• Czarny Spotify Ikona
  • Czarny iTunes Ikona
  • Czarny YouTube Ikona
  • Czarny Facebook Ikona
  • Czarny Instagram Ikona
  • Czarny Twitter Ikona

© 2018 BLACK HAT ULTRA

Podcast Black Hat Ultra | pasjonata biegania, podróży, ekspedycji ekstremalnych. Interesują mnie wszelkie aktywności gdzie wymagany jest specjalistyczny trening, odpowiednia regeneracja i dieta oraz niezłomny hart ducha. Podczas rozmów dowiem się co motywuje sportowców, jak znajdują czas i energię na treningi.

BHU: Witajcie w podcastcie Black Hat Ultra. Paweł Żuk, nasz główny specjalista od ekstremalnie długich biegów zaczął swój 22 dzień biegu na dystansie pięciu tysięcy kilometrów. Paweł pokonuje codziennie ponad 100 kilometrów, a przemieszczenie pełnego dystansu zajmie mu około 60 dni. O duchowym aspekcie pokonywania tego nie dającego się objąć głową dystansu rozmawiam dzisiaj z Iwoną Buczkowską związaną ze szkołą medytacji Sri Chinmoy.

IB: I to jest właśnie to co nam Sri Chinmoy uświadomił, że tak naprawdę to o czym każdy człowiek marzy, do czego dąży to do tego właśnie uczucia szczęścia. Każdy chce po prostu doświadczać tego szczęścia i takiego zadowolenia, jakiejś takiej satysfakcji. I to jest to co nas pcha do przodu. I to jest naturalne w każdym człowieku, i taka potrzeba przekraczania tego jakby, dobra, zrobiłeś coś, poczułeś się szczęśliwy ale okazuje się, że to nie wystarcza, że nie masz takiej szczęśliwości już raz a dobrze do końca życia bo to jakiś czas trwa ale potem zmienia się i znowuż to powoduje, że znowu zaczynasz coś robić, znowu wychodzisz na dwór, zakładasz te buty, wychodzisz biegasz. To jest to pojęcie, które on właśnie nam mówił: self transcendence - samo przekraczanie się. Tacy biegacze ultra, biegacze, uczniowie Sri Chinmoya, którzy biegają naprawdę bardzo długie dystanse. Oni to robią mega świadomie. Można to powiedzieć, że to co nimi powoduje to jest właśnie bardzo głęboka chęć samo przekraczania się. To jest to co też Pawłem kieruje.

BHU: To była Iwona Buczkowska. Ja nazywam się Kamil Dąbkowski i witam was w podcastcie Black Hat Ultra. Sri Chinmoy w latach sześćdziesiątych przeniósł się do Nowego Jorku aby nauczać ścieżki duchowej opartej na medytacji i sporcie. Wierzył, że poprzez połączenie tych dwóch aspektów życia duchowości i fizyczności jesteśmy w stanie przekraczać samych siebie w sposób głębszy i bardziej świadomy. To właśnie on stworzył podwaliny pod biegi na 5 tysięcy kilometrów podcastcie usłyszycie jak wyglądało życie Sri Chinmoya i o głównych założeniach jego przekazu. Iwona opowie również o tym jak wygląda wspieranie biegaczy na biegu na 5 tysięcy kilometrów i o swoim życiu na drodze w medytacji. W tej chwili gdy nagrywam ten wstęp, Paweł żuk przebiegł już grubo ponad 2 tysiące kilometrów. Paweł ty to wiesz ale odpowiadając na powracające pytania słuchaczy o to gdzie leżą granice ludzkich możliwości Sri Chinmoy bardzo jasno powiedział "granice nie istnieją". To co nam się wydaje, że teraz jest granicą, w momencie gdy ją przekroczymy staje się początkiem nowego jutra. Posłuchajcie.

BHU: Cześć Iwona, witam serdecznie. Dziękuję bardzo, że zdecydowałaś się na wystąpienie w tym podcastcie. To chyba nie jest dla ciebie normalna rzecz.

IB: Ja się czuję ogromnie zaszczycona naprawdę tym. Ja się czuję absolutnie w ogóle jakoś tak niemal uhonorowana, że mogę wystąpić w takim podcastcie i wiesz ja właściwie nie jestem biegaczem. Biegam ale no wiesz w porównaniu do tych osób, które tutaj występują to ja tak wiesz, no tak, nie mam jakichś takich osiągnięć żeby się tutaj móc jakoś chwalić, że to jest dla mnie naprawdę bardzo szczególne wyróżnienie.

BHU: Bardzo się cieszę. Wiesz, profil tego podcastu nie zakłada, że rozmawiam tylko z wybitnymi sportowcami ale również z osobami, które w jakiś sposób uzupełniają ten panteon biegaczy. Bo wiadomo, że bieganie to nie jest tylko bieganie. To jest też m.in. ogromna sfera duchowa ma tu znaczenie. Jak człowiek zdaje sobie z nich sprawę, to wtedy też świadomie pracuje nad pewnymi aspektami duchowymi. To wtedy może być znacznie lepszym sportowcem, a tym samym człowiekiem.

IB: No właśnie i to jest ciekawe bo to jest właśnie to co obserwujemy coraz mocniej i częściej, że ten właśnie pierwiastek, właśnie tej takiej świadomości albo można powiedzieć ciekawości duchowej jest coraz mocniejszy, coraz częstszy i zastanawia coraz większą ilość biegaczy.

BHU: Tak absolutnie. Zwłaszcza biegaczy ultra, którzy przeżywają podczas wielogodzinnego wysiłku. Jednak bardzo różne historie związane ze sobą. Wiesz, mają czas na przemyślenie swojego życia ale też przekraczają siebie na wielu poziomach. To doprowadza generalnie do ich wewnętrznego rozwoju. I dlatego między innymi ten sport jest taki piękny i pomimo, że większość społeczeństwa nadal uważa, że to jest coś totalnie szalonego, to wynika to wyłącznie z tego, że ludzie nie wiedzą jak bardzo wiele można z siebie dać, jak bardzo wiele można osiągnąć, na ilu poziomach można się rozwinąć.

IB: Do czego człowiek tak naprawdę jest zdolny. Ale wiesz co, ja tak pamiętam, prawdę powiedziawszy jakoś pod koniec lat osiemdziesiątych, początek dziewięćdziesiątych jak pierwszy raz zaczęłam jeździć w góry nasze polskie Tatry czy Beskidy i z plecakami chodziliśmy. Wiesz, to już wiadomo to jest już tradycja tam iluś tam od dziesięcioleci czy nawet może i za 100 i więcej lat ma, ale jak często nam się zdarzało, że tam siedzą jacyś nie wiem bacowie czy jacyś ludzie i się tak patrzą na nas po prostu jak na dziwolągi, ze my z plecakiem jakimś tam idziemy w góry. A dzisiaj?! Pomyśl co się dzisiaj w tych górach dzieje! [śmiech]

BHU: Dzisiaj już mało kogo biegacz w górach przeraża.

IB: No ja pamiętam, że kiedyś zbiegałem z tych gór, bo tam jakoś nie wiem na szlaku jakoś tak mnie niosła energia i tak wiesz po prostu takie naturalne to, to tam jakieś też okrzyki przerażenia takich turystów, że w ogóle zrobisz sobie krzywdę, i w ogóle, że takich rzeczy to się nie robi, że to trzeba powoli chodzić i statecznie. No nie, zobaczy jak się zmieniło.

BHU: A zmieniło się! Świat się zmienił niesamowicie. W tej chwili, Paweł Żuk biegnie 5 tysięcy kilometrów i spotkaliśmy się tu między innymi też po to, żeby wesprzeć go tą rozmową. Mam nadzieję że on słucha to w trakcie biegu. Także Paweł, to jest dla ciebie. I będziemy dzisiaj rozmawiać o ścieżce duchowej, o pewnej szkole medytacji pewnego mistrza, który nazywa się Sri Chinmoy. I ta ścieżka duchowa zakładała bardzo ścisłe połączenie świata duchowego i świata sportu. Czyli trenowanie ciała i trenowanie ducha jednocześnie, tak jakby propozycja jest taka żeby nie rozdzielać tych dwóch rzeczy broń Boże. Czyli naszej duchowości i naszej fizyczności, że my jesteśmy jednym i drugim jednocześnie.

IB: Dobrze. To może ja spróbuję opowiedzieć tak troszeczkę pokrótce nakreślić kim był Sri Chinmoy i jak to się w ogóle stało.

BHU: Opowiedz jak się zaangażowałaś w tę naukę, jak poznałaś też tą szkołę. Opowiedz o sobie najpierw troszkę.

IB: To jak ja trafiłam na to. Ja trafiłam na tą ścieżkę w 2002 roku. Czyli już będzie  prawie osiemnaście lat. Znalazłam kiedyś ogłoszenie, w Warszawie gdzieś na słupie przy Starówce. Ogłoszenie chyba nawet napisane ręcznie. "Czy wiesz czym jest medytacja zapraszamy na wykład, wstęp wolny". Coś takiego tam było. Coś mnie zainteresowało w tym. Nie pamiętam żebym ja szukała czegoś czy ja już czegoś mi tam w życiu brakowało. No coś mnie tam tym zainteresowało. Więc ja sobie zapisałam adres i datę itd. I tylko miałam w pamięci, że coś takiego jest. Jak zbliżał się ten termin to tak, to widziałam, acha jest tam i tam, gdzieś tam na Starówce to było. Ale to był też okres kiedy ja się zajmowałam innymi rzeczami. Chodziłam na kurs przewodników po Warszawie i tam uczyłam się różnych innych rzeczy i chodziłam na różne inne szkolenia. I tak traf chciał że w tym samym czasie kiedy był ten wykład o medytacji był jakiś inny bardzo ciekawy wykład, który zaczął się chyba może z pół godziny wcześniej niedaleko tego miejsca gdzie miała być miał być wykład o medytacji. Ja poszłam nie wiedziałam co wybrać. I pomyślałam dobra pójdę na ten wykład jakiś tam ten inny. Jak będzie ciekawie to zostanę. A jak nie to po prostu sobie pójdę na tą medytację. I poszłam. I ten wykład był mega ciekawy. Także ja właściwie już od samego początku postanowiłam dobra zostaje. I potem stało się coś takiego co dla mnie jest to takie niewytłumaczalne, nie wiem jak ja to mogę wytłumaczyć ale to było bardzo realne. W którymś momencie ja po prostu poczułam, że taki strach, jakiś taki głęboki niepokój, że mi coś ucieka. Popatrzyłam na zegarek. No tak tamten wykład się zaraz zacznie, może się już zaczął, a ja siedzę tutaj i coś jak taka sprężyna po prostu, coś mnie wyrwało z tego siedzenia i po prostu tak jak siedziałam, tak wstałam, zabrałam te wszystkie swoje rzeczy. To była jesień, jakieś tam kurtki nie kurtki, jakiś tam rumor narobiłam ale po prostu weszłam i poleciałam co sił w nogach do tego drugiego miejsca i tak się zaczęło.

