północny las deszczowy, a ty masz białego niedźwiedzia, więc twoja głowa widzi mniej więcej niedźwiedzia polarnego w dżungli i nie wiesz co się dzieje, bo to się ze sobą nie składa. Więc ta historia wizualna jest taka, że niedźwiedzie zawsze były związane z rdzennymi mieszkańcami. Na nie nigdy nie polowano, bo oczywiście są w mitologii, o stworzeniu świata. Są w sztuce lokalnej. Bardzo duży wpływ mają niedźwiedzie na to co tam się dzieje. Ale mnie też one interesowały, z punktu przyrodniczego. Dlatego, że niedźwiedzie są jednym z tzw. gatunków parasolowych. Czyli to są gatunki bardzo wysoko w łańcuchu pokarmowym. To oznacza, że wszystko co się dzieje ze środowiskiem poniżej. Czy z innymi gatunkami zwierząt, bo są np. słabsze, chorowite albo przeimigrowały gdzieś. Albo się dzieje z przyrodniczym środowiskiem, jeśli chodzi o rośliny, że zmienia się tak jak Amazonia sawannieie. To wszystko ma wpływ na gatunki parasolowe na samej górze. I taki niedźwiedź jest papierkiem lakmusowym stanu i kondycji całego środowiska poniżej niego. W związku z tym obserwowanie kondycji i jak one żyją, czy zmieniają swoje zachowania, ze względu na to, że żyjemy w czasach kryzysu klimatycznego. W związku z tym, oglądanie tego jak one na to reagują, no to, to już jest takie bezpośrednie pokazanie jak to jest ze sobą powiązane. I to mnie szalenie interesowało, to był mój punkt wyjścia i to chciałam zbadać. Chciałam jeszcze zbadać to, że wiedziałam, że tamtędy ma być puszczona linia tankowców z ropą naftową i gazem ziemnym, ponieważ to są tereny pomiędzy ogromnymi złożami ropy naftowej w Kanadzie. Jednym z największych na świecie, naprawdę. Więc to nie tylko Kanada. Ale tamtędy chciano puścić tankowce, więc chciałam zobaczyć jaki jest status tych tankowców, którędy one mają pływać, dlaczego to jest aż tak zły pomysł w tamtym miejscu. I to był mój punkt wyjścia. Żeby tam dotrzeć, tam nie ma żadnych dróg, to jest kompletnie odizolowany teren, ogromnej powierzchni.

 

BHU: To jest taki zestaw wysepek?

K: Zestaw wysepek, fiordów, cieśnin. Takiego wybrzeża polodowcowego. Tam widać te lodowce, które to przeorały wszystko. I tam żeby dotrzeć, można dotrzeć tylko hydroplanem albo drogą wodną. A już w ogóle żeby dotrzeć do niedźwiedzi, do miejsc gdzie one żyją, to to jest wyłącznie droga wodna. Ja nie chciałam brać udziału w komercyjnych przedsięwzięciach, które tam są. Nie ma co ukrywać, bo tam są robione jakieś wycieczki fotograficzne. Nie chciałam brać w tym udziału, bo są to bardzo drogie finansowo rzeczy. I skoro ja potrafię to zrobić sama, to nie widzę konieczności za to płacić. A to też jest tak, że nie boję się niedźwiedzi w tamtym miejscu, w takich okolicznościach. Wiem jak sobie radzić, więc nie potrzebuję ochrony kogoś z zewnątrz. A z drugiej strony takie wycieczki komercyjne trwają po 3-5 dni. To nie jest czas na zbieranie materiału, takiego pogłębionego. Plus ten aspekt przygodowy, który zawsze staram się dokoptować do swoich wypraw, sprawił, że ja wybrałam kajak morski jako najlepszą formę dotarcia.

 

BHU: Skąd wypłynęłaś?

 

K: Wypłynęłam ze środka tego terenu. Ten teren się nazywa Great Bear Rainforest. Tam jest taka miejscowość Klemtu, i do tej miejscowości pływa prom. Więc przypłynęłam promem do tej miejscowości, a stamtąd już wszystko robiłam kajakiem.

 

BHU: Opowiedz co zaobserwowałaś u tych niedźwiedzi?

K: Zaobserwowałam to, że przede wszystkim tych niedźwiedzi spotkałam dużo mniej niż się spodziewałam. Spodziewałam się, bazując na tym co wiedziałam o terenie, o tym co wiem o niedźwiedziach. W związku z tym, zanim zobaczyłam pierwsze niedźwiedzie minął miesiąc. To jest bardzo długo. W terenie takim bardzo niedźwiedziowym. Nie mówię tylko o białych, w ogóle jakiegokolwiek niedźwiedzia. A to są tereny gdzie żyją niedźwiedzie gryzzli, czarne, zwykłe baribale, gdzie żyją te białe. I nagle pach! Nie ma niedźwiedzi.

BHU: Rozumiem, że pływając kajakiem szukałaś niedźwiedzi głównie nad brzegiem morza?

 

K: Tak, no bo na środku oceanu jest ich mniej. [śmiech]

 

BHU: Myślę bardziej o tym czy wchodziłaś w teren czy przy brzegu ich szukałaś?

 

K: Nie, tzn. wchodziłam na ile wchodziłam. Pytanie, co znaczy ‚przy brzegu’? Ja codziennie nocowałam na brzegu. To nie było tak, że ja nocowałam na wodzie. Więc codziennie spływałam do jakiejś doliny czy fiordu. I oczywiście gdyby one żyły na samym wybrzeżu, to ja bym je widziała płynąc. Ale bardzo często się zatrzymywałam na kilka dni, na tydzień w jednym miejscu, I potem eksplorowałam w górę rzeki, tam gdzie one mogły być łowiąc łososie. Po górach chodziłam za nimi, to jak najbardziej tak. No nie wchodziłam 100 km w interior, ale kilka, kilkanaście km od brzegu pewnie tak. Więc to była taka pierwsza obserwacja, że tych niedźwiedzi nie ma. Ale to, że ich nie ma, ja wiedziałam, że z czegoś wynika. To nie jest tak, że po prostu mam pecha. To nie są miejsca gdzie możesz mieć pecha przez tak długi czas jak nie widzisz niedźwiedzia. To już jest kwestia jakiegoś zewnętrznego czynnika. I tym czynnikiem jest to, że nie ma łososi. Albo może jest ich tak znikoma ilość, w stosunku do tego co powinno być, bo to są spadki łososia z niektórych rzek, które były jeszcze 10 czy 15 lat temu. Ponad 3 mln łososi wpływało w jednym sezonie, to w tamtym roku wpłynęło do tych samych rzek 65 tys. To jest 50 razy mniej, nieprawdopodobny spadek na przestrzeni dekady. 

BHU: Co się stało?

K: Wiesz co, odłowiliśmy je, wyżarliśmy je, mówiąc w prost. Z resztą jak wszystkie ryby prawie że. To jest ogólny problem wszystkich mórz i oceanów. I u nas w Bałtyku, Atlantyku, Pacyfiku i w zasadzie wszystkie kraje w Azji. No wszędzie, po prostu wszędzie. Przełowienie, zmiany klimaty, wzrost temperatur, wzrost zakwaszenia wód, wycinka lasów, która powoduje to, że rzeki są niezdatne do tego, łosoś jest tam w stanie złożyć jajeczka na ikrę, bo są zamulane. A łosoś potrzebuje takiego żwirku, bo inaczej to wszystko zostanie wypłukane. To się wiąże z tym, że łososie wracają dokładnie do tej samej rzeki, w której się urodziły. I to jest w ogóle niezwykła ich cecha, ale ta cecha ich wykańcza, bo jeżeli tą rzekę wyeliminujemy, to nie jest, że one popłyną gdzieś indziej. Eliminujemy całą populację łososi, która kiedykolwiek się tam urodziła. Jeszcze dalej mamy farmy rybne, które bardzo zanieczyszczają wodę. Które zarażają dzikie łososie chorobami inwazyjnych gatunków, które są sztucznymi gatunkami na danym terenie. Więc jest kilka czynników, skąd łososie mają tak dramatyczny zjazd w swojej ilości. No ale powoduje to, że zarówno niedźwiadki, jak i 200 innych gatunków, jak i cały las. Bo udowodniono zależność pomiędzy tym jak rośnie las i tym jak dobry jest urok łososiowy. Bo gnijące resztki łososi […], no bo te łososie jak złożą jajeczka na ikrę to umierają. I ich ciała są rozwlekane przez zwierzęta, albo po prostu gniją gdzieś na brzegach, i drzewa czerpią z tego związki odżywcze, głównie związki azotowe. W związku z tym rosną dużo bujniej, szybciej. Z resztą las deszczowy, który tam rośnie, powstał dzięki temu, że są tam łososie. No bo ich gnijące ciała dały podwaliny pod to, żeby na litej skale, po tym jak przyszły lodowce, mogła się wytworzyć gleba. I na tej glebie wyrósł wielki, bardzo gęsty las deszczowy. Więc to jest powiązanie lasu z rybami, o którym bardzo rzadko się myśli. A drugą kwestią jest to, że naprawdę jest 200 gatunków zwierząt, które dzisiaj, w ciągu 5-10 lat cierpi, ze względu, że nie ma tych łososi. Które musi zmieniać swoje miejsce życia, miejsce zachowań, to kiedy jedzą, to czy przeżyją. Dietę muszą zmienić. Bo po prostu nie ma ich podstawowego pożywienia.

 

BHU: Ale czy one są w stanie tak szybko zmienić dietę? Dostarczyć sobie wartości odżywczych z innych źródeł?

 

K: Na razie sobie radzą, ale obserwuje się bardzo duże zmiany jeżeli chodzi o te zachowania. To też jest trochę za krótko, żeby mówić o wiarygodnych danych jak te zwierzęta sobie radzą. Więc na razie mówimy bardziej o obserwacjach zachowań i diety z ostatnich kilku lat tamtego ekosystemu. Jeden niedźwiedź zjadał 500 łososi w sezonie, to go przygotowywały na zimę, żeby tą zimę przetrwać. Jeżeli mówimy o samicy niedźwiedzia, to żeby jeszcze urodzić młode […] No bo one w czasie snu zimowego rodzą. Więc to im dawało wszystko siłę. Ciężko powiedzieć jak to się ma obecnie. Natomiast bardzo widać, że one chodzą więcej w góry, że jedzą więcej borówek. Bo takie analizy są robione to, że ich dużo mniej widać. To, że ich nie ma na ich stałych łowiskach, na których zawsze były, chodziły. I były totalnym pewniakiem, że jak tam przyjdziesz, to zobaczysz niedźwiedzia. I nagle ich nie ma. I to jest powód dla którego ja tych niedźwiedzi nie zobaczyłam. To samo się dzieje z niedźwiedziami gryzzli. Tam jest w ogóle tak śmiesznie, bo jest tam główna cieśnina, którą ja płynęłam. I po prawej stronie cieśniny jest terytorium, gdzie żyją niedźwiedzi gryzzli. A po lewej są niedźwiedzie czarne i białe. Te terytoria są rozdzielne i one się między sobą nie łączą. Każdy ma swoje. Z resztą to jest bardzo inny teren jeżeli chodzi o geologię i przyrodę. Tam też niedźwiedzie gryzzli bazowały na rybach. I on też nie mają ryb. I też poszły dużo bardziej w góry. Dużo mniej się widzi niedźwiedzi gryzzli. A to było jedno z takich miejsc-ewenementów na świecie, gdzie możesz zobaczyć na raz kilkanaście niedźwiedzi gryzzli. To jest bardzo nietypowe, bo one są bardzo terytorialne. W związku z tym, taka sytuacja w górach na Alasce, nie zaistnieje w ogóle. Ze względu na brak dostępu do jedzenia. A tutaj przez mnogość ryb, była mnogość niedźwiedzi. Niedźwiedzi gryzzli też mi się nie udało zaobserwować w tym takim kluczowym miejscu. Ale opowiadali mi lokalni mieszkańcy, że zaczynają widywać niedźwiedzie gryzzli, które zaczynają przepływać przez cieśninę, tam gdzie żyją niedźwiedzie czarne, w poszukiwaniu nowych terytoriów z jedzeniem. I problem jest taki, że jeżeli na jakieś terytorium, które należało do niedźwiedzi czarnych, wejdzie niedźwiedź gryzzli, to on przejmuje to terytorium w końcu. Więc to jest zagrożenie dla białych i czarnych niedźwiedzi. Bardzo się to obserwuje. Oni jak widzą gryzzli, który przepływa, starają się go odstraszyć z powrotem na jego stronę. No ale ileż można. Tam jest bardzo odludny teren, więc to nie znaczy, że ktoś każdego niedźwiedzia zaobserwuje. Więc to bardzo widać. I tak naprawdę się okazało, że ja z historii, która miała być o białych niedźwiedziach jako papierku lakmusowym środowiska. Ale myślałam, że ogólnie będę mówiła bardziej o kondycji. Myślałam, że będę na tankowcach się bardziej skupiała. O tankowcach to jeszcze mówię, ale w stosunkowo niewielkim stopniu. Jak bardzo okazało się, że w tej historii jest ten łosoś. I jak wszystko tam zależy od łososia. Jak za tym jednocześnie stoją ogromne pieniądze. W związku z tym nie ma do końca dobrych prognoz, że to się zmieni, bo to są za duże pieniądze dla Kanady.

