• Czarny Spotify Ikona
  • Czarny iTunes Ikona
  • Czarny YouTube Ikona
  • Czarny Facebook Ikona
  • Czarny Instagram Ikona
  • Czarny Twitter Ikona

© 2018 BLACK HAT ULTRA

Podcast Black Hat Ultra | pasjonata biegania, podróży, ekspedycji ekstremalnych. Interesują mnie wszelkie aktywności gdzie wymagany jest specjalistyczny trening, odpowiednia regeneracja i dieta oraz niezłomny hart ducha. Podczas rozmów dowiem się co motywuje sportowców, jak znajdują czas i energię na treningi.

BHU: Witajcie w podkaście Black Hat Ultra. W tym tygodniu zapraszam na spotkanie z absolutnie wyjątkową Agnieszką Korpal.

AK: Wsiąknęłam tak bardzo w środowisko rajdowe m.in. dlatego, że to był po prostu zlot jakiś totalny freaków. Każdy miał jakąś swoją osobną zabawkę, swoje rzeczy, jakieś dmuchane kajaki w domu po prostu, jakieś wycieczki i nie wiadomo skąd. Ja sobie pomyślałam, Boże, gdzie ja jestem, z kim ja jestem. Ja też tak chcę i z ultrasami też tak jest. Każdy ma po prostu swoją życiową historię, często ciekawą, swoje przygody i tego się super słucha. To właśnie jakoś tak rzutuje chyba na cały obraz tej grupy, że ona jest po prostu fajna i też może góry też uczą takiej prostoty większej, takiego dystansu do jakiś błahostek i to jest właśnie bardzo fajne.

BHU: To była Agnieszka Korpal. Ja nazywam się Kamil Dąbkowski i witam Was serdecznie w podcaście Black Hat Ultra. Jest to podcast, w którym spotykam się z niezwykłymi osobami, które prowadzone pasją i ambicją pokonują swoje fizyczne i mentalne słabości aby się rozwijać i realizować założone cele z uśmiechem na twarzy i w zgodzie ze sobą. Ciężko coś powiedzieć o Agnieszce tak po prostu, bo powiedzieć że uprawiała triathlon, że wymiana w rajdach przygodowych i biegach górskich, że organizuje festiwal outdoorowy, własne projekty sportowe i wiele imprez w tym kultowy Zimowy Ultramaraton Karkonoski, to jak nic nie powiedzieć. Agnieszkę po prostu trzeba posłuchać. Im dłużej rozmawiałem z Agnieszką, tym bardziej miałem wrażenie, że ledwo muskam powierzchnię jej osobowości. Przed wami Agnieszka Korpal, siostrzenica swojego wujka doskonałego pływaka, córka swojej mamy geografki, wnuczka swojej babci osoby o wielkim sercu i jak sama o sobie mówi, Agnieszka która straciła Tomka. Posłuchajcie.

BHU: Cześć Agnieszka. Witam Cię.

AK: Cześć Kamil. Witam.

BHU: Dziękuję ci serdecznie, że przyjechałaś i odwiedziłaś moje skromne progi.

AK: To ja dziękuję za zaproszenie. To było bardzo miłe, zaskoczyłeś mnie.

BHU: Wiesz co, to czysto z egoistycznych pobudek. Ja po prostu chciałem poznać dziewczynę, która zorganizowała jeden z bardziej kultowych ultramaratonów w tym kraju.

AK: No wiesz nie jestem sama. Jest jeszcze ze mną Ania, która ze mną działa tak samo mocno i zaangażowanie jej jest bardzo duże. No i cała rzesza wolontariuszy i naszej ekipy, która jest nie zastąpiona zupełnie. Także nie powiedzieć, że ja jestem reprezentantką ale nie można powiedzieć, że jestem jedyna.

BHU: To dobrze. Znaczy w ogóle jak tak czytam trochę o tobie, to grono przyjaciół, które cię wspiera w różnych sytuacjach jest bardzo duże i to chyba fajnie się z tym żyje, co?

AK: No wiesz co żyje się tym super. To jest wymyślanie zastąpiona wartość. W różnych sytuacjach to się objawia i tych fajnych i tych nie fajnych, bo były takie sytuacje w moim życiu, w których ta przyjaźń i ta obecność ludzi obok była bardzo ważna i taka naprawdę nie zastąpiona i bez tego pewnie nie byłabym tutaj w takiej formie w jakiej jestem. To są pomoce w różnych dziedzinach i właśnie życiowych i sportowych i w jakichś moich projektach prywatnych, sportowych, gdzie parę rzeczy chciałam gdzieś tam w górach zrobić, które wymagały supportu i wystarczyło hasło i od razu znajdowali się ludzie, którzy byli chętni po prostu np. spędzić 4 czy 5 dni w samochodzie robiąc kanapki czekając na to aż przybiegnę. No to jest super. Myślę, że nie byłabym właśnie tym kim jestem, gdyby nie ludzie wokół mnie.

BHU: A jak myślisz, jaka cecha twojego charakteru powoduje, że ludzie się tak gromadzą chętnie wokół ciebie?