BHU: No i co cię spotkało w tym drugim miejscu? 

IB: Co mnie spotkało? Ja tam wchodzę, a tam jest sala gdzie tam siedziało tam nie wiem, z 50 - 100 osób już nie pamiętam. Ktoś, jakiś człowiek stoi i coś tam mówi i akurat traf chciał, że drzwi były od jego strony więc jak ja wchodzę tam wszyscy [...]. On przerywał wszyscy się na mnie popatrzyli. Ja tak, o Matko nie. W ogóle po prostu uciekam już stąd ale on był, jakiś taki, bardzo taki, nie wiem, miły, sympatyczny przerywał tam popatrzył gdzieś tam w drugim rzędzie z jakiejś tam wolne miejsce wskazał mi. Ja usiadłem, dobra i już tylko żeby już nikt więcej na mnie nie patrzył. O, mniej więcej takie mam wspomnienia. Z tego pierwszego wykładu tak naprawdę ja też niewiele pamiętam. Ja nie wiem co to po prostu było, co mnie tam przyciągnęło, ale to był pierwszy wykład, później to był jakiś przyjezdny człowiek chyba ze Szwajcarii, który ten wykład uczeń Sri Chinmoya już tam od wielu, wielu lat. Przyjechał z takim wykładem. I później po tym wykładzie był kurs medytacji, który trwał chyba ze dwa miesiące i to prowadziły osoby tutaj z Warszawy. Chodziłam po prostu na ten kurs. Medytowałam, próbowałam się uczyć medytować. Też muszę powiedzieć, że tak niewiele pamiętam z tego, że tak powiem, dzisiaj to mi się wydaje ludzie już bardzo dużo wiedzą co to jest medytacja, więc jakby jakichś takich samych technik czy coś to nie trzeba specjalnie tłumaczyć. Najważniejsze jest to żeby siedzieć prosto. No jacyś naprawdę bardzo zaawansowani duchowo ludzie potrafią podobno edytować na leżąco, ale tacy zwykli śmiertelnicy jak my, to po prostu powinni mieć wyprostowany ten kręgosłup. Mogą siedzieć po turecku, mogą siedzieć w kwiecie Lotosu, mogą siedzieć na krześle z nogami na ziemi, jakkolwiek byle tylko te plecy były wyprostowane, bo tędy przepływa ta energia, to musi być po prostu w pionie. I koncentrujemy się, staramy się po prostu wyciszyć umysł wyciszyć te myśli, które w większości nas praktycznie prawie wszystkim bezustannie gdzieś tam przez tą głowę przelatują. Nie jest to proste, ale nie jest to też do końca niewykonalne. Zdarzają się jakieś przebłyski sekund, nie wiem może jakichś dłuższych sekund, że się to udaje i że się ma taką jakby [...]. Nie to, że cisza bo te myśli cały czas gdzieś tam są ale taką świadomość, że się np. obserwuje te myśli, że się nie jest myślami jako takimi, tak po prostu targa myśli tobą, wiesz w jedną w drugą stronę, ona może być pozytywna może być negatywna, ale jest taki moment gdzie się udaje na chwilkę jakby tak spojrzeć na siebie z boku i wtedy ty jesteś tym obserwującym, jesteś świadomy wszystkich tych swoich myśli, uczuć i emocji, które tobą targają. Ale patrzysz na to z boku i to jest koncentracja, i to jest początek, i to jest coś do wyćwiczenia. To jest coś czego się można nauczyć tak samo jak człowiek uczy się gry na instrumencie, jak się uczy języka, jak się uczy jakiejkolwiek innej rzeczy. To trzeba po prostu trenować i regularność i swego rodzaju dyscyplina, zaangażowanie. Tak jak we wszystkim. No, i tak się zaczęło. Co mnie pociągnęło tam i dlaczego, to stało się dla mnie takie... Tak ważne, że właściwie stało się jakby moim życiem. Wielu moich znajomych, przyjaciół, pyta mnie o to moja rodzina ja tak na dobrą sprawę nie jestem w stanie tego wytłumaczyć w jakiś taki racjonalny sposób. Wiem tylko, że to jest dla mnie coś bardzo realnego. To co ja tam przeżywam, to co mi to daje.

BHU: A potrafisz opowiedzieć trochę o tym co przeżywasz w trakcie medytacji?

IB: To jest też dobre pytanie co się przeżywa, bo to różne osoby, różne rzeczy przeżywają i niektórzy ponoć mają jakiś nawet nie wiem, coś a la wizje. Choć aczkolwiek to podobno to nie jest zbyt dobre mieć wizje, bo tak na prawdę to nie wiadomo czy ta wizja pochodzi z głębi duszy czy tylko jakieś takie fantasmagorie umysłu to są. Ja raczej takich wizji nie miewam, więc ja też nie mam jakichś takich juicy stories, jakiś takich ciekawych historii tutaj do opowiedzenia, ale to czego doświadczam to jest taki wewnętrzny spokój. I to jest coś więcej niż spokój. Spokój to jest takie pojęcie, aż takie zbyt płaskie. No bo spokój to się mówi dzieciom w szkole żeby nie hałasowały "spokój tutaj", nie? I dzieci przestaną krzyczeć, usiądą cicho i jest wtedy spokój. A to co mi się ileś razy udało doświadczyć dzięki tej medytacji to jest coś takiego, to jest taka swego rodzaju jakaś siła. Sri Chinmoy  nazywa to Enerpeace, czyli wewnętrzny pokój. To jest coś więcej niż ten spokój.

BHU: Tak sobie wyobrażam, że to może być też taki stan, który potem jesteś w stanie wynieść do codziennego życia i tak jak jesteś obserwatorem swoich myśli w trakcie medytacji, to potem możesz być obserwatorem faktów i zdarzeń w codziennym życiu, prawda? I to też ci daje prawdopodobnie taki spokój. Nie dajesz się porwać emocjonalnie ani dobrym ani złym rzeczom.

IB: I to jest właściwie taka namacalna rzecz, którą mogę opowiedzieć, i która jest dla mnie takim realnym dowodem. To, że przez te 16 - 17 lat tej medytacji, ja mam w sobie dzisiaj zdecydowanie więcej takiego wewnętrznego spokoju, tego głębokiego spokoju niż miałam jak zaczynałam. I to się przejawia właśnie w przeróżnych sytuacjach w codziennym życiu, w pracy. Ja pracuję z turystami jako pilot wycieczek zagranicznych, głównie z Niemcami, którzy przyjeżdżają do Polski i to jest praca z ludźmi. Ludzie są różni i są bardzo fajni, są czasami nie fajni, czasami są trudni. To jest też praca taka w terenie, więc tam na przykład, nie wiem, czasami spóźnia się pociąg, gdzieś tam nie zdążymy, różne jakieś stresowe sytuacje. I ja dzisiaj nie powiem, że już mam w stu procentach ten spokój, że zawsze już jestem w ogóle, wiesz super hiper.

BHU: Że jesteś buddą po prostu. [śmiech] 

IB: Tak, i w ogóle. Bo to jest absolutnie nieprawda. Jeszcze tak samo mam sytuację kiedy się daję wyprowadzić z równowagi, sprowokować i bywam też roztrzęsiona ale jakoś tak dużo lepiej sobie radzę, może dużo rzadziej się to zdarza. Jak już się zdarzy, to już mnie tak nie rozwala jak kiedyś. I to jest dla mnie, tą najcenniejszą rzeczą, którą ja wnoszę z medytacji. Ja wiem, że ludzie dochodzą właśnie do czegoś takiego też przez inne sposoby, właśnie poprzez sport poprzez regularne uprawianie czegoś. Nie wiem, czy nawet ćwiczenie takiego spokoju. No ja osiągnęłam to dzięki medytacji i na tej ścieżce właśnie, na ścieżce Sri Chinmoya. 

BHU: No właśnie opowiedzmy głównych założeniach tej ścieżki duchowej, którą proponuje Sri Chinmoy. 

IB: Dobrze. To żeby to zrozumieć, to ja tak powiem parę słów kim był Sri Chinmoy i jak to się stało, że taka ścieżka powstała i dlaczego ona ma taką formę dzisiaj, skąd się to wzięło. On się urodził w 1931 roku we wschodnich Indiach. To wtedy było jeszcze pod panowaniem brytyjskim, a to jest dzisiejszy Bangladesz, bo potem to się tam politycznie wszystko jeszcze tam pozmieniało i miał bardzo szczęśliwe dzieciństwo. Ale jak miał tam jakieś osiem dziewięć lat, to jego rodzice zmarli tak dosyć krótko jedno po drugim. I wtedy on się z szóstką swojego starszego rodzeństwa, trzy starsze siostry i trzech starszych braci przeprowadzili to Ashramu Sri Aurobindo, na południu Indii. Sri Aurobindo to jest jedna z ważnych osób w kulturze, w tradycji współczesnych Indii. To był kiedyś rewolucjonista, który siedząc w więzieniu doznał głębokich doświadczeń duchowych i pod wpływem tych doświadczeń duchowych zrezygnował zupełnie z tych swoich zewnętrznych dążeń niepodległościowych czy właśnie takich partyzanckich rewolucjonistycznych, tylko oddał się totalnie takiemu życiu medytacji, życiu wewnętrznemu. Założył ten Ashram na południu Indii. Jego partnerką duchową, taką osobą, która mu w tym pomagała była pewna kobieta z Francji. To ma znaczenie, bo to była osoba, która wyrosła w kulturze europejskiej i ona zaprowadziła w tym Ashramie [...]. Ashram to jest coś takiego jak taka społeczność duchowa. W naszej europejskiej, chrześcijańskiej kulturze może czegoś takiego w takiej formie nie ma, bo u nas to powiedzmy jest raczej jakiś klasztor, jakiś zakon gdzie są albo mnisi albo mniszki. A Ashram to jest miejsce gdzie całe rodziny mogą przebywać. A też nie każdy kto chce, tylko ktoś kto jest gotowy na taką formę życia, żeby chcieć tak świadomie dążyć duchowo medytować, dostawać się takim duchowo silniejszym, lepszym człowiekiem, bo to wymaga samodyscypliny, wymaga takich aspiracji wewnętrznej. Sri Chinmoy ze swoim starszym rodzeństwem trafił właśnie w takie miejsce i jako dziecko i spędził tam kolejne 20 lat i pod okiem właśnie tego mistrza Sri Aurobindo i tej jego duchowej partnerki, o której się mówi matka. Matka z Ashramu Sri Aurobindo, to w internecie jest już w międzyczasie dosyć dużo informacji, historii na ten temat. Jakby uczył się i doskonalił swoje duchowe umiejętności. I teraz dlaczego ta francuska matka z tego Ashramu jest taka ważna. Ponieważ ona zaprowadziła taką europejską tradycję, taki europejski, że tak powiem WF dla tych dzieci. Więc on już od małego [...]. To było takie dosyć rewolucyjne jak na owe czasy, no bo w Indiach to raczej dziewczynki wszystkie od małego noszą już sali, czyli te długie takie jakieś szaty, chłopcy też raczej tam są ubierani i mężczyźni w jakieś takie ubrania zakrywające całe ciało. To były lata 40, 50. A ona te dzieci po prostu ubrała w szorty, w koszulki tak jak u nas i po prostu na boisko i tam grały w piłkę i skakały i to i tamto. No i uprawiały też lekkoatletykę. Także Sri Chinmoy jako dziecko od małego, jako młody człowiek szkolił się po prostu sportowo i okazało się, że był wybitnie uzdolniony. Tam przez wiele lat był najlepszy w sprincie na 100 metrów, na skok wzwyż, skoku w dal takie w decathlonie, w lekkoatletycznych dyscyplinach. Przez wiele lat przodował tym, ale on właśnie w takiej atmosferze wyrósł. Z jednej strony takie duchowe zacisze gdzie mieszkańcy tego Ashramu jakby byli totalnie chronieni przed taką codziennością tych Indii, więc oni po prostu żyli na takiej jakby wyspie gdzie nie mieli kontaktu z tymi [...].