 

BHU: Czemu pieniądze za tym stoją?

K: W bardzo porsty sposób. Dlatego, że łosoś jest 4 towarem eksportowym przez Kanadę. Jest gigantyczny popyt na łososia wszędzie na świecie. Tam tych łososi jeszcze stosunkowo jest dużo, w stosunku do innych miejsc. Jeszcze je się sprzedaje jako dzikie łososie, więc dla ludzi są one bardziej atrakcyjne. Niż te np. hodowlane w Norwegii, co już ludzie wiedzą. Albo mają szansę wiedzieć, że są dużo bardziej niezdrowe niż cokolwiek. [śmiech] A po za tym jeżeli popatrzysz na ilość jedzenia, które produkuje Kanada, wszystkie produkty spożywcze. I jeżeli popatrzą na to pod kątem objętości, to 70% objętości to jest łosoś. To jest nieprawdopodobny biznes. Mimo, że naukowcy, biolodzy rybacy, lokalne społeczności od 30 lat trąbią - nie róbmy tego, musimy się trzymać limitów na odłów łososia w miejscu. Nikt się tego oficjalnie nie trzyma. Jest taka jednostka rządowa w Kanadzie. Nazywa się Departments of Fisheries and oceans. I ona zarządza tymi limitami. I to ma niestety nadgórną decyzyjność. Co więcej, Kanada już sobie doprowadziła do takiej sytuacji raz i się nie nauczyła ze swoich błędów. Mówimy o sytuacji sprzed 30 lat, na wschodnim wybrzeżu. Kiedy Kanada całkowicie przełowiła dorsza północnego. Tak całkowicie, że w ciągu jednego dnia, jak się okazało, że nie ma czego łowić, to zamknięto wszystkie fabryki, całą pracę. Tam pracę z dnia na dzień straciło 30 tys. ludzi. To jest więcej niż w całej UE zajmuje się rybołówstwem. Jakieś ogromne ilości tych ludzi, co jest problemem, że utrata pracy z dnia na dzień jest jest dużo gorsza. To wiadomo było, można to było robić procesowo. Można to było lepiej przeprowadzić. No i efekt jest taki, że wytępiono 93% populacji wszystkich dorszy na wschodnim wybrzeżu Kanady. I one do tej pory, w żaden sposób nie są w stanie się odrodzić do tej pory. Poniżej stanu krytycznego i nie jest w stanie się odrodzić. Kanada się nie nauczyła z własnego przykładu.

 

BHU: I to samo robi z łososiem.

K: I to samo wszyscy podkreślają tą analogię i pokazują jak to jest wszystko powiązane. Bardzo ciekawe i przerażające zagadnienie, że mimo, że mamy wszystkie dane do tego żeby podjąć jedyną decyzję, która jest w stanie coś zmienić i tego nie robimy. No i to są tematy, które przywiozłam. Które wg. mnie są dużo bardziej interesujące. Przede wszystkim ważne niż to, że ja sobie płynęłam czy mi było zimno w kajaku, czy mi deszcz padał w lesie deszczowym… O suprise, suprise! [śmiech] Tak nawiązując do twojego wstępu, dlatego się staram o tym wszystkim mówić, bo są rzeczy ważniejsze niż moje wyprawy.

 

BHU: Bardzo się cieszę, że o tym mówisz. Czy miałaś okazje rozmawiać z osobami, które zamieszkują tamte tereny i patrzą na te zmiany nie jako z boku, a może czasem uczestnicząc w tym procesie. Np. pracując na farmach łososi. Miałaś okazję z nimi rozmawiać? Jak oni to postrzegają?

K: Miałam okazję rozmawiać. Wydaje mi się, że całkiem dużo rozmawiam. Z punktu widzenia socjologicznego, to jest bardzo ciekawe zjawisko. Bo mówiąc przez ‚lokalesi’, ja bym chciała podkreślić, że mówimy o rdzennych mieszkańcach Kanady, którzy od 1000 lat mieszkania na tym terenie, którzy zawsze żyli w sposób bardzo odpowiedzialny, myśląc o przyszłych pokoleniach. I to jak w bardzo wielu miejscach zostało gdzieś tam zachwiane. No bo ekonomia, gospodarka, plany socjalne, bo plany rządowe, które nie biorą pod uwagę lokalnych interesów czy lokalnego podejścia czy tego co po prostu chcą. To zostało zachwiane. I to jest taki moment kiedy, mówię to dlatego, że my mamy takie romantyczne wyobrażenie o rdzennych społecznościach w bardzo wielu miejscach. Takiego w cudzysłowiu, ale to jest, takiego romantycznego dzikusa. Że oni tam mają wszyscy miejscach w jakiś szałasach, albo lepiankach i jest tylko to co złowią własnymi rękami. To jest bzdura i też wynika z naszej cywilizacji zachodniej, jakiegoś bardzo ograniczonego spojrzenia […], ale też dziwnego traktowania siebie, w kontekście, że my chcemy się bardzo rozwijać, ale inni niech gdzieś tam zostaną, bo powinni być tymi rdzennymi. No dobrze, to może tańczmy kujawiaka na dyskotekach. To jest temat, w który na nawet nie chce wchodzić, bo jest tak szeroki. Tzn. bardzo chce, ale to w innym odcinku! [śmiech] Mówię to dlatego, że nam się by wydawało, że tam wszyscy, będą chronić w sposób bardzo tradycyjny te miejsca, łowiska, przyrodę itd. Trzeba mieć świadomość, że to są po prostu ludzie, jak w każdej innej społeczności. Są ludzie z bardzo różną wizją, podejściem. Ja się tam poruszałam pomiędzy 2 społecznościami stosunkowo bardzo niewielkimi. W jednej żyje 160 mieszkańców, a w drugiej 60. Bardzo niewielkie społeczności i one były kompletnie od siebie różne. I one miały kompletnie podejście. Pierwsza Klemtu, to jest takie miejsce, którem mam wręcz podręcznikowy przykład zarządzania terenem przez rdzennych mieszkańców. I ona jest naprawdę wręcz idealna, podręcznikowa że wszystko jest takie tutaj… Pieniądze na wspólne dobra, że są limity, że dbamy o to, że przyszłe pokolenia. Co też się zmieniło. Dlatego mówię o tym powrocie do tego spojrzenia również wśród rdzennych mieszkańców ale w sąsiednim Harkli Bay jest dosłownie na odwrót. Gdzie istnieje duża korupcja, duży nepotyzm, ludzie z zarządu miejscowości są z wyrokami za defraudacje pieniędzy itd.

 

BHU: To co wpływa na tak skrajne postawy ludzi, którzy mieszkają niedaleko od siebie i w podobnych warunkach?

 

K: Wiesz co, nie jestem socjologiem i też nie umiem tego dobrze zinterpretować. Ale na moje wyczucie. To są po prostu ludzie… Jak masz sąsiedztwo w kategoriach Kanadyjskich, że masz 150 km między nimi wodą. Więc nie blok obok. Wiadomo, mają ze sobą kontakt, ale nie jest to kontakt codzienny. Natomiast w jednej społeczności wytworzył się styl przywództwa, jest kwestia kto tym zarządzał, kto pobierał nauki i w czym się wychował. I w drugim miejscu stwarzacie środowisko gdzie rzeczy nieetyczne czy jakieś przekręty są na miejscu dziennym. I tak będzie 60 osobowa społeczność działać. To bardzo trudno jest to wyplenić. A obok się toczy inaczej. Natomiast nie wiem czy tutaj jest jakaś straszna ideologia, po za tym, że ktoś dostał ofertę, tu pieniądze. Ale to są normalne rzeczy, jak wszędzie. Tak bym się nie upatrywała jakiś przyczyn w tym miejscu. Natomiast z jednej strony, wiele osób ma rosnącą świadomość tego, że nie wolno, albo do czego to doprowadzi. Z drugiej strony na farmach rybnych zarabia się lepiej, niż gdziekolwiek indziej w regionie. Miejsca, które odławiają ryby mają bardzo niski poziom bezrobocia. I niemal odwrotna proporcja jest w miejscach, w których zdecydowano, że nie będą poławiać ryb w ogóle. To są takie rzeczy, które też łatwo się ocenia. Ja bym ich broń boże nie chciała oceniać w żaden sposób. To, że mi mówi mieszkaniec 60 letni, że to są jakieś wymysły, że to ma wpływ na ekologię, a dzięki farmie on może dać wnuczkom jeść. Więc nie jestem w stanie i dyskutować i ocenić jego zachowania, bo to co nim kieruje jest dla niego ważniejsze, niż to, że gdzieś tam w skali globalnej te ryby… No bo to jest jakaś abstrakcja. Jego wnuczek jest tu i teraz. Więc to są rzeczy, które najlepiej żeby były rozwiązane systemowo. Ale tak, ludzie mają różne podejście przy czym większość widzi negatywne konsekwencje. Bardzo mnie poruszyła taka kobieta, która […] Bo wiesz, np. W Klemtu, to jest miasteczko w takiej zatoce, w której dopływa rzeka. I tej rzece zawsze były łososie. Absolutnie dzikie ilości. Mówiło się, że się dało przejść z jednego brzegu zatoki na drugi przez wodę, po grzbietach ryb. Tyle tych ryb było. Nic takiego dzisiaj nie ma miejsca. Mówiono, że kruki nie mogą latać z przejedzenia. W tamtym miejscu przy zatoce, w miasteczku, jest taka pułapka na łososie, które się same tam wławiają i każdy z mieszkańców, za darmo, nie musi wypływać w morze i łowić ich, nie musi być rybakiem. Każdy może sobie przyjść i wyjąć z tej pułapki łososia. Obok jest stanowisko, gdzie go można oczyścić ze wszystkiego i zabrać do domu na obiad. I to było zawsze. Ta pułapka cały czas działa, ludzie z niej korzystają dużo mniej, bo jest mniej łososi. Ale też łatwiej tego łososia kupić w puszce. To jest taki absurd tutaj. Natomiast zmierzam do tego, że historia tej kobiety była bardzo przejmująca. Dlatego, że ona powiedziała, że już od iluś lat nie bierze ryb z tej pułapki, bo chce, żeby ryby były dla jej dzieci. Z jednej strony wiesz, że jak ona nie weźmie tego łososia raz w tygodniu, to nic nie zmieni. Ale jej poświęcenie dla przyszłych pokoleń było tak przejmujące jak ona to opowiadała, no mnie bardzo poruszyło.


 

BHU: To jest jedyna droga nie mając dużych, systemowych rozwiązań problemów. Jedyną drogą są nasze gesty, które możemy na co dzień robić. I tak naprawdę dotyczy to wszystkich problemów. Również klimatycznych na świecie. Nie jesteśmy w stanie wpłynąć na koncerny i na wydobycie węgla, gazu, ropy, ale możemy np. gasić światło w domu.

K: Możemy gasić światło. Natomiast z pkt. Widzenia przyrodniczego te nasze małe działania mają bardzo duży sens, ale największy sens mają w tym, że jeżeli to będzie robiło odpowiednio dużo osób, z tego się zrobi trend i to będzie takim naciskiem. Czy jakieś działania, fala społeczna będzie naciskiem na zmianę prawa. Nie to, że my nie weźmiemy tej jednej słomki do piwa w barze, bo ta słomka nie uratuje świata, ale to, że jeśli z tego zrobi się jakiś ruch, to to realnie wpływa na zmianę prawa. I z tego powodu bardzo warto to robić. A przede wszystkim, najgorszą rzeczą, którą ja uważam, że możemy zrobić to jest bycie biernym. To jest jakąś plagą.