AK: Wiesz co, nie wiem. Zawsze mi się wydawało, że mam w sobie dużo radości jakiejś takiej wewnętrznej, która sama nie wiem, skąd się wzięła. Po prostu pozytywnie patrzę zawsze na życie i zawsze u mnie szklanka była do połowy pełna a nie pusta. I zawsze starałam się patrzeć na jakieś takie jasne strony życia i na pozytywne aspekty i tam ten uśmiech mi towarzyszy. Więc może to jest jakiś taki przeciągające, nie wiem. Sama nie wiem, myślę, że to też jest tak, że ci ludzie mnie przyciągają. To nie jest tak, że z jednej strony, tylko po prostu to działa w dwie strony. Tak jak ja przyciągam innych, tak mnie przyciągają inni ludzie. I myślę, że to działa w ten sposób.

BHU: A czy ma to jakiś związek z tym jak wyglądał twój dom rodzinny, wyniosłaś z domu jakieś wzorce, które ci to umożliwiają?

AK: Pewnie tak. Mam dwójkę rodzeństwa: starszego brata i młodszą siostrę. Mieliśmy w rodzinie kuzynostwo liczne. Takie w podobnym wieku bardzo. Mniej więcej co rok, co dwa, się rodziliśmy, że tak powiem i spędzaliśmy każde wakacje i ferie razem w dziewiątkę z sąsiadami gdzieś tam ze znajomymi więc, może taka chęć spędzania czasu z innymi i bycia blisko też, bo to jest coś tak naszych przyjaciół i moją rodzinę też jakby wyróżnia to, że jesteśmy po prostu ze sobą bardzo blisko tak życiowo i często nawet fizycznie. Wiesz, ja się lubię przytulać bardzo czy to do mojego rodzeństwa czy właśnie do przyjaciół. To jest pewnie coś co na pewno wyciągnąłem z domu.

BHU: Myślę że te sytuacje pozwoliły ci na łatwość budowania takich relacji. Prawda?

AK: Pewnie taka swoboda i skracanie dystansu w pewnym sensie. Może na co dzień czasami jestem skrytą osobą jakby nie przyjaźnie się ze 100 osobami naraz. To jednak nie buduje jakiegoś sztucznego dystansu czy takiej bariery wokół siebie, raczej bliskich tym bardziej.

BHU: A powiedz gdzie w ogóle dorastałaś?

AK: W Szczecinku. Jestem Pomorzanką, Szczecinetczanką, gdyby ktoś nie wiedział jak się wymawia to słowo. I nie jest to koło Szczecina zaznaczam. Tylko troszeczkę dalej, niedaleko od morza. To są moje rodzinne strony. Tam zaczęłam uprawiać sport, tam nauczyłam się pływać w takim jeziorze małym, w wiosce mojej babci. Od tego się wszystko zaczęło. Te tereny są bardzo dobrze mi znane, piękne zresztą. Jeździłam na rowerze wzdłuż i wszerz po prostu dookoła Szczecinka, wszystkich wiosek możliwych. Także polecam na treningi, na wypady jakieś takie spokojne, nie tylko góry ale na Pomorzu też można naprawdę świetnie spędzić czas.

BHU: Z tego co wyczytałem to już w wieku 15 lat pierwszy triathlon robiłaś czy też zacząłeś trenować. Dlaczego w ogóle wybrałeś sobie od razu tak obszerną dyscyplinę?

AK: To właśnie jest trochę związane to się wszystko w moim życiu toczyło. Zawsze się śmieję, że po swojemu to życie za mnie wybierało niektóre tematy. I z tym też tak było, bo się okazało, że mój jeszcze w gimnazjum właśnie, tak jestem pokoleniem gimnazjalnym, był związany z Polskim Związkiem Triathlonu. A że ja bardzo nauczyłam się w młodym wieku dobrze pływać ale nie w żadnym klubie, ani żadnej organizacji, tylko po prostu wujek nad jeziorem nauczył pływać i faktycznie była w tym dobra. Miałam do tego jakieś w ogóle, do sportów wytrzymałościowych chyba miałam jakieś predyspozycje. Janek zobaczył jak pływam. Taka była śmieszna historia, bo byliśmy na obozie, na takiej wycieczce szkolnej nad jeziorem u nas gdzieś tam na Pomorzu, na wsi i wyjechał. Wypłynęłam po prostu na środek jeziora tak zupełnie bez, nie pytając nikogo i zobaczyłam na pomoście jak wracałam wychyliłam głowę i zobaczyłam tego mojego wychowawcę, który stoi na pomoście i sobie pomyślałam, o Matko to zaraz będzie bura po prostu totalna, że wiesz, że sama gdzieś tam w ogóle bez żadnej bojki, bez niczego. Ja miałam takie głupie pomysły od najmłodszych lat, a on tak stanął nade mną, jeszcze byłam w tej wodzie, ja już po prostu przyszykowana na totalną zjebkę, że tak powiem, a on tak patrzy na mnie i mówi: a gdzie ty tak się nauczyłaś pływać? A Słuchaj a może być to i to i tamto i tak już zaczął wkręcać, opowiadać mi o tym co to jest w ogóle triathlon. W Polsce kiedyś była zupełnie nieznana dyscyplina sportu jak ja miałam 15 lat, no to był już kawałek czasu temu, to wtedy trzeba było wszystkim tłumaczyć czym jest triathlon i co się z tym wiąże, a nie gdzieś tam nie był taki popularny. Postanowiłam, że spróbuję i tak faktycznie przez kilka lat w tym Szczecinku trenowałam, jeździłam na jakieś obozy z kadrą województwa, na jakieś zawody takie pomniejsze. Oczywiście to były dystanse dostosowane do juniorów młodszych do juniorów, najpierw do młodzików. Więc, to nie były takie dystanse jak są teraz ale to była duża szkoła życia i takiego sportowego przygotowania jakiegoś.