BHU: W takiej izolacji trochę, tak?

IB: Można tak powiedzieć. W takiej troszkę socjalnej izolacji, bo nie mieli takiego bezpośredniego kontaktu z takim codziennym życiem, nie musieli pracować i nie musieli zarabiać jakoś tak, bo to wszystko jakby ten Ashram troszczył. Więc to jest taka pod tym względem jest to porównanie do klasztorów, bo taki ktoś kto ma jakieś takie duchowe aspiracje, nie wiem np. u nas w Polsce i poczuje, że chce zostać nie wiem księdzem czy powiedzmy mnichem, zakonnikiem to idzie do zakonu i tam nie musi się martwić o te materialne rzeczy tylko po prostu aspiruje duchowo. To jest bardzo pozytywne, że coś takiego jest, bo jednak taki, jeżeli ktoś musi o ten materialny byt tak się troszczyć to trudniej jest. Więc z jednej strony pod okiem Sri Aurobindo, tego mistrza Ashramu, Sri Chinmoy doskonalił swoje duchowe umiejętności, bo medytował tam kiedy miał 12, 13 lat to też miał po raz pierwszy takie dosyć głębokie, mistyczne doświadczenia, którego jakby też wprowadzały coraz mocniej w ten świat duchowości. My to wszystko wiemy bo on nam to opowiedział. I to są takie rzeczy, które troszkę trzeba brać na wiarę, bo to nie ma takich dowodów, nie można tego tak udowodnić, że to tak jest. My jako Jego uczniowie, to się tak, nie wiem, dla nas to jest naturalne, że to co on nam powiedział, to tak jest, bo z jakiegoś powodu to rezonuje z tym co ja czuję i jak ja to widzę i dla naszej takiej europejskiej, w naszej europejskiej kulturze to też sobie troszeczkę trudno wyobrazić co to znaczy relacja mistrz - uczeń na takim duchowym poziomie. My sobie możemy wyobrazić mistrz - uczeń jako tam jakiś czeladnik, ktoś kto tam się uczył kowalstwa czy coś, a tutaj tez jakby to samo, tylko na takim głębokim duchowym poziomie, nie? To jest coś czego my tak naprawdę w tej naszej europejskiej, chrześcijańskiej kulturze aż tak nie mamy. A w Indiach jest to naturalne. To, że jest jakiś guru. Guru tzn. Nauczyciel, że ktoś po prostu się zapisuje czy tam przystępuje do takiego Ashramu takiego guru i się po prostu duchowo doskonali. No jest to naturalne. U nas jeszcze nie, aczkolwiek coraz częściej na Zachodzie są takie różne filie, różnych takich można powiedzieć jakichś takich wschodnich społeczności, więc taka świadomość tego, że coś takiego istnieje też się rozszerza. I Sri Chinmoy, według jego słów, on był w sumie zupełnie szczęśliwy i spełniony tam i nie czuł żadnej jakby sam z siebie takiej ludzkiej, że tak powiem potrzeby i takich aspiracji żeby opuścić ten Ashram i mówił, że mógłby spokojnie tam żyć do końca życia. Ale teraz według jego słów, któregoś dnia, jak już miał tych lat ponad trzydzieści, dostał wewnętrzny przekaz, wewnętrzny nakaz, on to wręcz nazywał od Najwyższego. On używał albo słowa Bóg albo najwyższy, Supreme. Dla niego właśnie Bóg Najwyższy to było coś bardzo realnego. Nam mówił, że jak ktoś nie wierzy naszym poziomie powiedzmy takiego duchowego rozumienia to to jest cały czas coś bardzo teoretycznego ten Bóg, więc też nie ma obowiązku żeby to tak jakoś totalnie wierzyć. Dla niego było ważne żeby wierzyć w samego siebie. To było kluczowe. Ale mówił, że jak ktoś uwierzy w tego Boga to po prostu będzie mu łatwiej też ten duchowy postęp zrobić. Więc według jego słów, któregoś dnia dostał przekaz, taki nakaz od Boga od Najwyższego, żeby pojechać na zachód, do Stanów i pomóc osobom, które poszukują duchowo i po prostu nauczyć ich, pomóc im ponieważ on jest swego rodzaju specjalistą. Urodził się, wychował i nauczył się w tej hinduskiej tradycji duchowości.

BHU: Z jakiej tradycji on pochodzi indyjskiej? Buddyzm czy Hinduizmu?

IB: On sam z hinduizmu. Także on się urodził i wychował w rodzinie hinduistycznej, ale w Ashramie, tam gdzie on mieszkał, to były nie tylko osoby, które z hinduizmu pochodziły. I z rodzin chrześcijańskich... Większość pewnie była z Hinduistycznej. Ja to tego nawet tak dokładnie nie wiem, ale wiem, że nie tylko. Więc z tej tradycji pochodzi. To też troszeczkę wpłynęło powiedzmy na taką zewnętrzną formę jaką on temu nadał podczas takich jakby można powiedzieć zewnętrznych rytuałów.

BHU: Czyli tam w tym Ashramie też pomagała taka otwartość jeśli chodzi o to kim tak naprawdę jest Bóg czy też Najwyższy. Oni nie narzucali jakiejś jednej ścieżki, tylko jak tam było?

IB: Jak w tym Ashramie Shri Aurobindo było tego ja tak dokładnie nie wiem, bo tego nie śledziłem, ale myślę, że to co Sri Chinmoy stworzył na swojej ścieżce, to jest odbiciem tego co mogło być tam. Sri Chinmoy na swoją ścieżkę przyjmował osoby z najróżniejszych religii czy różnych kultur. Najwięcej oczywiście z kultury chrześcijańskiej, bo to jest na Zachodzie po prostu, ale też są osoby z jakichś tam muzułmańskich czy judaistycznych, z Japonii. Oni mają tak czy tych różnych buddyjskich tradycji i on mówił tak, że nie ma potrzeby rzucać tej swojej religii i nie ma potrzeby, że tak powiem rzucać swojej tradycji, stawać się teraz kimkolwiek innym, bo jego ścieżka nie jest nową religią. Nawet wręcz był niezadowolony jak ktoś rzucał rodzinę i wszystko się, że tak powiem totalnie tylko tym zajmował, bo mówił, że to nie jest żadna nowa religia. On to nazywał spiritual path, czyli ścieżka duchowa. Coś co ma pomóc Ci zrozumieć kim ty sam jesteś, a nie zakładać jakąś tutaj nową religię.

BHU: Czy ktoś był zwolennikiem drogi środka. W sensie, nie był zwolennikiem ekstremów w żadną stronę.

IB: Żadnych ekstremów. Tak, dobra to to tylko tak, jak to się stało. Więc on przyjechał do tych Stanów w 64 roku, miał wtedy lat tam 30 parę. I jakby zgodnie z tym przesłaniem wewnętrznym, które dostał to mówię to są cały czas jego słowa to co on nam opowiadał, zaczął dzielić się tym, opowiadać, dawać jakieś wykłady. Na początku oczywiście to nie było takie proste bo musiał na tym zachodzie normalnie jakoś przeżyć więc dostał jakąś pracę w konsulacie indyjskim i tam pracował jako taki, no pisał na maszynie jakieś różne rzeczy, więc taką miał na początku pracę zupełnie taką trywialną. Ale później tak było coraz więcej czasu i bardziej był taki ugruntowany materialnie, tym bardziej poświęcał się właśnie działalności takiej duchowej można powiedzieć. Zaczynał od wykładów na uniwersytetach ale też z wykładu o medytacji. I tak pomału, pomału się po prostu zbierali ludzie wokół niego, którzy dążyli duchowo, mieli w sobie jakiś taki wewnętrzny duchowy, nie wiem, głód jakiś taki poszukiwanie jaki zew, coś rezygnował w nich z tym co mówił w ten sposób zaczęły się te centra takie medytacji rozwijać. Pierwsze to chyba było jeszcze w 68 roku bodajże na Puerto Rico, potem w latach siedemdziesiątych może jeszcze wcześniej w tych latach sześćdziesiątych jeszcze gdzieś tam w okolicy Nowego Jorku. No i przez te wszystkie lata to się tak po prostu rozwinęło. Najpierw to były Stany, Kanada potem Europa Zachodnia i po 89, po 90 roku też Europa Wschodnia więc do Polski to dotarło pewnie gdzieś tam w latach 90. Ja znalazłam to z 2002 roku. I teraz wracając do tego jak dlaczego ten sport. Jego pierwszym celem było, jakby taką ideą przyświecają jego całej działalności. Nauczyć ludzi pomóc im w medytacji i pomóc rozwijać się duchowo. On też przez pierwsze parę lat to się tak naprawdę uczył. On opowiadał, że pierwszy raz przyjechał. Wyobraź sobie z tej wioski, takej spokojnej gdzieś na południu Indii do Nowego Jorku. Lata 60, dzieci kwiaty i hippisi, te narkotyki, to wszystko. Więc on był najpierw zupełnie oszołomiony musiał się w ogóle ogarnąć gdzie on jest, co on tutaj robi, jak w ogóle to wszystko ogarnąć. I to też ileś lat trwało, więc ta ścieżka się informowała tak naprawdę wiele lat zanim tą obecną formę przyjęła. Więc on też się uczył na własnych błędach.