 

BHU: No ale jak myślisz, z czego ta bierność wynika? Bo na pewno wiele osób sobie nie zdaje sprawy, że może coś zrobić. Jest mnóstwo osób, które wiedzą, że mogą coś zrobić, ale […].

 

K: Na pewno z tych rzeczy, o których ty mówisz. Pytanie czy w dzisiejszych czasach brak wiedzy jest usprawiedliwieniem. Jak mamy wiedzę, dostęp. Jak w komórce całą wiedzę mamy jaką tylko można mieć na świecie.

 

BHU: Myślę, że nie. Myślę, że może być.

K: Ja też myślę, że może być. Żeby nie było. Natomiast specjalnie biorę to pod włos bo nam też jest wygodniej. My mnóstwo rzeczy z lenistwa nie robimy. Ja też nie robię! Żeby tu nie wyszło, że jestem jakimś aniołem. Bo absolutnie nie. Cały czas się uczę i staram, ale wiem, że to pewnie nie wystarczająco. Gdzieś z tego, że patrzymy na siebie bardzo wąsko, na swoją rodzinę. Wiesz, kończymy patrzenie na progu naszego domu, nie patrzymy szerzej. Odkąd żyjemy w rozwijającym się państwie od 30 lat, nie wiem, może nie mamy jakiejś motywacji, bo jest po prostu nam coraz lepiej. I jest coraz lepiej patrząc gospodarczo, społecznie itd. Bardzo dużo jest przyczyn. Myślę też, że ludzie jak mają też trudno i jak naprawdę twoim problemem jest to jak zapłacić za prąd, albo jak dziecko wyposażyć do szkoły, to to jest ostatnie twoje zmartwienie czy łososie w Kanadzie są wybijane. I to tutaj jest przyczyna zupełnie zewnętrzna. Bo to jest przyczyna warunków zastanych i w jakich warunkach żyjesz. Tutaj przyczyn jest ogromna ilość.

 

BHU: Wiadomo, ale warto to, na co mamy wpływ, to jednak pracować nad tym. Nie mamy wpływu na łososie w kanadzie.


 

K: Możemy oczywiście ich nie kupować. I to jak najbardziej polecam. De facto to wszystko co możemy zrobić. To co ja widzę a propo takiej bierności innych osób, to też już nie działa jak mówisz do ludzi. Jeżeli mówisz w kategoriach przyrodniczych, że dziennie ginie tyle a tyle gatunków zwierząt, a tyle a tyle boisk piłkarskich jest wycinanych Puszczy Amazońskiej, tyle rzeczy się pali. Przywykliśmy do tych informacji. Informacje towarzyszą nam od dawna, informacje dużo gorsze, że jako gatunek, jako ludzkość wyginiemy. Też nam towarzyszą. I to nic na nas nie robi wrażenia.

 

BHU: Ale one są też abstrakcyjne. Nie jesteśmy w stanie tego objąć głową.

K: I tutaj gdzie ja widzę swoją rolę i w kategoriach bierności czy wychodzenia z bierności i motywowania do tego, jest to, że w swoich opowieściach ja się staram ludzi związać emocjonalnie z tematem. Teraz może zdradza swój trik. Tutaj jak opowiadam o tej wyprawie na białe niedźwiedzie, to ja specjalnie zaczynam ludziom mówić w takich kategoriach, wiesz opowiem wam o białych niedźwiadkach, taka typowa historia. A oni jeszcze sobie dodadzą: „aj taka mała, drobna blondynka i ona sama z tymi niedźwiedziami! Jak to tak?!”  Jak ja to słyszę, to dostaję szału. Bo jak bym była brunetką, to… [śmiech] I ja na ten lep łapię ludzi. Wciągam ich w historię, angażuję ich w podróż. Związuję ich po pierwsze ze mną, z moimi przygodami, z moimi emocjami i potem jak już ich złapie, bo ludzie z takimi rzeczami się łączą emocjonalnie. To potem bach! Pokazuję te wszystkie rzeczy jak to wszystko ma wpływ na mnie, na moje emocje, i na cały piękny ten świat, który pokazałam. Nagle okazuje się, że tam jest naprawdę źle i ludzi to dużo bardziej angażuje. To jest w ogóle rzecz, która mnie strasznie porusza, dlatego, że ja się nie spodziewałam, że to będzie aż tak ta ostatnia historia. I jak widzę, że ludzi to naprawdę porusza, to ja wierze w to, że oni dużo bardziej nie kupią łososia, albo sprawdzą skąd i w jaki sposób ten łosoś został pozyskany. Niż jak im podam dane naukowe, że tak i tak się dzieje.

BHU: Nie no, ty jesteś urodzoną storytellerką. Ty tak robisz! Oglądałem twoje jedno wystąpienie odnośnie traperów Kanadyjskich, dobrze pamiętam? Przez 3/4 twojej wypowiedzi byłem przekonany, że ty po prostu opowiadasz sobie o tym i że ty się jakby zgadzasz z tym co się dzieje. I jesteś jak najbardziej ok z tym mordowaniem setek tych króliczków. A na końcu ty podajesz z takim chłodem, takie statystyczne dane i mówisz właściwie, po co oni to robią. No wzruszające to było. Może opowiedz o tych traperach w takim razie. Bo strasznie chciałbym, żeby to wybrzmiało jakoś w tej rozmowie. Niesamowite to było. Jak tam dotarłaś?

 

K: Byłem przez pół roku na Youkonie w Kanadzie zimą. Pojechałam tam rowerem, trochę się poturlać, trochę tak stacjonarnie pożyć w tej Kanadzie przez zimę w outdoorze. To była samotna wyprawa. Będąc tam poznałam traperów Kanadyjskich, to byli super ludzie. Oni mnie zaprosili do siebie do domu. Ja z nimi mieszkałam w środku tego buszu, w środku zimy. To było fantastyczne przeżycie. Niewiarygodnie się dużo od nich nauczyłam jeśli chodzi o znajomość behawioryzmu zwierząt. Nie znam naukowca, który by mi tak bardzo praktycznie opowiedział o zwierzętach. Nieprawdopodobnie opowiadali oni o zwierzętach. Dlaczego, przy jakich temperaturach, jakie pułapki się zakłada, na jakie zwierzęta, dlaczego tak, bo to wynika bezpośrednio z ich zachowań, jakie wybierają ścieżki, jakie gałęzie wybierają jak wchodzą na drzewo jakieś łasice. No niesamowite historie, które naprawdę ciężko gdzieś znaleźć. Więc ja będąc tam z nimi, bardzo dużo się uczyłam. Wyjeżdżaliśmy zakładać pułapki, pokazywali mi jak się skóruje zwierzęta, jak się te skóry pozyskuje, jak się tnie, żeby tej skóry nie zniszczyć. Pokazywali jak funkcjonują w rodzinie w tym trybie traperskim. Bo tam jest taki moment kiedy ten mój ulubiony traper, z którym mieszkałam, miał na imię Larry i ten Larry miał dwie córki bliźniaczki 11 letnie. Typowe jedenastoletnie dziewczynki, słodkie warkoczyki, blondynki, które biegają po domu robią gwiazdy, jak tam fikają po łóżku, są cudownymi dzieciakami. I nagle bęc, one zmiana scenerii, my siedzimy przy kawie, one wpadają do pokoju i nagle „tato, tato, poskórujmy trochę! Poskórujmy trochę!” Taki dysonans po prostu, co się dzieje. [śmiech] Potem one faktycznie biorą łasicę, w 3 cięciach noża ściągają z jej skóry jak rękawiczki. W ogóle jakieś nieprawdopodobne rzeczy. Albo jak opowiadał historię z jakimś łosiem, który im wszedł na podwórko, jak dziewczynki reagowały. Jeszcze te takie życie rodzinne, które nam wszystkim jest bardzo bliskie, bo w takim czy innym stopniu nas dotyczy, to nagle to w zupełnie innej scenerii, więc to było bardzo ciekawe doświadczenie. Tylko, że to co stoi za tym przemysłem i to co stoi za tymi futrami, i to, że ci traperzy zabijają nieprawdopodobne ilości tych zwierząt, i to nawet nie jest ich wina, bo oni czasem może nie mają jak inaczej robić. Oni to robią bo jest absurdalnie wysoki popyt na futra cały czas. I to są rzeczy, które nie służą tak jak kiedyś, tak jak było przez setki lat, że rdzenni przed mrozami 40-50 stopni, nic tak nie chroniło jak naturalne futra czy kożuszki, kaptury, wszystko. Dzisiaj lokalnych mieszkańców, i to nawet Kanadyjczyków i rdzennych mieszkańców, najzwyczajniej w świecie nie stać na to. Bo futra są absurdalnie drogie, więc tam gdzie się tradycyjnie nosiło, się tego nie nosi. I wszystko jest wysyłane na zachód i do Azji. Po skórze od wilka czy rysia skóry osiągają ceny po 500 dolarów i żeby sobie np. Zrobić jeden płaszczyk - potrzebujesz 20 rysi. Więc jeżeli sobie to przekalkulujesz, to wychodzą kosmiczne ceny. Plus oczywiście praca, robocizna. Więc to jest dla traperów gdzieś tam lokalny biznes. Jeden traper w skali pewnie nie robi wiele. Ale są takie miejsca w Kanadzie, gdzie są wyznaczone dolne limity, które musisz wybić zwierząt, żeby mieć cały czas licencję trapera. Bo tam się normalną licencję zdobywa. Lary dostał licencję jak miał 8 lat. Dzisiaj trzeba mieć 12 czy 13 lat żeby mieć licencję trapera. Natomiast Lary, który ma 60 lat, to mógł w młodszym wieku zdobyć licencję. No i jeżeli dodasz do tego, że to są zwierzęta, które są zabijane nie z potrzeby żeby ktoś tam przeżył, tylko z jakiego chorego pojęcia mody, żeby z Kanadyjskiego rysia mieć futro czy etolę gdzieś w Szanghaju. Jeżeli do tego dodasz, że jest zabijana nieprawdopodobna ilość innych zwierząt, która po prostu wpada w pułapki, i których nie użyjesz na futro. Typu wiewiórki. W pułapki na łasice wpadają masowo. Jeżeli dodasz do tego fakt, że w ogóle nie wykorzystujesz tych zwierząt w żaden inny sposób. Tradycyjnie mieszkańcy jak zabili łosia czy jakieś zwierze, to zawsze się wykorzystywało wszystko. Nie tylko mięso i skórę, ale i ścięgna, zęby, kości i fiszbiny u wielorybów. No po prostu wszystko się wykorzystywało. Tutaj tak naprawdę zabijasz zwierze dla jego futra. Jeżeli dodasz to do tego też to, że robi się to często w sposób niehumanitarny, bo zwierzę np. W takich wnykach, które się zaciskają, takie pętle, w które wilk wsadza łeb, to on się potrafi z tym męczyć przez 20 - 30 minut, umierać w ogromnych cierpieniach i męczarniach. I jeszcze dodasz do tego fakt, że turyści się tam pojawili, którzy to jako świetny suwenir traktują, że sobie taki strasznie milusi kawałek futerka z zajączka polarnego, bo faktycznie, one są bardzo miłe w dotyku. Jakby co z tego? Wiesz, obiektywnie. Nie zmienia to faktu, że tradycyjnie nigdy na zające się nie polowało, dlatego, że ich futro jest zbyt cienkie, nie grzeje i bardzo szybko linieje. W związku z tym, nigdy nie łapano tych zajęcy polarnych. I nagle je zaczęto masowo łapać i wytępiać, tylko dlatego, że są tam turyści. Więc robi się zupełnie absurdalny biznes, spaczonego tego czym kiedyś traperstwo było, albo po co było.Albo bo po prostu było niezbędne. Dzisiaj jest absolutnie zbędne po prostu.

 

BHU: Jak ty to wewnętrznie dajesz radę znieść jak odnajdujesz historię tych ludzi? Jak ci to rezonuje?

K: No na pewno bardzo rezonuje. Ale bardzo nie chcę być sama dla siebie taką osobą, która albo przechodzi obok takich rzeczy obojętnie i na nie nie reaguje, w takim znaczeniu, że nie powiem, skoro mam możliwości dotarcia do moich słuchaczy. Co gorsza, nie chcę być osobą, która odwraca wzrok i udaje, że nie ma takich rzeczy. Ale to jest pewnie jeden z powodów, dla którego ja najprawdopodobniej nigdy nie pojadę do Indii. A już na pewno nie dlatego, że będzie mnie to bawić. Bo ja tam nie będę umiała się skupić, na tym, że jest ładny Tadź Mahal i nie widzieć tego co jest w okół. Jest to bardzo trudne. Jest to bardzo przygnębiające, zwłaszcza dla mnie, biorąc pod uwagę, że jestem emocjonalnie bardzo związana z przyrodą. Ale tylko tak mogę coś od siebie pomóc.

 

BHU: I powiedz jaką formę przybiera twoje opowiadanie tych historii? Co robisz żeby przybliżyć te historie?

K: To jest przez magazyny podróżnicze, po magazyny reporterskie, przez Facebooka, Instagrama, po wystąpienia publiczne, które bardzo lubię. To jest w ogóle moja ulubiona forma dotarcia. Nie jest to forma, która ma największe zasięgi, no bo nie jesteś w stanie mieć Stadionu Narodowego na tym. Chyba, że jesteś Dawidem Podsiadło! [śmiech] Ale niestety nie jestem. Niestety żałuję z wielu względów. Głównie dlatego, że nie umiem śpiewać. [śmiech] No i YouTube. To jest taka forma nad którą, zastanawiamy się z wejściem z nowym projektem. Bo w tym wszystkim nam zależy na dotarciu. I mi, ale mówię w liczbie mnogiej, bo działamy w 2 osoby, też związaną z przyrodą i wodą. I mamy świadomość, że zostaniemy w kategoriach zimnych danych, to na pewno nie będzie to dotarcie poruszające emocjonalnie.

BHU: O YT myślisz w kategoriach wykonania jakiegoś filmu?

K: Tak, które były zbierane po to, aby być wykorzystane w takim materiale dziennikarskim, ale […].

BHU: Ale to już chyba totalnie inny level podróżowania? W sensie, że nastawiając się na to, że chcesz zrobić film z takiej podróży, to jest chyba dużo bardziej skomplikowane i myślisz trochę w inny sposób o niektórych rzeczach. Czy jak do tego podchodzisz? To nie jest dla Ciebie jakiś logistyczny problem wykonanie takiego filmu? Bo to trzeba i sprzęt ze sobą wziąć, i trzeba myśleć czy tu będzie ładne ujęcie, czy masz ładne światło czy np. Jak kręcisz setkę, czyli wypowiedź z jakimś ciekawym lokalesem, to czy jest ładny kadr czy światło. To jest strasznie dużo rzeczy do myślenia. Dla mnie to byłoby wyzwanie. Taka podróż to byłaby bardzo podporządkowana temu filmowi. Nie obawiasz się, że gdzieś to zmieni twój sposób pozyskiwania tego materiału? Że to będzie takie troszkę obciążające dla ciebie, dla historii?



K: Wiesz co, dla historii mniej, dla mnie tak. Bo wróciłam zmęczona z ostatniej wyprawy. [śmiech] Ale wiesz co, na pewno jest to zbyt dyskusyjne, że to zmienia patrzenie i dużo jest podporządkowane temu, że chcesz mieć te ujęcia. Chociaż ja ujęcia wizualne to chciałam mieć zawsze, i zawsze gdzieś moje wyprawy były temu podporządkowane. Więc to nie jest taki przeskok z niczego.
 

BHU: Z resztą robisz super zdjęcia! Wozisz operatora, oczywiście w postaci statywu. [śmiech]

K: Dokładnie. Taka dygresja - pamiętam kiedyś przyszła do mnie taka starsza pani, była podejrzliwa. Puka się i mówi „no bo pani tak tu opowiada, że niby była sama, a te zdjęcia to kto niby robił?!” Pani taka dumna, że odkryła jakieś moje szachrajstwo. I ja jej próbowałam tłumaczyć, że moje szachrajstwo polega na aplikacji w telefonie i statywie, ale nie… Myślę, że jest przekonana, że mnie zdemaskowała. Ale wracając. Na pewno tego materiału, pod tym kątem się myśli. I są takie sytuacje typu, ponieważ kręciliśmy ujęcia typu pustynie, które kiedyś były morzem. Strasznie chcieliśmy mieć zdjęcia lotnicze. I strasznie chcieliśmy wziąć drona. Problem był taki, że byliśmy w Kazachstanie i w Uzbekistanie, a w Uzbekistanie weszło na początku listopada prawo kryminalizujące posiadanie drona. Tzn. Zawsze tam to było nielegalne, ale polegało to na tym, że najwyżej ci zniszczą drona i zabiorą materiały. A teraz mogą ciebie wsadzić do więzienia za posiadanie drona. Więc jak myśmy wyjeżdżali z Kazachstanu do Uzbekistanu, to była dyskusja co robić. Czy próbować to szmuglować, czy jednak ujęcia z tej Kazachskiej części pustyni nam wystarczą. I uznaliśmy, że nie będziemy ryzykować. Musiało to zmienić całą logistykę wyjazdu. Zostawiliśmy na granicy w hotelu tego drona, przeszliśmy przez granicę, zrobiliśmy materiał w Uzbekistanie i zamiast logicznie wracać, musieliśmy wracać przez Kazachstan, odebrać tego drona. Bo trochę głupio byłoby go nie mieć. A pewnie gdyby to była zwykła podróż, to byśmy tego drona nie wzięli, bo to więcej kłopotu. Ale z 2 strony te ujęcia były tego warte.

BHU: Nie no, zdjęcia z drona zawsze są petardą w takich wyprawach jaką wy mieliście. A troszkę o niej wiem, bo widziałem was na scenie 2 tyg. Temu. Byliście badać stan morza Aralskiego. Opowiedz troszkę o tym. Z kim byłaś, bo mówimy o osobie trzeciej?

 

K: Tak, byłam z Krzysztofem Story. Był moim partnerem w zbrodni tworzenia tego wszystkiego. Tak żeśmy to nazwali - Netflixa Podróżniczego. Wiesz co, myśmy nie pojechali na tyle, żeby zbadać stan. Bo ten stan jest zbadany dużo lepiej przez naukowców, badaczy itd. Natomiast pojechaliśmy tam trochę dopowiadać kontekst do całej historii. Po pierwsze: bo to, że morze wyschło w ciągu 40 lat do 10% swojej powierzchni. 4 największe jezioro świata. To, że grube tysiące ludzi straciło możliwość zarobku życia, to że jeszcze więcej ludzi albo było albo będzie dotkniętych tą całą chemią, która była tam używana do nawadniania tych pól, która po prostu skrystalizowała się, jest w ziemi i przy silnych wiatrach, średnio co 3 dzień w roku, to się to wdycha. Jakiś 25 krotny wzrost zachorowań na raka w regionie. No jakieś takie kosmiczne tematy.

BHU: Musimy troszkę Kamila opowiedzieć o tym co tam się stało, bo być może nie wszyscy wiedzą. Dlaczego tam tak naprawdę doszło do katastrofy ekologicznej.

K: Dziękuję za sprowadzenie mnie na tory. A to już władza Sowiecka, bo to były te czasy jeszcze jak był Związek Radziecki, wymyślili sobie, że z Uzbekistanu zrobi sobie światową potęgę bawełnianą. Co jest o tyle absurdalne, że tam jest pustynia. A bawełna należy do tych roślin, które wymagają ogromnej ilości wody. Więc normalnemu człowiekowi to się nie klika. Natomiast niestety sowieccy naukowcy uznali to za możliwe. I przeprowadzili to w ten sposób, że dwie ogromne rzeki z Azji centralnej, czyli Amu-daria i Syr-daria, zabrali po prostu wodę z tych rzek, mówiąc bardzo krótko. To były rzeki, które wnosiły 60km3, to w ogóle ciężko sobie wyobrazić, ale te rzeki wlewały 60km3 co roku do morza Aralskiego, które tak naprawdę jest jeziorem. Ale jest tak wielkie, że wszyscy na to mówią morze. No i porobiono kanały nawadniające pustynie, które były budowane na szybko, w zupełnie nieprzemyślany sposób, mimo, że irygację to znamy od czasów Egiptu. Doskonałą irygację! Natomiast robiono to bardzo tutaj źle, co skutkowało, że 70% wody nie trafiało na pola bawełny, ani do morza Aralskiego. I Uzbekistan rzeczywiście stał się bardzo znaczącym graczem w czołówce światowej jeżeli chodzi o bawełnę. To się udało. Tylko koszt tego był taki, że przestała dopływać woda do morza. I to jezioro, jako, że znajduje się na terenach pustynnych, bez dopływu jakiejkolwiek innej wody z góry, nie masz innych źródeł, nie masz innych dopływów, po prostu wyschło. W ciągu 40 lat wykończyliśmy 4 największe jezioro świata, które było też potęgą rybną. Uzbekistan też był potęgą rybną. Dzisiaj to zostały jakieś śmierdzące toksyczne bajora i bagniska. Trochę po stronie Kazachskiej Udało się to jezioro uratować, ale w bardzo niewielkim stopniu. Trzeba też jeszcze dodać, że do nawożenia tych pól bawełny, była używana ogromna ilość pestycydów. I te pestycydy wsiąkły w glebę i są cały czas z wiatrem, po całej okolicy roznoszone. Pustynia jest kompletnie nie do życia pustynią, no bo w momencie kiedy przepłukujesz pustynię takimi kanałami, to wypłukujesz sól. Bardzo gwałtownie i naraz. I ta sól oczywiście sprawiła, że
tam nic nie jest w stanie wyrosnąć takiego rzeczywistego. I to jest uważane za jedną z największych katastrof ekologicznych XX wieku. I my pojechaliśmy nie tylko przybliżyć tą historię, która w sumie jest w sumie dobrze znana - wracając do pytania, czy pierwszeństwo historią, to już w ogóle nie. [śmiech] Natomiast udało mi się fajne rzeczy zdobyć. Po pierwsze udało się zdobyć to, że w 2019, w ostatnich kilku miesiącach, bardzo gwałtownie zaczęto budować całą infrastrukturę do wydobycia gazu. To było tak, że jak wyschło morze, to się okazało, że są złoża gazu pod tym morzem, w związku z tym, wiadomo, że władzom Uzbekistanu nie będzie zależeć na tym, aby cokolwiek zrobić, żeby to morze wróciło. A jeszcze dam ciekawostkę, że wyschnięcie tego morza zakłóciło ruch obrotowy ziemi. To była taka ilość wody, że zmienił się ruch obrotowy ziemi. Oczywiście niewielkie proporcje. Natomiast miało to wpływ. Więc to też pokazuje skalę całego zjawiska. Natomiast obecność gazu, wiadomo, że jest absolutną śmiercią dla morza. Nie ma żadnych złudzeń, że cokolwiek tam się stanie. W tym roku zaczęto robić masowe odwierty, pozyskiwanie, budowanie dróg. Jest takie bardzo wymowne miejsce gdzie Amu-daria, rzeka która dawniej miała 2 km szerokości w tamtym miejscu, dzisiaj już jej tam nie ma. Po prostu parę km wcześniej wszystko wsiąka. Ostatnie jej podrygi wsiąkają w piach. I dokładnie w tym miejscu jest budowane […]. Mam takie ujęcia ciężarówek, buldożerów, które wszystko przez koryto tej dawnej rzeki budują wielką linię kolejową, która jest tam budowana wyłącznie żeby odbierać gaz. Jak zobaczyliśmy ten obrazek, to nas to bardzo ruszyło. I to się wszystko dzieje w tym roku. Z tym gazem wcześniej aż tak dużo nie robiono, jak zaczęto robić teraz. Wiesz, jakieś osady rybackie zaczęły wyglądać jak jakiś mały Dubaj. Koncerny zaczęły pompować w to pieniądze. Nieprawdopodobna historia i ją się nam udało uzyskać. Tak naprawdę pierwszym celem nie jest sensu stricte opowiedzenie, hej było morze, nie ma morza, tylko jest opowiedzenie o tym, do czego prowadzi nadmierna regulacja rzek, nadmierne branie wody z rzek, bez pomyślunku, że ta woda ma swój koniec. Zwłaszcza jak to jest podszyte jakąś ideologią. No i to są rzeczy, które dzieją się teraz na świecie. Wiesz, z takich rzek, które są bardzo znane, o których mało kto wie: Żółta Rzeka, Rio Grande w Ameryce, Kolorado, która w miliardach lat rzeźbiła Wielki Kanion Kolorado. To jest rzeka, która od 20 lat nie dopływa do morza, bo jest tak przeeksploatowana.