BHU: No tak, on musiał zrozumieć ten świat zachodni.

IB: Musiał zrozumieć ten świat zachodni, dokładnie. Ale koniec z końcem to co on stworzył, to stworzył coś niezwykłego, bo jakby wziął to co najlepsze ze wschodu, z tym co najlepsze z Zachodu i połączył to i stworzył z tego właśnie taką niezwykłą ścieżkę. To co najlepsze ze wschodu to jest taka właśnie ta głęboka czysta duchowość, oczyszczona z wszelkich jakichś takich zabobonów, jakichś takich tych przekonań kastowych i różnych takich jak tam w Indiach niestety do dzisiaj panują, bo Indie to wiadomo mają z jednej strony kraj którym wiem, że to jest duchowo chyba najbardziej rozwinięty kraj, z drugiej strony ma wiele jeszcze ciemnych takich stron to społeczeństwo, a z drugiej strony z Zachodu dynamizm. Ten niezwykły dynamizm, ta chęć takiego rozwoju też na zewnętrznym, na tym materialnym poziomie ale oczyszczona z agresji z jakichś takich niepotrzebnych rzeczy, które nie są jakoś pozytywne duchowe i tylko przeszkadzają. I on wziął właśnie tą taką czystość duchową z tym czystym dynamizmem i to połączył. I żeby pomóc tym swoim uczniom, tym różnym ludziom, którzy przychodzili do niego po poradę na dłuższy, na krótszy okres czasu, którzy uznali, że to jest świetny nauczyciel i od niego można się tej medytacji uczyć. Dla tych ludzi, dla tych swoich uczniów stworzył pewne konkretne narzędzia rozwoju i to jest wszelako pojęta taka kreatywna działalność. Więc po pierwsze muzyka on skomponował, grał na [...]. Jakikolwiek instrument wziął do ręki to po prostu brał i uczył się i grał. I na wschodnich instrumentach i na zachodnich. Od jakichś 80 lat zaczął dawać koncerty w Stanach i w Europie. W Polsce też nawet dwa razy takie koncerty były gdzie dziś godzinę czy półtorej godziny grał tam powiedzmy na 10 20 30 instrumentach. Nie był jakimś tam wirtuozem, to nie jest jakiś taki nie wiem Yehudi Menuhin czy coś, ale po prostu grał takie niezwykłe takie medytacje, motoryczne melodie, które jak ktoś był na to otwarty to bardzo wprowadzały w taki trans. Po drugie sztuka od lat 70 malował bardzo dużo. On stworzył tak zwaną, ta jego sztuka, on to nazywał Dżarna Kala - Sztuka Źródła. To są takie różne bardzo kolorowe kompozycje, nie przedstawiające niczego szczególnego. Bardziej takie jakieś różne kolory, różne kształty jakby plamy, jakieś tam różne takie jak tym pędzlem tam mu się, że tak powiem namalowało, ale on tworzył tego bardzo dużo. Też będąc w takim stanie medytacyjnym pokazywał jak bardzo człowiek może być twórczy i jak różne rzeczy może tworzyć. Jak kiedy wyłączy się ten umysł, kiedy włączy się tą siłę duchową. Kolejną taką rzeczą jest sport i jakikolwiek sport tak naprawdę pomaga. Jest okazuje się świetnym narzędziem do tego żeby pomóc się duchowo rozwijać. Natomiast, więc on grał w tenisa, pływał i jeździł na rowerze, ale jak w którymś momencie on zaczął mieć tych uczniów naprawdę dużą setki, a nawet tysiące i spotykał się z nimi regularnie i w Stanach i w Europie i przyjeżdżał np. tam paręset osób i żeby razem coś zrobić, właśnie żeby praktyce wykorzystać to czego on uczy no to okazuje się że bieganie jest po prostu najprostsze. Bo do tego potrzebujesz tylko jakiejś buty do biegania [...].

BHU: Buty do biegania i stadion.

IB: Nawet nie stadion, jaki tam stadion. Wystarczy gdzieś kawałek, nie wiem, ulicy coś cokolwiek. I dlatego to bieganie stało się takim najważniejszym, takim symbolem niemal tej naszej ścieżki. Ale to mówię dlatego, że po prostu jest to najprostsze, ale to nie oznacza, że tylko przez bieganie można zrobić postęp duchowy. Jakikolwiek sport jak się regularnie uprawia. Jak się też temu człowiek poświęci to też jest to świetne narzędzie.

BHU: No właśnie. Bo tak naprawdę chodzi o to żeby się czemuś oddać, prawda?.

IB: Tak jest, żeby się oddać. Ale jeszcze w tym wszystkim jest bardzo ważne pojęcie które on jakby wypromował. Użyję tego słowa. On to nazywał self-transcendence. Czyli samo transcendencja, samo przekraczanie. I to jest coś bardzo naturalnego dla każdego z nas, nie? Dla każdego człowieka, bo każdy ma w sobie jakieś takie coś co go tak pcha do przodu żeby coś tam zrobił, nie wiem, coś więcej, coś nowego. Dlaczego dzisiaj ludzie biegają? Dlaczego ty biegasz? Jesteś w stanie powiedzieć?

BHU: Dlaczego biegam? Dobre pytanie. Myślę, że biegam dlatego, że to mnie wzbogaca. To regularność treningów po prostu bardzo dobrze ustawia mi dzień. A w związku z tym całe życie i ja uwielbiam zacząć dzień od treningu bo ja się czuję po prostu z tym dobrze. Automatycznie czuję że mój dzień ma sens, bo zrobiłem coś dla swojego ciała i dla swojego ducha. Wstałem, zmobilizowałem się, poszedłem na trening. Nie zawsze się chce i to jest niezwykle cenne. Poza tym, to co zauważyłem to, że bieganie daje ci pewien podstawowy poziom wytrenowania fizycznego, który możesz potem wykorzystać do dowolnej innej aktywności jaką sobie tylko wymarzysz. I to nie musi być bieganie, to mogą być inne rzeczy i to też jest wspaniałe. Wiesz dla faceta w moim wieku 47 lat. Wiesz nie jestem otyły, nie mam problemu z cukrzycą i mogę robić naprawdę bardzo dużo rzeczy fizycznie i to jest wspaniałe.

IB: Dzięki temu jesteś szczęśliwym człowiekiem.

BHU: Tak myślę, że spokojnie mogę powiedzieć że jestem szczęśliwym człowiekiem. Nawet ostatnio z córką o tym rozmawiałem, że córeczko, bo oczywiście moja córka mówi, że ona nie chce dożyć do trzydziestki, ja mówię "słuchaj ja mogę umrzeć chociaż dzisiaj, jestem szczęśliwy nie mam z tym żadnego problemu".

IB: A ile twoja córka ma lat? 

BHU: 13.

IB: No tak. W tym wieku... 

BHU: W tym wieku to tak się chce.

IB: I to jest właśnie to co nam Sri Chinmoy uświadomił, że tak naprawdę to o czym każdy człowiek marzy, do czego dąży, do tego właśnie uczucia szczęścia. Każdy chce po prostu doświadczać tego szczęścia i takiego zadowolenia, jakiejś takiej satysfakcji. I to jest to co nas pcha do przodu i to jest naturalne w każdym człowieku i taka potrzeba przekraczania tego, jakby, dobra zrobiłeś coś, poczułeś się szczęśliwy ale okazuje się, że to nie wystarcza, że nie masz tej takiej szczęśliwości już raz a dobrze do końca życia, bo to jakiś czas trwa, ale potem zmienia się i znowuż to powoduje, że znowu zaczynasz coś robić, zaczynasz podejmujesz już jakieś kroki, znowu wychodzisz na dwór, zakładasz buty, wychodzisz, biegasz, nie? I to jest takie pojęcie, które on właśnie nam mówił self transcendence - samo przekraczanie się i tak naprawdę ludzie to robią od małego. Małe dziecko jak się uczy chodzić. No to zobacz, przecież przewali się raz, wstanie, przywali się drugi raz, wiesz popłacze się może, ale wiesz, wstanie, otrzepie się, idzie dalej, nie? My w dorosłym życiu robimy dokładnie to samo. Mniej lub bardziej świadomie. Natomiast tacy biegacze, ultra biegacze, uczniowie Sri Chinmoya, którzy biegają naprawdę już takie bardzo długie dystanse. Oni to robią mega świadomie. Można to powiedzieć, że to co nimi powoduje, to jest właśnie bardzo głęboka chęć samo przekraczania się. To jest to co też Pawłem kieruje. Dlaczego on nie poprzestał na tym tysiącu mil, nie?

BHU: Co już i tak jest...

IB: Co już i tak jest! Daj ty spokój! [śmiech]. 

BHU: 16 dni biegania. Właśnie to co też ci biegacze mówią w filmie "3100 biegaj i stań się". Może powiemy jeszcze słówko o tym filmie, ale oni mówią, że oni też dopiero po którymś dniu biegnięcia a zaczynają wchodzić w taką fazę, że odcinają się tak naprawdę od tej całej fizyczności tego aktu i zostaje już tylko duch. W sensie takich dystansów się nie biega ciałem tylko i wyłącznie, nie jest to możliwe w ogóle. Więc w pewnym momencie trzeba jakby odrzeć się z tej całej fizyczności, cielesności i biec po prostu duchem.

IB: Ja bym nie powiedziała żeby się odrzeć. Po prostu trzeba być cały czas bardzo mocno w tej fizyczności i cielesności, ale trzeba jakby wyjść poza nią. Tak jak nie wiem, drzewo ma te korzenie, cały czas masz te korzenie, ale wychodzisz w górę masz te gałęzie coś takiego. Więc to musi być bardzo ściśle ze sobą połączone. Może jeszcze, bo też tak troszkę pisałam jak w ogóle doszło do tego że takie 3100 powstało.

BHU: Właśnie.

IB: Bo to wiesz 3100 mil, to się tak mówi 3100 mil, tu teraz 5 tysięcy kilometrów, nie? Wiesz, ta edycja jest teraz pierwszy raz tutaj.