BHU: Jak dopływa do Kaliforni, to tam wszyscy wciągają tą rzeczkę nosem.

 

K: My chcemy przez tą historię pokazać: bach! To jest codzienność. I to są te rzeczy, które się dzieją w Polsce. W Polsce też ma wejść bardzo mocna regulacja rzek. A my nie mamy wody. I tu nie chodzi o kwestie, że my nie chcemy gospodarczo rozwinąć naszego kraju, tylko tego, że nie da się to zrobić, robiąc kanały dla barek, bo po prostu nie mamy wody w Polsce. Mamy jedne z najniższych rezerw. Morze Aralskie było tylko punktem wyjścia do mówienia o tym wszystkim.

 

BHU: Kamila, opowiedz mi jeszcze o północy, bo ty masz słabość do północy. Mieszkałaś w Finlandii dłuższy czas. Opowiedz skąd się wzięła ta miłość do zimna, śniegu, pustki. Może tam w cale nie jest pusto?

 

K: Zależy jak zakminisz pustkę. Ale wiesz co, skąd się wzięła miłość do północy? Wzięła się z przypadku. Byłam na studiach i aplikowałam na Erasmusa w Turcji. I bardzo chciałam jechać do Turcji. To był moment, kiedy ja w ogóle byłam wolnym słuchaczem. Na arabistyce, na archeologii. Te klimaty mnie kręciły. I zaproponowano mi miejsce w Finlandii zamiast w Turcji. Co jakby… Co was skłoniło?! Bo jak wypełniasz papierki, to musisz wpisać cel badań. Ja wpisałam coś z tymi moimi działaniami. Jak myślicie, że to będę realizować w Finlandii?! No ale nieważne. I był taki moment, że mogłam odpuścić i aplikować za rok, ale wtedy wiedziałam, że za determinację mi dadzą tą Turcję. A mogłam pojechać do Finlandii, miejsca, w którym w ogóle nie byłam, nie interesowałam się, nie znałam, nie miałam kontekstu. I jakoś tak mnie tchnęło, a! Jadę do tej Finlandii. Jak jechałam na Erasmusa, to ja wybrałam nie polecenie samolotem do Finlandii, tylko bardzo chciałam poczuć, że nie jadę, tylko naprawdę odjeżdżam! A nie 2 godz. I jesteś na miejscu! Tylko, że naprawdę się przeprowadzam. A dwa, to że chciałam zobaczyć jak to się wszystko zmienia. Więc jechałam autokarem najpierw do Tallin w Estonii przez dobę, potem promem przez zatokę, Bałtyk, potem znowu autokarem przez Tampere gdzie mieszkałam. Więc to wszystko trwało 2 doby. [śmiech] Pamiętam ten moment jak już siedziałam w autokarze przez Finlandię, mimo, że to była jeszcze południowa Finlandia. I nagle drzewa były jakieś zupełnie inne, ten las był zupełnie inny. I w ogóle to, że ciągle jechaliśmy przez ten las. Dojechaliśmy do Tampere, to już była noc. Dawali studentom mieszkanie tymczasowe. I pamiętam, po tej nocy się obudziłam, idę do kuchni w tym mieszkaniu, i to jest mieszkanie teoretycznie w mieście, drugim największym w Finlandii. I patrze i mam wiewiórkę na oknie w kuchni! Oj! I ja wtedy przepadłam. [śmiech] Bo jakoś tak to mnie wszystko ruszyło, tak poczułam, że to jest dobre miejsce, w którym ja się po prostu dobrze czuje, naturalnie, tak, że ja się nie czuję gościem. W takim znaczeniu, że zawsze będę tam gościem, zawsze będę obca oczywiście. W takich kategoriach, że jestem całkiem z inąd, tylko, że tu w jakiś sposób przynależę. Potem, siedząc w Finlandii, jeździłam na północ do Laponii i wtedy to już nie było drogi odwrotu.


 

BHU: I co lubiłaś w tej Laponii? I przez jaki czas?


K: Na początku, to po prostu chciałam pojechać i ją zobaczyć. Więc nikt nie chciał jechać ze mną, bo uznali, że jechanie do Laponii w listopadzie to jest kretyński pomysł. Ja uznałam, że bardzo dobry. [śmiech] I uznałam, że nie chcę, żeby mnie to zatrzymało. I po prostu wsiadłam w autostop i pojechałam. I tak się turlałam po tej Laponii tu i tam. To nie trwało jakoś długo, bo jednak byłam na studiach. A Erasmus w Finlandii się trochę różni od Erasmusa w Hiszpanii. [śmiech] Więc jednak czasami trzeba było się pokazać na uniwersytecie. Więc to była pierwsza podróż. Potem poszły kolejne podczas tego pobytu. I przede wszystkim wracając bardzo dużo nie tylko do Finlandii, ale do innych krajów Nordyckich. I psimi zaprzęgami i na nartach biegowych, i wędrówki przez te wszystkie góry, tzn. Bardziej wzgórza. Bo jak mówimy o terenach w Finlandii to są bardziej wzgórza niż góry. I po prostu bycie tam w różnych porach roku […]. Tam niektóre pory roku są bardzo zjawiskowe! Takie jak, on to nazywają Ruska. Tam jest bardzo kolorowa jesień, taka nasza „złota Polska jesień”, potem wszystko w listopadzie spadnie. Bardzo piękna jest wiosna, jak w maju zejdą śniegi i zaczną wychodzić kwiaty w dużej ilości. Potem zaczęłam jeździć i zabierać klientów, bo jeżdżę jako przewodnik na różnego rodzaju wyprawy tam.

 

BHU: A jeżeli chodzi o mentalność ludzi. Jak ich postrzegasz? Dobrze ci się z nimi rozmawia? Czujesz, że łapiesz taki głębszy kontakt czy jednak te różnice są spore?

 

K: Dobrze mi się z nimi rozmawia. Może tego nie widać, ale ja też jestem introwertykiem. Tak jak generalnie się uważa o Nordykach. Ja się czuję bardzo dużym introwertykiem. Więc może dlatego się czuje dobrze sama w pustce przez parę miesięcy. [śmiech] To są ludzie, którzy mają często taką opinię, takich chłodnych, zdystansowanych, ale też wiem, że ten chłód jest trochę pozorny i na początku. To, że nie są wylewni i bezpośredni, w cale nie oznacza, że to są ludzie, którzy jednocześnie nie zrobią wszystkiego żeby ci pomóc.

 

BHU: Tam warunki mocno determinują.

K: Mocno. Więc mnie bardzo odpowiada sposób komunikacji. Mi się też zdarzyło tam żył z różnymi rodzinami. W tym z rodziną Laestadianie. To jest taki bardzo konserwatywny odłam Luteranizmu. Co jest nietypowe, bo Finlandia jest bardzo świeckim krajem. Top 3 świeckich krajów świata. I tam mają taką grupę Laestadianie, co było bardzo ciekawym doświadczeniem. I nigdy nie miałam takich problemów, że czułam się tam niezrozumiana, albo, że ja w jakiś sposób nie rozumiem. I to, że czasami łapiesz stopa i złapiesz tego stopa na 700 km, i to, że podczas tych 700 km odezwiecie się do siebie 3 razy, to tego nie zmienia to, że w jakiś sposób rozumiesz tego człowieka. I rozumiesz dlaczego on nie chce rozmawiać. Też dużo bywałam w Stanach. I owszem, umiem uczestniczyć w tych Amerykańskich small talkach, no ale Amerykanin by tam oszalał! [śmiech] 700km nie pogadać o pogodzie czy o czymkolwiek! Ale po prostu bardzo, bardzo dobrze się tam czuję w Finlandii, na północy, i w przyrodzie i w śród ludzi.


BHU: Ale dlaczego, jak myślisz? Co tam jest takiego?

K: To współgra z kilkoma rzeczami, które są mi bliskie. Po pierwsze, naprawdę mojemu introwertyzmowi. Po drugie, co jest dla mnie bardzo silne i ważne, jakiemuś poczuciu estetyki. Bo ta taka bardzo oszczędna północ, te kolory bardzo stonowane. Brak przebodźcowania. Ja też się dobrze bawię na targach w kraju arabskim i to jest cudowne, ale po 2 godz. To jest już dużo. A tutaj nie masz limitów kiedy możesz być. A po 3 to bardzo współgra z moją miłością do przyrody, do tego, że w niej jestem. Ale nie tylko jestem w kategoriach, idę pozwiedzać Park Narodowy i z niego wychodzę. Tylko jestem naprawdę w tej naturze i muszę z nią współdziałać, no bo ona tam całkowicie rozdaje karty. Więc ja muszę się do tego dostosować. To, że już dzisiaj też wiem jak się do niej dostosowywać i jak współgrać. No to jest sprawiające, że jestem w dobrym miejscu.

 

BHU: Kamila, mam jeszcze do Ciebie pytanie, jaki jest twój ulubiony sprzęt outdoorowy? Bez czego byś się w ogóle nie ruszyła na wyprawę?

 

K: Bez termosika z herbatą. [śmiech] Ty się nie śmiej, ja jestem uzależniona od herbaty. I dobry termos to nie jest prosta rzecz i kubek termiczny. I to jest mój ukochany, który jest z nami dzisiaj. Bardzo ważny jest dla mnie sprzęt nocny, do spania. Jedna z kluczowych rzeczy. Dlatego, że w ciągu dnia możesz mieć -40. Może cię przetyrać, zmoczyć, sponiewierać totalnie. I to się zdarza. Dla mnie ta świadomość, że w nocy masz jak się zregenerować, mięśniowo, fizycznie, albo, że noc nie spędzasz, albo nie nie każdej nocy nie spędzasz na trzepaniu się z zimna i spaniu na rozłożonym podkoszulku, bo nie weźmiesz sobie karimaty, bo coś tam jest trochę bez sensu. W sensie, wydaje mi się, że możesz więcej na tym stracić przez to, że się nie zregenerujesz, nie wypoczniesz dobrze, niż zyskać na tym, że nie weźmiesz jakiegoś elementu, albo weźmiesz słabszy element. Nie wiem czy pytasz o gadżeciarstwo, ale z takich fajnych bajerów, na ostatniej wyprawie do Kazachstanu, pierwszy raz w życiu miałam poduszkę na wyjeździe. To była taka mikro podusia, składana to mikrogramowych, prawie, że niezauważalnych wartości. Natomiast, to była poduszka, która górną warstwę miała pokrytą puchem, żeby ci było cieplutko w głowę jak leżysz. Ona miała jeszcze takie rzepy, trzymające ją na macie, żeby nie chodziła. Bo zwykle poduszki takie co się dmucha, zawsze uciekają ci po 3 minutach i ich nie masz pod głową. Do tego też mam nową matę i cieplutki śpiwór puchowy, to po prostu petarda! Buty dobre. Też się trochę nauczyłam od Amerykanów. W Polsce to nie jest oczywiste, jeżeli idziesz po trasie i jest to trasa górska wspinaczkowa i jest to dobrze przygotowany szlak, to spokojnie możesz wziąć niskie buty i nie potrzebujesz butów takich prawdziwie górskich. Górskie buty potrzebujesz do górskiej akcji. Na takie długodystansowe szlakówki sobie też nie wyobrażam wzięcia takich prawdziwie górskich butów, trepów, jak to lubimy nosić w Polsce.

 

BHU: No właśnie. Mi się wydaje, że tutaj możemy przejść do twojej opowieści o Pacific Crest Trail. Samotne przejście tego szlaku i co ciebie tam najbardziej zaskoczyło? To jest szlak z północy na południe Stanów Zjednoczonych wzdłuż Pacyfiku. Tak?

K: Tak i nie. [śmiech] Bo nie tylko jest z północy na południe, ale też z południa na północ. Śmieje się, dlatego, że większość ludzi idzie z południa na północ. Ale oczywiście szlak można robić w dowolnym kierunku wzdłuż Pacyfiku. On jest wzdłuż Pacyfiku, ale warto wiedzieć, że to wzdłuż oznacza kilkaset km na prawo od Pacyfiku. I nie widzisz Pacyfiku ani raz. Nawet z najwyższej góry! [śmiech] Więc chodziło o to, że tam jest kilka pasm górskich, które biegną wzdłuż Pacyfiku, są nazwane takim Łukiem Pacyficznym. Szlak w swojej wersji podstawowej liczy sobie 3400 km. Oczywiście można go sobie troszeczkę rozszerzyć. Ja go rozszerzyłam pod 5000 km. Robiłam go 2 lata temu. Bo jak się tylko dowiedziałam o tych szlakach długodystansowych, to była jedna z tych rzeczy, która mi kliknęła natychmiast. Ja wiedziałam, że to jest moja rzecz do zrobienia.

 

BHU: No dobra, ale akurat dlaczego ten szlak?

K: To jest dobre pytanie, dlatego, że tych szlaków jest 20 kilka w Stanach. Mówi się o 3 głównych, i ludzie zapominają i myślą, że to są tylko 3. A to jest nieprawda. A są dużo dłuższe niż PCT. Są takie co mają po 22 tysiące km i idą wschód - zachód. Appalahian Trail ma tylko 3500 km. Aczkolwiek Appalahia można przedłużyć QS na Florydzie, po Kanadę. I wtedy się robi ambitniej niż same Appalahy. Natomiast wschód - zachód przez całe Stany, no to to jest wtedy też petarda. Ale czemu ten szlak i czemu w tamtym momencie? Mnie bardzo interesowało, po za samym szlakiem, który jest przepiękny, jest bardzo różnorodny. Masz i pustynie i lasy deszczowe i wulkany i czterotysięczniki i śniegi i rzeki. Jest po prostu nienudny. Bo wiele szlaków wygląda tak samo. Nie ma nic w tym złego, ale PCT jest wybitnie zmienny. Jest przepiękny w tej swojej zmienności. Natomiast, mnie tam bardziej interesowały kwestie społeczne. Dlatego, że tak obserwując środowisko outdoorowe i amerykańskie środowisko outdoorowe, no to się ten szlak stał pewnego rodzaju rytuałem przejścia dla wielu osób. Jakąś inicjacją, jakimś kluczem do lepszego życia. Co jest w dużej mierze złudne bardzo, no bo ja nie jestem fanką myślenia „jak masz problemy to rzuć wszystko i pojedź do Tajlandii, to się magicznie rozwiążą.” Nie. One tu zostaną w tobie. W tym pomógł film Wild. Hollywoodzka superprodukcja, która została wyprodukowana parę lat temu. Na podstawie książki dziewczyny, która poszła sobie na fragment szlaku. No i faktycznie ten szlak jej pomógł ułożyć niektóre rzeczy w głowie. No to zrobiono film, który nie ma nic wspólnego z rzeczywistością na szlaku, jak się łatwo domyślić. A bardzo pompuje takie przekonanie „rzuć wszystko i wyjedź w Bieszczady.” W takim znaczeniu bardzo romantycznym. No i ten romantyzm się często zderza ze ścianą. Bo się okazuje, że musisz dymać przez pustynię 1100 km gdzie są grzechotniki, nie masz wody, jest cały czas pod górę, mnóstwo pyłów, jesteś zmęczony, śmierdzisz, masz jedną zmianę ciuchów na sobie, śpisz mało i chodzisz dużo. I nagle nie ma czasu na odnajdywanie siebie. Ale to pomogło stworzyć, bo wiesz obecność ludzi w outdoorze jest dużo większa niż u nas, jeśli chodzi o całe społeczeństwo. No i stworzyło to jakiś społeczny wydźwięk tego szlaku. I mnie to szalenie interesowało, te społecznie aspekty na tym szlaku, bo to jest nietypowe, że tak dużo ludzi rusza w podróż, która trwa pół roku średnio. Minęło 5-6 miesięcy i może, po pierwsze, sobie na to pozwolić, po drugie, co nimi kieruje. Mi się wydawało, że ludźmi będą kierować bardzo podobne rzeczy. To jest totalna nieprawda. Nie znalazłam 2 ludzi o takich samych motywacjach na tym szlaku. I jak zaczęłam czytać o tym szlaku, to właśnie ta społeczność do około szlaku mnie zafascynowała. Bardzo dobre rzeczy się działy z tą społecznością i bardzo złe. Jak to z ludźmi. To ja stwierdziłam, dobra, to nie dość, że sobie pójdę na ten szlak, to ja chcę sobie pooglądać tą społeczność. Raz. Że najlepiej się ogląda społeczność będąc jej częścią. A dwa, że gdzieś tam porobić sobie wywiady, poobserwować to. No i wiedziałam, że najlepszym momentem do zrobienia tego będzie […] Tzn. Czekałam na moment. Jakby nie umiałam go zdefiniować. I ten moment nadszedł w 2016 roku, kiedy zaczęła się zima w stanach i zaczęły spływać informacje o tym, że są rekordowe opady śniegu. Że góry na zachodnim wybrzeżu są totalnie zarąbane śniegiem. W związku z tym, było wiadomo, że w 2017 roku, w sezonie wędrówkowym ten śnieg będzie cały czas tam zalegał i ten śnieg będzie miał wpływ na bardzo wiele rzeczy. Zachowania ludzi, na podbijanie ich zachowań. Podbijanie zachowań dobrych, złych, wiesz, wszelakich. Na wyciąganie z ludzi różnych cech grupowo i indywidualnie, i stwierdziłam tak, to jest ten moment. Jeżeli ja chcę pisać o społeczności […], bo bywają lata, że na tym szlaku jest bardzo prosto. Oczywiście nie ma w tym nic złego, ale wtedy to jest zupełnie inna wędrówka. No więc zdecydowałam się na pójście w roku 2017. Ale był absolutnie jednym z najlepszych doświadczeń w moim życiu. To była rzecz, która mnie bardzo zaskoczyła w życiu. Wiesz, ja już jestem po kilkunastu latach różnego rodzaju wyjazdów i wypraw, mniejszych, większych itd. W tym też półrocznych, różnego rodzaju, w różne miejsca. I samotnych […]. Wydawało mi się, że to PCT Nord to już będzie super, to, że sobie zbiorę materiał, to wiedziałam. Ale emocjonalnie to mnie tak poruszył, że mnie to samą zaskoczyło, bo wydawało mi się, że jakby, dlaczego to, a nie dlaczego Yukon. Dlaczego nagle ten jeden szlak? No i do dzisiaj to zostaje gdzieś tam z takich doświadczeń podróżniczych, jeśli chodzi o emocje. Nie chodzi nawet o wyczyn, tylko bardziej chodzi o emocje i o to co było dla mnie ważne, to to PCT jest na miejscu numer 1.

 

BHU: Wow! I co przywiozłaś z tej wycieczki w takim razie?

K: 200 wywiadów, dużo więcej zrozumienia jak funkcjonuje ta społeczność, osadzenia outdooru w bardzo konkretnej współczesności, bo w większości są to ludzie młodzi, młodsi ode mnie, ci co idą ten szlak. I mają zupełnie ciekawe rzeczy w głowach. Bardzo ciekawe zjawiska demograficzne, bp np. Jak sobie popatrzysz przez rozwój demograficzny, i tak jak mówię, w większości są to ludzie do 30. Ale z tych ludzi prawie nikt nie kończy. Nie ma w tym nic złego, ale jak np. popatrzysz na ludzi, którzy też startują i mają 40-50+, to statystyka ukończenia jest pod 80%. Jak kogoś coś eliminuje, to eliminuje kontuzja, a nie to, że komuś się znudziło. To bardzo fajnie pokazuje jak działają społeczeństwa. Plus takie rzeczy jak np. Szlak jest absolutnie zdominowany przez białych. I to w taki sposób przytłaczający. Przez pół roku, wśród ludzi, którzy robią całość, ja spotkałam, powiedzmy jednego rdzennego chłopaka, ale też porzucił tradycyjne swoje życie. Spotkałam 2 osoby, dwóch afroamerykanów i to było wszystko.

 

BHU: Z czego to wynika?

K: Bardzo wiele powiązań demograficzno, ekonomiczno, społecznych, kulturowych, tradycyjnych. Wiesz co, najlepiej powiem ci taką anegdotkę. Rozmawiałam ze swoim kolegą, który jest w prawdzie białym mężczyzną, więc jakby jest na górze świata. [śmiech] Ale jest białym mężczyzną z Nowego Jorku i gadałam z nim o tym, bo on miał dziewczynę Afroamerykankę w tamtym czasie i od tego wyszła rozmowa, I on powiedział coś takiego: „słuchaj, jak mówiłem moim wszystkim znajomym, białym, że idę na PCT. To oni mówili wow stary, zajebiście! Dajesz! Ciśniesz! Ale przygoda super!” Kiedy mówiłem to moim ciemnoskórym znajomym, to on mówił, że częściowo to też byli ludzie, którzy mówili „wow stary, zajebiście!” A częściowo, że to były opinie „totally white boy sheet”. Zabawa dla białasów, w sensie takim, że w momencie kiedy my mamy inne problemy, z którymi się mierzymy, nikt nie myśli o tym, żeby przez pół roku sobie hasać po górach, bo po prostu nie da się tak. Ale najciekawiej było jak on rozmawiał ze swoimi kolegami Meksykanami, a oni wszyscy na zasadzie, mówiąc łagodnie „po grzyba?!”. Oni nie mogli zrozumieć. Jeden kolega meksykanin mu powiedział „słuchaj stary, nie po to 20 lat temu szmuglowałem się przez tą granicę, żeby teraz to robić wolontaryjnie.” Bo się zaczyna na Meksykańskiej granicy. Jeszcze zaczynasz tak, że masz przez pierwsze kilka nocy, budzą cię strażnicy, ze szperaczami, którzy szukają nielegalnych imigrantów. Zwłaszcza teraz, jak jest ten Trump.

 

BHU: Który buduje mur w kolorado. [śmiech]

K: Ale to jest dzban! Nie musisz tego wycinać. ;)

BHU: Nie wytnę. To jest mój ulubiony motyw! [śmiech]

K: Myślę, że ta sytuacja, właśnie z tym moim kolegą, który opowiadał jak rozmawiał z ludźmi, z różnym tłem etnicznym. Bardzo dobrze pokazuje skąd to się bierze, że jak walczysz z jakimiś trudnościami czy w momencie kiedy nie jesteś ekonomicznie ustawiony, to po prostu nie myślisz o takich rzeczach, żeby tak robić. Umówmy się, że w momencie kiedy możesz sobie pozwolić na wyjechanie na pół roku, niezarabianie przez ten czas. Oczywiście musisz sobie odpowiednio dużo odłożyć na życie potem, i na to, żeby sobie beztrosko iść przez góry. To nie dość, że jest to totalny przywilej, jesteś w jakimś mikro procencie super uprzywilejowanego społeczeństwa na świecie. Patrzenie na to przez pryzmat oceniający znowu wracamy do oceniania. Bardzo często jest tak, że „ej no stary, wystarczy po prostu wierzyć w marzenia, wystarczy gdzieś tam pójść, zrobić mały krok.” Wiesz, cały ten bełkot, on nie zawsze przystaje. Więc, na tym szlaku, to pod tym kątem bardzo weryfikuje no i się robi totally white boy sheet. Co tam jest na tym szlaku co weryfikuje takie romantyczne podejście? Przede wszystkim to, że w czasie tego pół roku musisz wyleźć 18 razy na Mount Everest i przejść 4000 i kilka set kilometrów. I żeby to zrobić, to jeszcze masz wąskie okno pogodowe. Tzn. Masz miesiąc - półtora rozrzutu kiedy się startuje. Nie możesz wcześniej, bo masz zimę na czterotysięcznikach i jeżeli nie jesteś alpinistą, to nie przejdziesz. A nie możesz później, bo z kolei złapie cię zima pod granicą Kanadyjską. A tam jest zima, w tych lasach deszczowych. Co oznacza, że spada ci metr śniegu dziennie i po prostu nic z tym nie zrobisz. Najwięcej zaginięć zdarza się właśnie wczesną zimą tam w Waszyngtonie. Więc musisz skończyć trasę do końca września. I nie masz tutaj dużego pola manewru. Więc nie możesz wcześniej, nie możesz później. W związku z tym, żeby to wszystko przejść […]. No bo gdybyś miał na to rok, to możesz iść dowolną liczbę km dziennie. Ale jak masz na to odpowiednią liczbę, no to musisz robić średnio ileś km dziennie, no bo po prostu nie dojdziesz. I to, że naprawdę wstajesz codziennie 5-6 i idziesz do zmroku, to naprawdę odziera to z romantyzmu. W sensie, ten romantyzm tam oczywiście jest, ale to nie oznacza, że nie ma tam ciężkiej pracy. To, że są różne warunki. I to, że masz +45 na pustyni, i po -20 w górach, to, że na pustyni potrafi ci spaść śnieg w Kaliforni i zamarzasz w środku nocy, to, że musisz nosić ciężki plecak, masz odciski, to, że się nie myjesz, nie bierzesz codziennie prysznica. Dla wielu ludzi to jest problem, który, jeżeli nie mieli z nim wcześniej do czynienia, to im się wydaje, że jest łatwiejszy do przeskoczenia, a potem się okazuje dla nich mentalnie trudny. Jak jeszcze masz jedną zmianę ciuchów, bo nikt nie bierze ciuchów, po prostu, żeby nie nosić, więc masz po 1 ciuchu na każdą okazję i tyle. I chodzisz przez pół roku w tych samych ciuchach. Więc one są zapocone, prześmiardnięte, zakurzone, podziurawione itd.