BHU: W Atenach.

IB: Teraz ludzie biegną, Paweł, prawda? Ale to się już tak mówi "aha bo tamte te 1000 mil, teraz te 5000 km" i to się już robi [...]. Z jednej strony my tego w ogóle nie podejmujemy, ja tego nie pojmuję tak naprawdę, ja to tak teoretycznie wiem, ale żeby to tak ogarnąć, ale w ogóle jak do tego doszło. Więc mi ludzie, starsi uczniowie, którzy czytają na tej ścieżce od lat siedemdziesiątych opowiadali właśnie, że to było tak, że na początku lat siedemdziesiątych ten nasz guru Sri Chinmoy, to jeszcze tego biegania takiego dużego nie było tam raz na rok mieli tak zwany jakiś tam Sport Day, jakiś taki dzień WFu można sobie to wyobrazić, że tam pół dnia czy tam cały dzień spędzali gdzieś na boisku i tam biegali sto metrów, dwieście metrów, skok w dal, skok w wzwyż. Znaczy takie rzeczy jak on robił w Ashramie jako dziecko, jako młody człowiek. Ale potem w ciągu tych lat siedemdziesiątych, to bieganie zaczęło być coraz jakby bardziej, nie wiem, świadomość nie tylko ludzi medytujących, ale też jakichś zwykłych ludzi się zmieniała i coraz więcej ludzi biegało. Przecież te całe maratony to zaczęły się w latach siedemdziesiątych już też w tych Stanach. I Sri Chinmoy w którymś momencie po prostu pojął czy zaczął używać tego jako takiego silnego narzędzia właśnie do pomocy, żeby pomóc się rozwijać duchowo. I teraz w jakiś sprytny sposób on to zrobił, bo gdyby on wtedy, w tych latach siedemdziesiątych, tym swoim uczniom powiedział "słuchaj wyjdź i przebiegnij 3100", to przecież oni by uciekli od niego. Pomyśleli by, że on jest niespełna rozumu i w ogóle. Więc on to robił tak, mówi "to jutro się spotykamy tam o godzinie szóstej czy siódmej, gdzieś tam na boisku". Wtedy jeszcze to opowiadali, że to było jakieś żużlowe boiska w ogóle jest takie historie, że wiesz nie było tej takiej nowoczesnej nawierzchni jak dzisiaj, tylko jakiś taki czarny żużel czy coś. Więc oni tam przychodzili i on mówił "dobra to tutaj jest linia startowa i proszę bardzo biegniemy 100 metrów". No to to jest coś co umysł ogarnia ok, dawaj i biegniemy. Okej. Za jakiś czas tam za tydzień, dwa, czy tam następnym razem, to dwieście metrów, no to 400 metrów, w którymś momencie było, że mila, bo tam w tych Stanach to wiesz mila. I ja pamiętam taki człowiek taki Walijczyk to opowiadał, w tej chwili to już jest taki starszy pan, teraz on ma koło 70 tki no ale wtedy miał te 20 - 30 lat.

Otyły lekko i on mówi, że on był przerażony, że ma przebiec mile i myślał, że w ogóle co to wiesz [...]. On swoje po prostu wrażenia opowiadał, że no dobra 100 metrów to tego, ale milę?! To wiesz, to on już chciał stamtąd uciec, no ale to jakoś tak wszyscy stoją i patrzą się. No to wiadomo, nie będzie uciekał tam, po prostu dobra, co ma być to będzie, i się rzucił, tam przebiegł ileś tam tego, mówi, że najwyżej umrze, nie? Wiesz, dobra przebiegł tą milę. Za jakiś czas się okazało że to będzie 2 milę, potem nie wiem, 3 mile, potem 5 kilometrów i tak stopniowo, stopniowo, stopniowo jakby zwiększał ten dystans, tym swoim wiesz, uczniom. Miał wtedy bardzo dużo takich dwudziesto paro letnich chłopaków i dziewczyn.

BHU: Z jednej strony zwiększał dystans, z drugiej strony zwiększał świadomość tych ludzi do czego oni są zdolni, prawda?

IB: Dokładnie. I teraz konkretne daty. W 1977 roku. On oficjalnie założył tą organizację Sri Chinmoy Maraton Team, czyli Drużyna maratonu Sri Chinmoya, którą założył po to żeby też pomagać organizować dla samych siebie biegi, ale też dla innych ludzi. Już wtedy działał ten taki New York Road Runners, Czyli jakiś taki klub biegaczy ulicznych Nowego Jorku. Więc dla nich też organizowali jakieś takie biegi. Od samego początku bardzo ustanawiał wysoki standard tej organizacji, czyli żeby mierzyć między czasy na przykład, żeby była zawsze woda, jakieś tam izotoniki i jakieś takie rzeczy, które fizycznie podtrzymują tych biegaczy. Na początku to były właśnie takie dystanse mila, dwie mile, taki park run, coś takiego. No i takim milowym, dużym skokiem to był rok 85. Kiedy na wiosnę pierwszy raz zorganizował bieg na 1000 mil. To był 85 rok. Ileś tam tych ludzi stanęło na starcie. To byli głównie jego uczniowie, no może jedna czy dwie z takich zewnętrznych ludzi, których to przyciągnęło. I tego samego roku, jesienią zorganizował bieg 5 dniowy. To był początek. Trwało to przez trzy lata, że przez trzy lata tam biegali, te 1000 mil a potem jesienią te pięć dni czy tam jakoś tak. I później, po trzech latach w 88 roku, zrobił takie coś, że nie tylko tysiąc, ale 700 mil, 1000 mil i 1300 mil. Więc jakby dużo więcej ludzi stanęło na starcie [...].
 

BHU: No właśnie, masz jakieś dane ile osób stanęło, ile osób ukończyło?

IB: Wiesz co, są takie dane, ja w tej chwili tego nie wiem. To były jakieś takie pojedyncze osoby, jakieś tam trzy, pięć w tym 88 roku też te 5 dni zostały wydłużone na 7 dni i potem te 7 dni i te 700, 1000, 1300 to trwało 8 lat do 95 roku. Mam zapisane, że w 91 roku na starcie tych 700, 1000, 1300 było 60 uczestników. I potem w roku 1996 nie było już 700, 1000, 1300 tylko 2700 mil. A zamiast 7 dni, 10 dni. To był 96 rok. Ktoś kto tam ukończył... Wiesz, ludzie to po prostu ukończyli. Wiesz dali radę najpierw z tym tysiącem mil, potem 1300, te 5 dni, te 7. Wiesz, dali radę, to on już potem nie czekał w tym 2700 na kolejne ileś tam lat, tylko na zakończenie ceremonii zakończenia obwieścił w przyszłym roku będzie 3100. Pierwsza edycja była w 1997 roku tego 3100. No i w tym roku będzie już dwudziesta czwarta. Tak sobie można wyobrazić jak on zbudował ten wehikuł.

BHU: A powiedz mi, ty dołączyła kiedyś do któregoś z biegów nowojorskich?

IB: Nie ja najwięcej to mi się udało maraton, że tak powiem ukończyć. To jest właśnie też ciekawe, że większość z tych uczniów Sri Chinmoya mówi to nawet z tych takich, ci wybitni biegacze mówią, że prawdopodobnie gdyby nie on, to oni by w życiu nie założyli żadnych jakichś tenisówek, żadnych jakichś takich trampków, w ogóle nie przyszłoby im do głowy żeby coś takiego robić, bo to było po prostu tak od czapy. Oni to robili, no bo po prostu byli na tej jego ścieżce i on jestem nauczycielem, więc robią to co on mówi. I ja też właściwie zaczęłam biegać. Jak znalazłam, jak zaczęłam medytować, okazało się, że wszyscy biegają, to ja też założyłam Adidasy, zaczęłam biegać. No i tak to bieganie, to tak... Ale oprócz tych biegów właśnie takich maraton czy 47 mil, czy tam te 1000 tysiąc mil, czy coś, też raz w roku w Nowym Jorku organizujemy, tam jest organizowany chód na 12 godzin. To też się nazywa self-transcendence. I to jest coś w czym ja się z kolei dobrze czuję, bo chodzić to mogę 12 godzin, od siódmej do siódmej, albo od siódmej rano do siódmej wieczorem, albo od siódmej wieczorem do siódmej rano. To zależy jakim się tam uda to zorganizować. No i to jest taka namiastka tak naprawdę, ja to dzięki temu troszeczkę jestem sobie w stanie wyobrazić co ci wszyscy ultrasi przeżywają, bo jak chodzisz tak powiedzmy te już 5, 6, 7 godzin, to wchodzisz właśnie w taki stan. Wszystko już boli, już wszystko, wiesz krzyczy w Tobie, że już masz iść spać i że po prostu już tego, ale chodzisz, nie?

BHU: Ale wzięłaś udział w tych zawodach jako support, tak? Niektórych biegaczy.

IB: W 3100, tak brałam udział jako helper. Oni to nazywają.

BHU: Jak Twoje doświadczenia z tego biegu, z obserwacji innych biegaczy?

IB: No to muszę powiedzieć, że dla mnie to było jedno z takich silniejszych doświadczeń odkąd medytuję, bo byłam cały miesiąc, pomagałem jednej austriackiej znajomej, która biegła wtedy, w 2017 roku. Zaczęło się to w połowie czerwca i kończy się tam gdzieś w pierwszym tygodniu sierpnia. Ja cztery tygodnie z nią spędziłam. Miałam, że tak powiem ranną wachtę, bo oprócz mnie była jeszcze druga osoba, która tam jej pomagała. Moim zadaniem było ją o piątej rano budzić. Ja musiałam wstawać o czwartej, przygotować tam jej śniadanie, takie różne. O piątej ją obudzić, doprowadzić do tego żeby wstała, ubrała się i poszła na start. I miałam tą swoją wachtę, tak powiedzmy, do jakiejś trzeciej, czwartej po południu i wtedy przychodziła moja zmiana a ja po prostu bez życia, że tak powiem padałam i odsypiałam. Bo to było naprawdę bardzo fizycznie po prostu, to było tak ale i psychicznie, to było tak wymagające, wymagało takiego skupienia i takiego też poświęcenia.

BHU: No właśnie może powiedzmy teraz w jakim trybie oni biegną to 3100 mil. Czyli codziennie rano startują o szóstej, tak?