BHU: Czyli ci ludzie idą, startują w takim wyzwaniu powiedzmy, i nie są świadomi tego?

 

K: Tak, i to jest efekt filmu Wild dzika droga. Wiesz co, to w ogóle jest fascynujące, bo ze wszystkich osób, które nie kończą szlaku, a nie ukończyć szlaku jest bardzo łatwo.

 

BHU: Ile procent ludzi kończy?

K: W normalnych latach 1 na 6 osób, która chce zrobić całość, robi całość. W tym roku co ja byłam, ze względu na ten śnieg, skończyła 1 na 20. I tutaj wracając do ciekawostek demograficznych: w latach 90 to była co druga osoba. Pokazuje kto startował. Bo to, że ludzie nie kończą procentowo, to jest bardzo dużo. Może ci się skończyć kasa, może ci zachorować ktoś z rodziny, dostać kontuzję przez pół roku w górach nie jest trudno. Tak, to porównanie z latami 90 jest dla mnie mocne. I mnóstwo ludzi przechodzi z takim przeświadczeniem, że to będzie wszystko fajnie i romantycznie jak w filmie. I nawet jeżeli ci będzie trudno, to jak w filmie: weźmiesz buta i rzucisz w przepaść. I to jest takie symboliczne. Naprawdę była taka scena. A tu się okazuje, że kurka nie! Do 30% ludzi, które rezygnuje w ogóle ze szlaku, rezygnuje w pierwszym tygodniu. Jak ja się o tym dowiedziałam, to była informacja nie do ogarnięcia! Bo to jest dosłownie o to ty pytasz. Nie zdawałeś sobie z tego sprawy? Nie byłeś w swoich lokalnych Beskidach, żeby to sobie w głowie ułożyć?! I byli tam też ludzie z Teksasu, którzy nigdy w życiu śniegu nie widzieli, co w życiu nie byli w górach. I z jednej strony jakby spoko, bo jeżeli masz determinację i jeśli jest dobry rok, to nawet jak nie masz doświadczenia, to jesteś w stanie to zrobić. Tylko musisz być zmotywowany, to tak naprawdę dalej to różnie bywa. Wiadomo, że często wyobrażenia odbiegają od rzeczywistości. No ale nie mieć świadomości, że codziennie musisz robić namiot. I to ludzi wykańczało. Po tygodniu ich wykańczało i eliminowało. A pisali się na pół roku! To jest dla mnie nieprawdopodobne! Jak mówimy o takich długich zobowiązaniach, to tak to nieprawdopodobne było. Ja wiem, że my jesteśmy tutaj w Polsce specyficzni górsko. My z mentalności mamy te góry jakoś inaczej pozapisywane. Mamy do nich poziom respektu dużo większy i historycznie je gdzieś tam rozumiemy bardzo, z czym to się je. I to, że ludzie są nieprzygotowani, u nas też są tacy, ale skala zjawiska nieprzygotowanych ludzi, którzy nie idą na wycieczkę do Morskiego Oka, tylko idą na pół roku w góry, i to tamte góry bywają seriozne, no to było turbo zaskakujące! Ja sobie nie wyobrażam pójścia na taki szlak sama, nie będąc nigdy w górach! Jak to mówią Amerykanie - „niewiedza jest błogosławieństwem”. I to chyba może o to chodzi! [śmiech]

BHU: W 30 odcinku rozmawiałem z Janem Krzeptowskim-Sabałą, on pracuje w Tatrzańskim Parku Narodowym. Opowiadaliśmy o zasadach Leave No Trace. Jak w Stanach, z twoich obserwacji, jak wygląda poszanowanie dla szlaku?

K: Strasznie fajnie, bo wczoraj z Janem braliśmy udział w dyskusji panelowej na temat Leave No Trace. Na Krakowskim Festiwalu Górskim. [śmiech] Więc fajnie się poskładało. Leave No Trace w Ameryce jest bardzo silne. Tam z resztą powstało, i faktycznie ja tam widać. Aczkolwiek są wyjątki. Po pierwsze tak: żeby dostać się na szlak musisz mieć pozwolenie. Te pozwolenia są limitowane do 50 wejść na dzień. Ale ludzie nie zawsze się tym przejmują. I to, że tego przez część pustynną nikt nie sprawdza, to jak dla mnie nie jest argument żeby nie mieć takiego pozwolenia. Bo to pozwolenie jest po to, żeby chronić przyrodę, żeby nie było dużego impaktu dużego, że naraz ileś tam osób wchodzi. I to powinien być argument, a nie, że ja się mogę przesmyknąć bez pozwolenia. To jest też dla mnie taka zasada Leave No Trace w takim szerszym rozumieniu. Tego trochę było. Podobno duży problem był w tym roku, bo w tym roku zaostrzyli limity, i że ludzie się w internecie nawet namawiali „a słuchaj, tu możesz tak obejść, jest budka rangerska.” Nie! To naprawdę nie o to chodzi. Odkąd poznałam ten system limitów w Stanach Zjednoczonych, to jestem dość dużym fanem tego. Bo to naprawdę ma sens. To nie chodzi o to, że my wam dokopiemy i odbierzemy wam wolność. Tylko to wynika z czegoś. Więc takie widziałam zasady łamania LNT. W momencie jak byłam na PCT, to Leave No Trace, jako organizacja, zaczęła się zastanawiać nad nowym, kolejnym, 8 przykazaniem, które ma brzmieć „nie publikuj w mediach społecznościowych.” I to 8 przykazanie w rozwinięciu, też nie polega na tym, żeby w ogóle nie publikować. Też nie bądźmy hipokrytami. Po pierwsze ja mam Facebooka, a po drugie można też z tego zrobić coś dobrego. Natomiast chodzi o 2 zasady. Po pierwsze: nie podawać dokładnej geolokalizacji. Zwłaszcza jak podajemy miejsca wrażliwe przyrodniczo. Czyli nie, że o patrz jaka super skała! Ja zrobię śliczne zdjęcie na Instagramie. Bo badaniami udowodniono, jeżeli zobaczysz jakąś odpowiednią ilość zdjęć, obrazków z danego miejsca, nawet jeśli tam nie planowałeś być, ale zobaczysz tą odpowiednią ilość to będziesz chciał tam pojechać. Jeżeli nawet nie było w twojej sferze zainteresowań. To po pierwsze. Po drugie: często ludzie wrzucają na Instagram rzeczy typu nielegalne kempingi. I robią z siebie, ty parz stary jakim jestem kozakiem! Nie stary! Nie jesteś! Ale też z takiego względu, zwróć uwagę, jak mówimy o górach, bardzo lubimy, i robią to wszyscy, i to jest bardzo zrozumiałe. Że jak wyjdziesz na szczyt, robisz sobie zdjęcie, i wiesz, jesteś tutaj, turbo-mocnym kozakiem, super, cieszysz się i to jest zrozumiałe. Ale z drugiej strony na tym zdjęciu nie widać ile ciebie kosztowało to wysiłku, ile kosztowało to ciebie przygotowań, zależy jaka góra, czy może zawróciłeś wcześniej bo była zła pogoda, a nie byłeś przygotowany, warunki nie te. Za tym nie ma całej historii ile ciebie kosztowało tam wyjście. W związku tym, publikowanie tylko takich wyłącznie zdjęć, jakiś super radosnych ze szczytu, daje takie przekonanie, że to jest proste, że to jest dla każdego. A że skoro mój sąsiad czy tam koleżanka, wiedziałam, że ona zawsze jest nieruchawą dziewczyną, i skoro ona wyszła, to ja też dam radę! Ale może ona zaczęła cisnąć w międzyczasie? Może zawróciła 15 razy, ale przez to, że nie masz tej informacji, to się wydaje bardzo proste. To też jest rzecz, którą socjologowie obserwują. I znowu na przykładzie Amerykańskim, na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych, jest góra Mount Washington, to jest taka nasza Babia Góra. Czyli nic technicznego, nic bardzo wysokiego, nie też Kopiec Kościuszki, ale dalej żadne himalaje. Jednocześnie jest to góra, że jak będzie załamanie pogody, to tam jest ostro. Tak jak u nas na Babiej Górze. Bardzo dużo jest przecież akcji poszukiwawczych, że ludzie tam się gubią we mgle, w wietrze, który tam pizga, bo nawet nie wieje! No i tak samo jest na górze Washington. I odkąd jest Instagram i weszła taka narracja, że można wejść tam w klapkach, ilość śmierci na górze Washington wzrosła o 1500%. To jest nieprawdopodobne! Bo właśnie zachęca osoby, które są nieprzygotowane do tego.

 

BHU: Niesamowite. Co jeszcze możemy powiedzieć o Pacyfic Trail. Poznałaś tam kogoś fajnego na szlaku? Z kim np. Przemierzyłaś kawałek?

K: Już myślałam, że pytasz o jakieś relacje damsko męskie. [śmiech]

 

BHU: Absolutnie! A zdarzają się tam relacje damsko męskie?

K: Bardzo. Tzn. Damsko - damskie, męsko - męskie. Nie no, jak to w społeczności, po prostu relacje między ludźmi się zdarzają. Trochę par idzie.

BHU: Wracają chociaż jako pary po tym wszystkim?

K: To jest dobre, bo jeżeli wracają jako pary, to wracają jako pary na zawsze. Bo jeżeli kogoś „sprawdzasz”, no bo jeżeli z kimś klikasz przez pół roku w takich warunkach, to żaden kredyt was potem nie zniszczy. Ale się ludzie też rozstają, i to też jest w jakiś sposób pozytywne. Tzn. Pozytywne… Trudne, ale pozytywne. Ja szłam sama, bo po pierwsze chciałam. Po drugie, tak mi się łatwiej idzie. Po 3 jak się zatrzymujesz robić zdjęcia, to to inni i tak na ciebie nie czekają. No bo też trudno, żeby czekali. Natomiast się ludzi spotyka w takich naturalnych punktach, albo jak schodzisz, idziesz do miasteczka, albo jak masz strumień z wodą i wszyscy tam siedzą na lunchu, to to jest naturalne, że się z tymi ludźmi tam widzisz, bo oni tam też są na tym szlaku. Natomiast ja taki odcinek z całego szlaku, 250 km przeszłam w grupie. To było w tych śnieżnych warunkach. Dołączyłam się do grupy ze względów bezpieczeństwa. I to nawet nie chodzi o śniegi i lody na tych wysokościach, tylko przede wszystkim chodziło o przekraczanie rzek. Bo ta ilość śniegu, która spadła, w połączeniu z czerwonym, Kalifornijskim słońcem, powoduje ogromne roztopy. I to takie roztopy, które zabrały kilkanaście osób. W sensie, utopiło się w rzekach. W tym roku kiedy na szłam. No bo normalne rzeki, kiedy idziesz po łydki, po kolano i w zasadzie sobie myjesz, odświeżasz stopy w ten sposób. To tutaj były rzekami po pas albo głębiej. Bardzo ostrymi, górskimi. Wymagało to czasami przejścia pół dnia żeby znaleźć jakieś miejsce przekroczenia rzeki. Dużo się tam bardzo działo. Ja wiedziałam, że nie mam możliwości sama tego przejść. Po prostu fizycznie, realnie. I to był w ogóle pierwszy moment. Nawiążę tutaj do początku naszej rozmowy. Że jak taka drobna dziewczynka sobie coś z tym radzi. Ja sobie wtedy pierwszy raz w życiu pomyślałam, że jakbym ważyła 80 kg, to by mi było dużo łatwiej. Przez to, że jestem dość mała, to ta rzeka ma dla mnie dużo większe przełożenie. Na niebezpieczeństwo, na trudność techniczną. Komuś kto więcej waży, jest po prostu mocniejszy, mocniejszy przez to. I mam świadomość, że w momencie kiedy ja tam byłam, w pojedynkę te rzeki były nie do przekroczenia. Po prostu, realnie. Dlatego robiłam to z kimś i też nie żałuję, bo to było fantastycznie doświadczenie, ci ludzie byli fantastyczni, myśmy się zaprzyjaźnili, mamy do tej pory bliski kontakt. Jedna koleżanka, podczas przechodzenia takiego technicznego, ją zabrała rzeka. My ją utrzymaliśmy, ale to było bardzo dramatyczne, bo to się działo przed wodospadem. To było w absolutnie katastrofalnym miejscu. I my w 4 osoby nie byliśmy w stanie wyciągnąć jej z tej rzeki, był taki nurt. I gdyby ją ten nurt zabrał, to ona by zginęła. Tu nie ma wątpliwości. To jest takie przeżycie, które łączy ludzi. W sensie, wiąże w taki sposób. Nawet jeżeli szlak, no ja zrobiłam prawie 5000 km. 250 km to jest 1/20, więc stosunkowo niedużo odległościowo. Natomiast waga tego była zupełnie inna.