IB: To jest właśnie też ciekawe w tym 3100 i to jest o tyle trudniejsze od tego co Paweł teraz biegnie, bo to 5 tysięcy, oni mają tam chyba 60 dni czasu i mogą sobie biec w ciągu doby kiedy im się tam podoba. Sri Chinmoy ustanowił, że to 3100, te poprzednie wersje pewnie też jeszcze tak były, ale to 3100 biec mogą od szóstej rano do północy. Ile w tym czasie przerw sobie zrobią, ile będą razy odpoczywać, to już jest w ich gestii. Natomiast, że tak powiem o północy organizatorzy, gwizdek, zbierają i po prostu nawet jakby chcieli, przeważnie już nie są w stanie oczywiście, ale nawet jakby chcieli, to nie nie mogą. Muszą zejść.

BHU: A mają jakiś limit dzienny do przebiegnięcia? 

IB: Mają 52 dni czasu żeby ukończyć to 3100 mil. To jest prawie 60 mil dziennie czyli około 90 z hakiem kilometrów. No to prawie 100 kilometrów muszą dziennie przebiec i mogą to przebiec od szóstej rano do północy w okresie od 16 czerwca, czy tam od połowy czerwca do początku sierpnia. Wtedy kiedy jest to najgorętsze lato. W Nowym Jorku jest dosyć ostry klimat i to jest miasto tak naprawdę na wysokości Rzymu, więc tam potrafi być, może nie jest aż tak gorąca jak w Rzymie, bo tam jest ten wpływ oceanu bardzo silny.

BHU: Jest też pomiędzy dwiema rzekami, które ładne chłodzą to miasto.

IB: Natomiast, jak są upały i jak jest wilgotność to potrafi np. być 35, 36 stopni i wilgotność powietrza 70 proc. na przykład. I oni wtedy biegną. Wyobraź sobie, że biegną. To zazwyczaj to jest tak, że to nie jest na samym początku w czerwcu takie coś to się zdarza tam bardziej już lipiec sierpień i oni zazwyczaj są już wtedy przygotowani do tego, więc wytrzymują. To jest w ogóle nie do pojęcia po prostu, normalny człowiek wtedy w takich momentach to prawie nikogo nie ma na ulicy. Ludzie po prostu, normalni ludzie, którzy nie biegają nic, chowają się w cień, do jakichś klimatyzowanych pomieszczeń, a oni biegną. Jak to zobaczysz na żywo, że tak powiem, jesteś tam na miejscu i poczujesz ten gorąc. Ja dosyć dobrze znoszę upały muszę powiedzieć, więc ja to jakoś tak powiedzmy, no ale nawet dla mnie to po prostu siedzisz w cieniu i palca nie chcesz wysunąć. Już nie mówiąc o tym żeby jakiś krok tam zrobić. I Ty patrzysz na nich, a oni nie dość, że nie siedzą, nie siadają i nie kładą się, tylko idą albo biegną. Więc to jest chyba najlepszym takim dowodem tego czego się po prostu nie da pojąć.

BHU: Od oddania też dla celu jakiego się podjęli, prawda? A podjęli się przebiegnięcia jednak tych kilometrów.

IB: Tak, ale wiesz co, ale to jest, sam człowiek z siebie to w takiej normalnej świadomości to on w życiu nie jest w stanie czegoś takiego sam zrobić. On jest tylko w stanie zrobić przy pomocy jakiejś wyższej siły, bo inaczej to dawno by padł, po prostu padłby trupem w tym upale. Do tego dochodzi jeszcze, że to jest beton, oni biegną po betonie. Ja mam porównanie, bo ten chód 12 godzinny to tam czasami był właśnie na betonie organizowany czasami na asfalcie. Jest różnica. To się wydaje, że asfalt jest, ale to jest różnica po dziesięciu, po ośmiu, po sześciu godzinach czujesz po prostu ten twardy beton, a oni 52 dni, po prostu, dzień w dzień sto kilometrów wiesz po betonie. Z czym oni się tam mierzą tak zewnętrznie. Ta moja koleżanka w której pomagałam, miała straszne bąble i odciski. Niestety nie ukończyła tego, czy się tam te 52 dni zdołała przebiec jakoś tam dwa tysiące siedemset mil jakoś tak, to i tak w ogóle jest liczba, która poraża, no ale nie dała rady z tego powodu, że zbyt dużo czasu dziennie traciliśmy na zmianę tych opatrunków i to opatrywanie, purchle jak się pojawiły w ciągu pierwszych dni, może w pierwszym tygodniu to właściwie wędrowały. Coś już się wydawało, że się wyleczyły i to się pojawiały gdzieś z innej strony.

BHU: A czy ma małe doświadczenie już na innych dystansach takich dłuższych?

IB: Tak, to był jej drugi czy nawet trzeci start. Ona raz te 3100 ukończyła. I fizycznie była na tyle dobrze przygotowana, że była w stanie to też ukończyć, no ale tę bąble jej nie dały. Co tam się jeszcze takiego dzieje? Wtedy jak ja jej pomagam w 2017 roku właściwie to było takie jedno, takie naprawdę wydarzenie coś co nawet organizatorzy tego biegu mówią, że coś niezwykle po prostu niezwykle silna przeszkoda, mianowicie grasował w okolicy jakiś wirus, jakiejś tam grypy żołądkowej i czy coś takiego i paru tych biegaczy złapało to, także musieli się tam na 2, 3 dni położyć. Odwodnili się tak równo, że pod kroplówkę, ale tych osób, które właśnie tam biegło chyba z dziesięć osób to pięć chyba czy sześć to dorwało, to trzy czy cztery mimo wszystko zdążyły nadrobić to, i wiesz, to było to, że tam na dzień czy dwa się położyli pod tą kroplówkę, ale potem jakoś to przeszło, jakieś antybiotyki, no przeróżne cuda na kiju i ukończyli.

BHU: No, na pewno miałaś okazję rozmawiać z tymi biegaczem czy oni generalnie są rozmowy czy raczej skupiają się na sobie i [...].

IB: To wszystko zależy od pory dnia, od chwili. Nidruvi, ta moja koleżanka, której pomagałem, to jest raczej dosyć towarzyska i rozmowna osoba, więc z nią jak najbardziej można się było rozmawiać. Ona też bardzo cierpiała tak naprawdę. Więc to po prostu ona musiała się zawsze jakoś wywalić, tą frustrację całą tym po prostu. Wyobraź sobie, mimo tych purchli, słuchaj, mimo tych odcisków, opatrunki po prostu takie, tej grubości. Wiesz, ból, a mimo to ona biegnie, nie poddała się. Po prostu mimo to nie dawała rady te 100 kilometrów dziennie, tam nie wiem z 80, 90, czasami 70, ale nie było dnia żeby odpuściła. Jeden dzień tam właśnie odpuściła jak ją też ta grypa żołądkowa dorwała, ale potem też mogła w sumie powiedzieć, że dobra już tu dotąd dobiegłam, mi starczy. Purchle jak były tak są, płakała, cierpiała. Dla mnie to najgorsze było budzenie jej rano, bo ona się budziła już z takim płaczem, z takim wiesz, człowiek jak jest w takim stanie ducha, że o nie, ja już nie chcę, nie po prostu daj mi spokój. A ja wiem, że ja nie mogę jej z tym zostawić, bo to nie jest jej głos rozsądku. Ja jestem po to tutaj tym supportem żeby ja ją po prostu, trochę tak jak takie rozkapryszone dziecko co wstało lewą nogą masz po prostu wyprawić do szkoły, tak to wyglądało. Mnie to też bardzo nauczyło muszę powiedzieć, że to było tak trudne. Po prostu ja już miałam tak tego dość, już nie wiedziałam co ja mam wymyślać, już jakieś takie, mówię "dobra nie musisz biec, słuchaj, wiadomo jesteś już, po prostu wszystko cię boli, już doszło do kresu swoich wytrzymałości i masz już te nogi w ogóle do wymiany, także nie biec, ale pójdziesz tylko na start, tylko pójdziesz na start i powiesz tym dyrektorom, że ty dzisiaj nie biegniesz". I to był zawsze ten trick, który ja musiałam ją wiesz, żeby doprowadzić ją na ten start. Jak już była na tym starcie, to coś tam wiesz, inną atmosferę to świeże powietrze, już ci inni ludzie, ci inni biegacze, już jakaś tam ambicja, że ona tutaj. Bo ona mi potem mówiła, że tak mówi "dobra zrobię to jedno, dwa kółka i powiem tym dyrektorom, nie ja już koniec, już nie tego", nie? Ale no dobra, zrobiła jedno dwa kółka i taki jakiś no nie mogę im tego powiedzieć, dobra to jeszcze i tak idzie i czeka, aż padnie, nie? Aż po prostu się przewróci, straci przytomność. Wiesz, że ci dyrektorzy zobaczą sami i po prostu podziękują jej, powiedzą dobra, już możesz sobie... No i nic się takiego nie działo. No i dzień w dzień, po prostu się nic takiego nie działo.

BHU: Ale dobrze, że dzień w dzień ten sam numer ci się udawał. W jakich okolicznościach spotkałaś się Pawła Żuka?

IB: To bardzo ciekawe. Chyba w 2018 roku, biegł 10 dni właśnie w Nowym Jorku organizowany przez Sri Chinmoy Maraton Team. Te 10 dni to jest właśnie pochodna tego co było tam na początku kiedyś 5 dni potem było 7 dni potem 10 dni, a od tego od 98 roku chyba, do dziesięciu dni dodano 6 dni także, jednocześnie jest bieg 10 i 6 dniowy ten 6 dniowy zaczyna się 4 dni później, także ci sześciodniowi biegacze dołączają. I on wziął udział w 10 dniowym. I to się zaczęło jakoś tak jak w tym czasie byłam w Nowym Jorku. Ten pierwszy dzień kiedy się bieg zaczął widzę, że na liście jest jakiś Polak. No to idę tam żeby się z ziomalem tutaj wiesz zapoznać, przywitać i okazało się, że mieszkasz w Warszawie? No mieszkam w Warszawie. No tak, super, a gdzie? No tam Tarchominie gdzieś tam. No gdzie na Tarchominie? No tam pętla Nowodwory. No nie, po prostu jesteśmy sąsiadami dosłownie przez ulicę.

BHU: I nic o sobie nie wiedzieliście, dobre. A powiedz, Paweł miał kiedyś do czynienia z medytacją Sri Chinmoya?

IB: Powiem szczerze, że tak do końca nie wiem, ale wydaje mi się, że nie, że on też właściwie o tym Sri Chinmoy Maraton Team to się mógł dowiedzieć w Czechach, bo w Czechach jest dosyć silna grupa uczniów Sri Chinmoya, którzy organizują też jako Sri Chinmoy Maraton Team 24 i 48 godzinne biegi. I on tam w tym brał udział jakoś tak ze 3 - 4 lata temu i tam pierwszy raz chyba się z tym zetknął. Paru takich tam już biegaczy było na tym 10 dniowym biegu w Nowym Jorku, którzy właśnie gdzieś tam się dowiedzieli a to w Europie, a to gdzieś tam w Australii, w Nowej Zelandii trafili właśnie na takie 12, 24, 48 godzinne organizowane przez Sri Chinmoy Maraton Team. I takim się organizacja, cała obsługa, cały support, takim się spodobał, że zapragnęli i postanowili przebiec też 10 dni czy 6 dni w Nowym Jorku. I myślę, że Paweł na taki podobny sposób trafił.

BHU: A te zawody w Atenach nie są w żaden sposób skoligacone ze Sri Chinmoy Maraton Team?

IB: Nie tyle co wiem, nie. To są jakieś osoby, które nie medytują przynajmniej na ścieżce Sri Chinmoya.

BHU: Natomiast pewnie ten dystans powstał pod wpływem inspiracji 3100. Jak myślisz? 

IB: Myślę, że tak. Mam uczucie, że to takie dziecko jest tego 3100. Natomiast to trzeba tego organizatora zapytać, to by było super ciekawe jak on na to wpadł. Ale myślę, że tak, bo skoro ci biegacze, oni śledzą co się dzieje na świecie, jakie są możliwości na świecie, a to 3100 to tam już ileś tych lat, w tych Stanach się odbywa. To jest takie niezwykłe to, że to jest ten certyfikowany bieg, nie?

BHU: Ten w Nowym Jorku?

IB: Tak, to jest najdłuższy, certyfikowany, gdzie masz po prostu oficjalne tutaj zostajesz przyjęty, stajesz na starcie, twój kilometraż jest cały ten ileś tych mil dziennie przebiegasz jest liczone tak, że to jest po prostu wszystko bardzo dokładnie obsługiwane. Ale tak naprawdę to takich biegów od jakiegoś punktu A do B to są ludzie, którzy biegają dłuższe od pewnie wielu lat, nie? Paweł coś opowiadał, że jest z Moskwy do Barcelony czy do Lizbony. To oczywiście coś takiego to jest o wiele trudniej zorganizować podejrzewam niż 3100, no bo 3100 to jesteś na pętli. 

BHU: A właśnie. Na tym tym filmie, który dałaś mi do obejrzenia, kampery stoją, w których ci biegacze śpią. Wszyscy rzeczywiście śpią w tych kamperach?

IB: Oni nie śpią tam w nocy tylko odpoczywają w ciągu dnia.

BHU: Ok, a gdzie śpią?

IB: Gdzieś tam mają kwatery w pobliżu, gdzieś niedaleko. Jeżeli są gdzieś dalej, to ich po prostu samochód dowodzi. Jak bliżej to albo, nie raczej chyba nikt z nich na piechotę nie idzie na start. Raczej tam 2, 3 zawsze widziałam na rowerze dojeżdżają sobie.

BHU: W każdym razie kwatery oni sami sobie muszą załatwić czy organizator pomaga?

IB: To jest wszystko tak pół na pół. Jeżeli trzeba to organizatorzy pomogą, a jeżeli sobie dają sami radę, no to sobie sami organizują, ale to jest wszystko tam do zorganizowania. A te kampery są tam po to, że po prostu chce się przespać te pół godziny czy nawet poleżeć te 15 minut czy coś, to żeby miał gdzie, żeby nie w tym upale na ulicy tylko [...].

BHU: Myślałem, że oni tam spędzają całe noce na tej trasie właściwie, żeby nigdzie latać. No ale ok, spoko.

IB: No pewnie to by było logistycznie najprostsze, ale jednak ma to sens, że oni gdzieś tam idą w tym łóżku śpią. A propos tego właśnie, że oni tutaj muszą tyle godzin odpoczywać, że niby o północy kończą, a o szóstej rano stoją, że to ma sześć godzin, ale tak jak ja widziałam Nitruvi i tyle co słyszałam od innych pomocników, którzy innym pomagali, to nie jest tak że oni śpią. O tej północy schodzą, zanim oni się znajdą w łóżku, to mija też nie wiem, ileś zanim się wykąpią, często zaczepiają pod prysznicem, więc wiesz, musisz ich po prostu wyciągać stamtąd. Wiesz, położą się, to z tego bólu i z tego takiego psychicznego nakręcenia nie są w stanie zasnąć. Nitruvi to miała często gęsto, że ona nie spała całą noc, że ją tam najwyżej drzemała czy coś. Ja przychodzę o tej piątej ją budzić, a ona już jest zupełnie rozwalona, bo nie spała. Po prostu całą z bólu nie spała, nie? W którymś momencie zaczęła po prostu prochy brać, takie żeby wiesz, żeby chociaż na godzinę, dwie zasnąć, nie? Ale wiesz to jest jeszcze ciekawe, że część z tych biegaczy nie ma supportu i to dają sami radę. I Ashprihanal, ten co ma rekord, on taki właśnie jest. On nie ma supportu. [śmiech]. 

BHU: Ale on jest totalną maszyną.

IB: On też nie jest jedyny. Jurij Trosteniuk, który wygrał ten bieg, właśnie jak ten film był kręcony w 2016 roku, też nie miał supportu. Tam na ostatnie parę dni ktoś mu tam przyszedł pomóc, ale też on sobie nic nie zorganizował. Tak, że tak wiesz, to co Paweł opowiadał, że wiesz u niego to jest team work, nie? To jest praca drużynowa, praca jego teamu, i że on sam to by nie dał rady. No to większość tych biegaczy tak ma i na tych sześciu i dziesięciu dniach oni bez supportu sobie by w życiu nie poradzili. Ale są takie zuchy, że [...].

BHU: No tak, ale Paweł jest jednak sportowcem. Takim pełną gębą, a Ashprihanal czy Jurij, oni jak się na nich patrzy to masz wrażenie, że nie w ogóle są z innej planety kompletnie. To jest inna kategoria biegacza i człowieka w ogóle. Nawet bym tutaj nie porównywał tych dwóch sytuacji, bo to jest po prostu skrajnie różne podejście do wyzwania. Ale może właśnie dlatego, że to wyzwanie sportowe jest podyktowane ich ścieżką duchową. A jednak Paweł podchodzi do tego bardziej od strony sportowej i dochodzi do duchowej przez to. Może to jest ta różnica, że punkt wejścia do tego wyzwania jest zupełnie inny i u nich i u Pawła. Ciekawe co nam Paweł powie po 5 tys km.

IB: Ja jestem ciekawa co. Jedno jest pewne, cokolwiek on tam przeżyje, to nie będzie tą samą osobą już, którą był jeszcze przed startem. W zeszłym roku to było? Bieg taki na 3100, taki niezwykły Izraelczyk Kobi Oren. Prostu też człowiek maszyna. On biegł od szóstej rano do dziewiątej wieczorem i nie czekał do północy, tylko po prostu miał taką taktykę, że do tej dziewiątej wieczorem biegł. To jest niezwykłe biegacz, on tam nie pamiętam ile dokładnie tych dni przebiegł, ale był drugi koniec końcem. Jak on zaczął biec, no to było widać, że to jest wszystko takie tutaj... Mierzyć tutaj, ten cały jego support i w ogóle, ci wszyscy jego pomocnicy to tam jak chodzili, jak w zegarku żeby. Cała taka, że tak powiem maszyna. ten Kobi Oren jakąś taką dosyć karierę wojskową, w wojsku izraelskim zrobił, więc taki wiesz, człowiek naprawdę dobrze zorganizowany jest. Można sobie wyobrazić. I pod koniec, w ostatni tydzień chyba był, on już kończył. Przyjechali tam jacyś jego znajomi, jacyś jego nie wiem uczniowie czy ktoś kogoś trenuje i taka jedna dziewczyna. Ona tak jak go zobaczyła, to mówi Boże to jest ten Kobi, którego ja zna nie? I mówi, że dla niej to był taki szok, bo on fizycznie jakby się nie zmienił. Widać, że to jest ta sama osoba. W sensie to czym promieniował, to jak mówił, to cała ta energia, to w ogóle [...].

BHU: Jest to fascynujące. Szkoda, że tak ciężko się mówi o tym prawda i ciężko jest to przekazać słowami co ci ludzie przeżywają. Trzeba po prostu to pobiec Iwona. To co, może polubisz bieganie?

IB: No ja biegam, wiesz tak nie jest.

BHU: A ile biegasz tygodniowo?

IB: Tak, że tak powiem, tam ja wiem, no może z dyszkę przebiegnę tygodniowo. Wiesz, ale ja jeżdżę też dużo na rowerze z tymi moimi turystami, tam wiesz, na rolkach ostatnio też jeszcze. Więc cały czas coś robię. 

BHU: Po prostu zapisz się na jakieś 12 godzinny bieg na początek. [śmiech]. Po prostu się zapisz. A co będzie, to zobaczymy. I przejdź na start.

IB: Ale tak sobie pomyślałam jeszcze, na zakończenie, tak jak mówisz. Trudno mówić o tym co ci ludzie, co ci biegacze przeżywają, nie? Co się takiemu Pawłowi może przydarzyć. Może mu się przydarzyć na przykład, że nie ukończy, bo nikt nie ma gwarancji, żaden z tych biegaczy, którzy startują, nie ma gwarancji, że oni to ukończą. Oni idą na przygodę, idą w coś totalnie nieznanego. Paweł zresztą dokładnie wie w co on się ładuje chce się wyładował, bo przebiegł 1000 mil. No teraz po prostu będzie biegł parę dni dłużej. 