 

BHU: A jak wygląda przekraczanie takiej rzeki? Za pomocą liny?



K: Wiesz, jest kilka technik surwiwalowych. Pierwsza najważniejsza rzecz: nie zdejmujesz nigdy butów. Bo wtedy możesz się dużo łatwiej poślizgnąć i jest bardziej niebezpieczne. Dwa: zawsze rozpinasz wszystkie sprzączki w plecaku. Jeżeli cie rzeka porwie, to od razu to zrzucasz, żeby to nie działało jak kotwica. Bo nie popłyniesz z plecakiem górskim po prostu. Po trzecie: jest taka technika, którą myśmy najczęściej stosowali w grupie, że trzymasz się pod łokcie, w rządku. Idziesz w 4 czy parę osób. I technika jest taka, że tylko jedna osoba w grupie, w danym momencie robi krok. Jak jesteśmy w rządku, mamy ponumerowane nogi. Czyli jeden, to jest w ogóle kijek. Ta pierwsza osoba ma kijek w prawej ręce. To jest jeden, prawą nogę ma dwa, drugą nogę ma 3, kolejna osoba 4, 5 i to służy bardzo dobrej komunikacji. No bo w momencie kiedy zaczynamy iść, to ta pierwsza osoba wbija kijek, krzyczy „raz”. I krzyczy to dopiero w momencie kiedy ten kijek jest stabilnie. Nie, że kiedy wyrobię, tylko to jest ważne. I potem przekłada nogę, jak jest stabilna, mówi „dwa”, „trzy”. Potem następna osoba. Jak masz 4, 5. I tak do końca. I jak już usłyszysz ostatnią liczbę, to od nowa. I to powoduje, że masz największą liczbę punktów podparcia w danym momencie. To nie jest tak, że wszyscy idą i tracą podparcie w jednym momencie. A trzymamy się pod łokcie, bo jak komuś się ślizgnie, to osoby po 2 stronach są w stanie go utrzymać. Jest metoda na „i". To jak się idzie w 2 osoby. Zwłaszcza jeżeli między nimi jest różnica wagi i wzrostu. Np. Idziesz z dzieckiem, albo często między kobietą a mężczyzną. To ta osoba większa idzie z przodu, przyjmuje uderzenie i napór wody na siebie, a osoba z tyłu, raz, że jest chroniona trochę jak falochronem, ale dwa, że też się opiera o niej, i jej pomaga walczyć z tym naporem z drugiej strony. Tak samo w kółku się idzie. Tam też się trzyma pod łokcie, tylko zamyka się krąg, nie linie. Więc to zależy wszystko od danego przejścia, ilości osób, jaką metodę się wybierze.

BHU: Mega ciekawe! I co, dotarłaś, przeszłaś wszystko? Wszystkie km przeszłaś? [śmiech] Super! Kamila, powiedz mi jeszcze na zakończenie, czym się na codzień zajmujesz? Jak kleisz to życie podróżniczki i „normalnej” osoby, która musi płacić rachunki?

K: Tak, ja jestem w życiu dorosłą osobą. Mam samochód. [śmiech] Pracuję jako freelancer, we wszystkich dziedzinach. Robi mi to dobrze, bo nie nudzi mnie to co robię, bo nie lubię powtarzalnych rzeczy. Po pierwsze, to z tych moich podróży piszę, opowiadam. Teraz chcę realizować filmy. No i to też się wszystko bezpośrednio przekłada. Te wszystkie działania, wystąpienia itd. Oczywiście na zarobki, jakieś warsztaty prowadzę, trochę spotkań konferencyjnych dla firm. Prowadzę wycieczki. Już mniej niż kiedyś, ale jeżdżę z grupami, zwłaszcza jak są to tematy specjalistycznie. Ostatnio prowadziłam grupę fotografów przyrody na Alasce. To jest taki wyjazd, który ja planuję, zarządzam dniem, itd. Współpracuję z jakimś biurem i potem jedziemy. No i tak się przeplata dziennikarstwo, trochę tworzenia takiego wizualnego, trochę zdjęć, wystąpień publicznych, no taka freelancerka typowa w dzisiejszych czasach, osoby, która coś tworzy.

 

BHU: Nie no fajnie. Ale spina ci się to jakoś i to jest super.

K: Wiesz co, tak. Jest to moment kiedy gdzieś tam jestem sobie w stanie z tego żyć. Chociaż dotarcie do tego punktu oczywiście też trwało. Jak chyba w każdej branży. W jakiejkolwiek nie jesteś, to trochę to trwa. Chociaż z drugiej strony, to też jest tak, że im więcej czegoś realizujesz, to te projekty albo chcesz mieć coraz bardziej zaawansowane, albo tworzenie z nich materiałów, jest coraz bardziej zaawansowane. A to za sobą pociąga coraz większe koszty. Więc to jest taka „never ending story”. Oczywiście ze wszystkim. Więc im jesteś lepszy, tym więcej to kosztuje. Po prostu też ciebie, żeby być coraz lepszym.

 

BHU: No dobrze, to co dalej? Co ci świta w głowie teraz fajnego? Jaki temat? Z tych dużych. Bo tak jak ciebie słucham, zaobserwowałem, że masz kilka takich dużych wypraw, poważnych, które trwają po kilka miesięcy, ale masz też kilka mniejszych. Więc chciałem się ciebie spytać o te poważne.

K: Z poważnych, to w najbliższym roku, myślę o 2 rzeczach. Po pierwsze, skończenie tego projektu o wodzie. I to jest bardzo priorytetowa rzecz, żeby to zrobić dobrze. A drugą rzeczą, z takich długodystansowych, to chciała bym, żeby się tym roku udało zrobić znowu jeden ze szlaków długodystansowych w Ameryce. Taki mniej znany, najnowszy szlak, z takich ich widokowych tras. To się częściowo na azymut idzie, częściowo samemu wyznacza, ona jest trochę krótsza, bo ma 2000 km. Natomiast jest dużo większym wyzwaniem. Np. Jeżeli chodzi o fizyczny aspekt i o aspekt nawigacyjny. Mam nadzieję, że uda to się zrealizować jeszcze w 2020. Pacific Northwest Trail, który idzie po granicy, tak upraszczając, Stanów Zjednoczonych z Kanadą. I zaczyna się w stanie Montana.

 

BHU: Samotnie będziesz ten szlak przemierzać?

K: Się okaże.

BHU: A co chcesz przywieźć z tego szlaku? Jakie masz założenia jeśli chodzi o historię?

K: Jeśli chodzi o historię, to historię mam taką, że dzisiejsze tamte tereny i te wszystkie góry, mają oczywiście wszystkie swoje nazwy. Ale to są wszystko nazwy anglosaskie. A to są miejsca, które mają swoje rdzenne nazwy. Takim punktem wyjścia do tego, jest też żeby zrobić projekt zdjęciowy, że jak wychodzisz na jakąś górę, to np. Pokazujesz tabliczkę, ale nie z nazwą White Mountain, tylko rdzenną nazwę, jak to miejsce było nazywane przez tysiące lat. A nie jak ją nazwano przez ostatnie 200 lat. Tutaj sobie trzeba przypomnieć, że lubimy sobie przywłaszczać tereny.

BHU: Czy będą tam jakieś nieponazywane przełęcze i wzgórza, które będziesz chciała nazwać swoim imieniem?

 

K: Nie no, co ty, oszalałeś? [śmiech]

 

BHU: Kamila Kielar’s peak! [śmiech]

 

K: Tak, dokładnie! [śmiech] Chyba bym umarła ze wstydu. [śmiech]

 

BHU: Kamila, dziękuję ci serdecznie za rozmowę.

 

K: To ja ci dziękuję za rozmowę. To była moja ulubiona rozmowa ever! Super!

 

BHU: Czujesz, że powiedziałaś co chciałaś? Czy masz ochotę coś dodać jeszcze?

 

K: Nie, ja się obawiam, że właśnie strasznie długo gadaliśmy.

BHU: No co ty, tylko 2 godziny. [śmiech]

K: Nie, myślę, że nawet jeżeli coś nie zostało, to niech zostanie do odkrycia. Albo na następny raz!

 

BHU: Super! Dziękuję ci strasznie.

 

K: Dzięki wielkie.

BHU: Trzymaj się, pa.

 

No I jak Wam się podobało? Kamila jest niesamowita, prawda? Jej sposób opowiadania przypomina mi podawanie znieczulenia przed przejściem do głównej atrakcji jaką jest trepanacja czaszki. Na pewne rzeczy już nigdy nie spojrzę tak samo. Jej opowieści o tym co się dzieje, gdy żyjemy patrząc krótkowzrocznie, ślepo się bogacąc i skupiając na perspektywie zaledwie kilku lat w przód, nie są niestety pokrzepiające ale prostują nas wewnętrznie, wzmacniają nasz moralny kręgosłup i nie pozwalają patrzeć na rzeczywistość taką jaką jest bez refleksji i zadawania pytań. Nie pomoże tutaj wyparcie czy budowanie muru obojętności. To jest nasz świat. Chcecie coś z tym zrobić? Myślicie, że macie wpływ? Oczywiście, że tak! Witajcie w roku dwudziestym! 

Dziękuję Wam serdecznie za wysłuchanie tego podcastu, zapraszam Was też do wysłuchania pozostałych, już ponad trzydziestu odcinków ultra historii. Jeśli podoba Wam się to co robię, wspierajcie podcast na social mediach i umieszczajcie informacje o nim w relacjach, postach i na tablicach. Niech wieść się niesie i słuchaczy przybywa. Możecie również wesprzeć ten podcast finansowo na patronite.pl/blackhatultra. 


Bardzo doceniam każdy wkład, a najniższy próg wsparcia to tylko 5 złotych, więc nie ma na co czekać. W szczególności chciałbym podziękować trzem osobom, które wspierają mnie na poziomie 4. Są to: Krzysztof Bednarz, Marcin Stefaniak i Marcin Jaźwiecki.

Podcast Black Hat Ultra przygotowują Kamil Dąbkowski prowadzenie i montaż oraz Piotr Krzysztof Pietrzak transkrypcje i social media. Serdecznie dziękuję firmie Juice za użyczenie przestrzeni biurowej umożliwiającej nagranie tego podcastu. 

 

A jeśli jeszcze ktoś mnie słucha… 

 

Jeżeli jeszcze ktoś tu jest? 

 

Jesteś tu? 

Tak ty! 

Zatrzymaj się na 20 sekund, zamknij oczy i poczuj swój oddech, tak po prostu. 


Buźka! ;)

  • Czarny Spotify Ikona
  • Czarny iTunes Ikona
  • Czarny YouTube Ikona
  • Czarny Facebook Ikona
  • Czarny Instagram Ikona
  • Czarny Twitter Ikona

© 2018 BLACK HAT ULTRA

Podcast Black Hat Ultra | pasjonata biegania, podróży, ekspedycji ekstremalnych. Interesują mnie wszelkie aktywności gdzie wymagany jest specjalistyczny trening, odpowiednia regeneracja i dieta oraz niezłomny hart ducha. Podczas rozmów dowiem się co motywuje sportowców, jak znajdują czas i energię na treningi.