BHU: Oj tak, ładnych parę. [śmiech]

IB: Tak, po prostu parę dni dłużej, ale to co on przeżył już podczas tych szesnastu dni czy ile mu to zajęło, nie trochę mniej, 16 chyba. To po prostu on już dokładnie wie w co on się wyładował. Ale mimo wszystko nie wie co go tam czeka podczas tej podróży, podczas tej przygody. Co mu się może zdarzyć, mogą mu się jakieś kolejne fizyczne różne dolegliwości przydarzyć, tak jak, co mu się tam na tym 1000 mil przydarzyło. A ta alergia. Boże, to po prostu, czad. Wiesz, wyobraź sobie, no masz purchle na całym ciele i biegniesz. No i on to jeszcze przykrywał jakimś, żeby go nie zdyskwalifikowali. Ale wiesz, ale to co ci biegacze opowiadają, to Mitruvi opowiadała, i to co ci inni różni znajomi, że bywają takie momenty, że człowiek jakby dokładnie wychodzi. Uda mu się wyjść poza tą cielesność. Nie to, że on ją opuszcza, i on po prostu, wiesz tylko jakby jest cały czas w niej zakorzeniony, ale wychodzi poza to i wtedy doświadcza czegoś takiego, stanu świadomości, który jest, jak oni to opisują, nie wiem, czy oni to opisują czy to się da opisać, ale to jest takie właśnie to uczucie takiej szczęśliwości gdzie czas i przestrzeń przestają istnieć. Oni po prostu są tu i teraz. I oni mówią, że jak człowiek raz tego doświadczy pozostaje to pragnienie w nim tak silne, że oni chcą po prostu jakby wiesz, wracać do tego, nie? Najlepsze co się może wtedy przytrafić, jak człowiek doceni to, wiesz, jak on nie tylko, że to doświadczył, że to zarejestruje, ale doceni to. Doceni to i poczuje taką autentyczną wdzięczność za to, bo z tego uczucia jeżeli się to uda. To jest trudne, dlatego, że Sri Chinmoy mówił, że wdzięczność jest bardzo duchowa cecha i to jest cecha, którą każdy duchowo aspirujący powinien w sobie pielęgnować i rozwijać i dążyć do niej i szukać i starać się ją stworzyć. Ale powiedział, że to jest trudne dlatego, że ona, ta cecha się jeszcze nie  zamanifestowała w tej takiej materialnej powłoce. Nie ma jej jeszcze, ją trzeba tak jakby ściągać, inwokować, ale udaje się to i właśnie w takich momentach, kiedy taki ultra biegacz gdzieś podczas takiego długiego biegu doświadczy, jeżeli on to doceni, jeżeli on to poczuje i to doceni. I naprawdę, naprawdę głęboko sobie uświadomi, to w tym momencie on robi bardzo głęboki duchowy postęp i zostaje [...]. Sri Chinmoy tak mówił, pobłogosławiony jakąś taką nową energią, nowym jakimś stworzeniem wręcz, on to tak poetycko nazywał. I z tej energii, z tej duchowej energii może zaczerpnąć jak najbardziej fizyczną siłę do dalszego podążania tą ścieżką, tą przygodą. Nie tylko do tego żeby to ukończyć, ale żeby jeszcze bardziej przekroczyć to do czego się już doszło. Wyobraź sobie, oni dochodzą do takich jakiś niewyobrażalnych granic już swoich. I z tego pułapu jeszcze są w stanie się przekroczyć, nie? Jeżeli coś takiego się uda Pawłowi np. to chyba nie ma cenniejszej rzeczy.

BHU: Dziękuję Ci bardzo za rozmowę. To bardzo piękne było co opowiedziałeś nam tutaj.

IB: To ja bardzo dziękuję, że mogłem o tym opowiedzieć. Tak jak mówisz, nie da się o tym opowiedzieć, tego trzeba doświadczyć, trzeba samemu do tego dążyć. Ale wiem, że wszyscy oni powtarzają tak właśnie, że jak się uda doświadczyć tego, właśnie tego uczucia szczęśliwości i je docenić, no to jest coś dlaczego warto żyć.

BHU: Jesteś taka ładna książka o ultra. Tytuł jej to "Szczęśliwi biegają ultra" - coś w tym jest, bez wątpienia.

IB: No bo po to biegamy, no. Dlatego to ultra się zrodziło, no bo już ten maraton nie wystarczył. I Pawłowi 1000 mil też nie wystarczyło. 

BHU: No tak, ludzie się często pytają gdzie jest koniec tych ludzkich możliwości. Zdaje się, że ten koniec po prostu kompletnie nie istnieje. Nie ma czegoś takiego jak granica nie do przekroczenia.

IB: Sri Chinmoy bardzo jasno to powiedział: nie tych ma granic. To co nam się w tej chwili wydaje, że to już jest granicą, to jak dotrzemy kiedyś do tej granicy, to okazuje się, że to będzie początek jakiegoś nowego jutra.

BHU: Dziękuję bardzo.

IB: Dzięki.

BHU: Jak Wam się podobało. Paweł, Jestem ci bardzo wdzięczny, że skontaktowałeś mnie z Iwoną, i że mógł powstać ten odcinek. Chciałem również bardzo nakłonić Was do prześledzenia opisu tego odcinka. Znajdują się tam informacje o filmie Sanjay Rawala "3100: RUN AND BECOME", który stanowi z jednej strony relacje z zawodów w Nowym Jorku, a z drugiej jest próbą odnalezienia w innych kulturach świata łącznika między bieganiem a duchowością. Załączyłem również playlisty na Spotify, których doskonale słucha się podczas długich wybiegań.

Odcinek ten publikują również z intencją dla wszystkich tych, którzy mają teraz gorszy moment. Nie idzie im w pracy, cierpią na brak motywacji, tracą sens tego co robią. Styczeń i luty na naszej szerokości geograficznej nie jest łatwym okresem, zwłaszcza dla osób które tak jak my sporo czasu spędzają na zewnątrz. Więc łatwo nam o obniżenie poziomu wibracji. W takich sytuacjach trzeba szukać pomocy głębiej niż w błędach planu treningowego, rozpisanego w Excelu. Lubię myśleć, że jesteśmy duchowymi istotami przeżywającymi ludzkie doświadczenie. Medytacja pomaga z jednej strony zapanować nad rozproszonym umysłem, a z drugiej, dzięki skupieniu na energii jaką niesie oddech, przywrócić naderwane więzi z ciałem, które jest w końcu częścią natury. Jako ludzie postrzegamy i doświadczamy świat zmysłami dostępnymi gatunkowi Homo Sapiens. Jeśli nie zwracamy odpowiedniej uwagi na to czego doświadczamy, nasze postrzeganie świata zaczyna być bardzo powierzchowne, przewidywalne i automatyczne. Co by się stało gdybyśmy wyczulili się na smaki i faktury ulubionych potraw. Czy odkryjemy w nich coś nowego. Co by się stało gdyby każdy nasz ruch był w pełni kontrolowany i świadomy, a każda powierzchnia, z którą się stykamy nogami, rękami czy pośladkami zauważono. Co by się stało, gdybyśmy poświęcili więcej czasu na obserwację natury czy sztuki. Czy odkryjemy jakieś nowe wzory, kolory czy też niespotykaną grę światła. A co jeśli się okaże, że przestrzeń, która nas otacza nie jest trójwymiarowa, ale tych wymiarów jest nieskończenie wiele. Nie podam wam teraz jakiejś pozwalających przykładów, ale intuicja mi podpowiada, że kwestionowanie rzeczywistości, które jest w końcu podstawą napędzającym każdy rozwój doprowadza do tego samego punktu zarówno zagorzałego pragmatyka jak i osoby poszukującą duchowo. 

Długo dzisiaj gadam, ale jeszcze tylko opowiem słowo o tym jak ja zetknąłem się z medytacją, żebyście znali kontekst moich doświadczeń. To było około dziesięciu lat temu, zmęczony życiem i pracą zacząłem szukać czegoś więcej. No i padło na medytację. Zacząłem czytać, rozmawiać z ludźmi. Opinie i doświadczenia były skrajnie różne. Medytacja zawsze kojarzyła mi się z buddyzmem, więc zacząłem czytać. Szybko okazało się, że medytacja występuje właściwie w każdej religii świata, ale ja zostałem jakoś przy tym nurcie wschodnim. Nauka medytacji z suchych opisów w książkach czy innych źródłach szła niezwykle topornie i szybko ją porzuciłem. Wtedy jeden z moich kolegów poradził mi medytację i Vipassana. Kolejne wakacje zaplanowałem z moją żoną Justyną w Nepalu. Pojechaliśmy tam na miesiąc, a dziesięć dni poświęciliśmy na medytację w ośrodku w Pokharze, skąd roztaczał się widok na masyw Annapurny. Może o tym co tam przeżyliśmy z Justyną opowiemy w kolejnym podcastcie z cyklu Black Hat Ultra Team. Ale było to doświadczenie bardzo głębokie. Dla mnie ważne i niezwykle trudne. Powiem tylko dwie rzeczy: po kilku dniach medytacji, po 12 godzin dziennie, byłem w stanie w niektórych częściach ciała skupiać energię odczuwaną jako ciepło i w pełni kontrolować przemieszczanie jej po całym ciele. Po drugie, po powrocie do cywilizacji nie byłem w stanie już nigdy tego efektu powtórzyć. Myślę, że dlatego osoby praktykujące medytację często wyjeżdżają na tego typu spotkania i medytacje grupowe, gdzie poświęcają się tylko i wyłącznie medytacji. Nie gotują, nie sprzątają, jedzą mikro posiłki i medytują całymi dniami. W tym miejscu polecam wam jeszcze jeden film, który niesamowicie głęboko wszedł w moją pamięć. Jest to "Wędrówka na zachód" Tsai Ming-liang. Link do zwiastunu umieściłem w opisie odcinka.

Dziękuję wam serdecznie za wysłuchanie tego podcastu. Zapraszam Was do wysłuchania pozostałych już ponad 35 odcinków tych ultra historii. Jeśli podoba Wam się to co robię, wspierajcie w mediach społecznościowych i umieszczajcie informacje o nim w relacjach, postach i na tablicach. Niech wieść niesie i słuchaczy przybywa. Im więcej słuchaczy, tym większa szansa, że podcast będzie długo cieszył wasze uszy. Możecie również wesprzeć finansowo na patronate.pl/BlackHatUltra. Bardzo doceniam każdy wkład, a najniższy próg wsparcia to tylko 5 złotych. Więc nie ma na co czekać. Dokładny link znajdziecie w opisie odcinka. 

W tej chwili podcast na Patronate wspierają 23 osoby, ale chciałbym wymienić tutaj nazwiska tych, których wkład jest największy. Są to: Krzysztof Bednarz, Marcin Jaźwiecki, Marcin Stefaniak i Edyta Winnicka. 

Ten odcinek podcastu Black Hat Ultra przygotowali: 
Kamil Dąbkowski prowadzenie oraz 
Piotr Krzysztof Pietrzak montaż, transkrypcja i media społecznościowe. 
A autorem muzyki jest Audiodealer.


A jeżeli jeszcze ktoś tu jest. 

Jeżeli jeszcze ktoś mnie słucha. 

Jesteś tu? 

Tak ty. 

Ponieważ jest to odcinek szczególny, poświęcony medytacji, to tym razem zatrzymuje się na jedną minutę. 

Zamknij oczy i poczuj swój oddech. 

Tak po prostu. 

BHU: Buźka.