BHU: No pewno. A jak znosiła wtedy reżim treningowy. Dobrze?

AK: Ja miałam ten reżim treningowy głównie na obozach, bo poza obozami trenowałam sama. To było duże obciążenie dla mnie, takie logistyczne czy nawet w ogóle jakieś takie merytoryczne. Bo ja nie wiedziałam jak to się trenuje. Nie było w Szczecinku żadnego trenera ani nikogo takiego. Ja zostałem rzucona na głęboką wodę ale postanowiłam, że już się tego podjęłam, no to już spróbuję. Więc na basen chodziłam sama, jeździłam sama, uczyłam się zmieniać dętki sama rowerowe. Miałam taki klub kolarski w Szczecinku, w którym taki pan Mieciu mnie nauczył zmieniać dętki. Tak, że to była taka partyzantka duża. Pamiętam pierwszy trening pływacki, powiedzmy to już na basenie taki bardziej profesjonalny. Kupiłam na allegro po prostu w Wordzie po prostu gdzieś rozpisaną jakąś tabelkę. Także, że to było inaczej po prostu, też tych informacji w internecie nie było tak dużo jak jest teraz. To były początki, więc to wszystko było takie bardzo amatorskie ale to była super przygoda. Świetnie to wspominam.

BHU: Potem jakoś płynnie przeszłaś w rajdy przygodowe?

AK: Później płynnie przeszłam w rower MTB. To była moja miłość ogromna. Przez wiele lat.

BHU: A tam Szczecinku pagórki jakieś miałaś?

AK: Są pagórki, owszem. Ale takie bardzo lajtowe powiedziałabym. To nie jest tak płasko jak np. w Wielkopolsce mamy, że po prostu gdzie się nie ruszysz, to jest zupełnie płasko. To są takie pomniejsze górki. Ciekawy teren po prostu. Więc tam na rower dla początkujących[...], miałam 17 - 18 lat, to było akurat. Więc, tamte tereny jeździłam wzdłuż i wszerz. Później jakoś tak właśnie rajdy przygodowe. Jak pojechałam na studia do Poznania poznałam Piotra, który zaproponował mi start i już później to wszystko się potoczyło. Do dzisiaj ten sport uprawiam także.

BHU: Tak, nadal startujesz w rajdach?

AK: Wiesz co, w zeszłym roku byliśmy na[...], miałam taką przerwę dwuletnią po śmierci Tomka, a później wróciłam do zawodów i nadal startuję. W zeszłym roku z teamem zajęliśmy szóste miejsce na mistrzostwach Europy rajdów przygodowych. 

BHU: Pięknie!

AK: Tak to jest moja miłość ogromna, największa. Chyba tylko ta nazwa tylko jest taka niefortunna. Śmiejemy się w środowisku, że ta nazwa jest [...], wiesz, rajdy przygodowe to się kojarzy z jakimś takim harcerskim wypadem do lasu. Na świecie to jest Adventure Racing, który się teraz rozwija i ma taki swój drugi oddech bierze i to są po prostu często trudne zawody bardzo. Długotrwałe, trzeba mieć dobre przygotowanie sprzętowe i mieć dobrego nawigatora, być po prostu dobrze przygotowanym fizycznie. Więc to nie jest tak, że to jest wycieczka do lasu i tylko to są poważne zawody, a tutaj Rajdy Przygodowe takie w Polsce to jest...

BHU: No to jak byś to po polsku nazwała? 

AK: No właśnie nie ma polskiego odpowiednika. Po prostu Adventure Racing jest najlepszy.

BHU: Jaką funkcję pełnisz w zespole?

AK: Na pewno nie nawigatora. Od mapy się trzymamy z daleka. Wiesz co, takiego spajacza może wszystkich, takiej duszy. Siła napędowa czasami też. Czasami jest tak, że jak chłopakom zabraknie gdzieś tam pary albo motywacji to często się znajduje tak, że musi być ta osoba po prostu, która to pociągnie dalej. I często się zdarzało tak właśnie wśród tych lat, że to ja akurat miałam jakiś taki przypływ mocy czy motywacji czy taką chęć ciągnięcia tego dalej, że nie mogłam tak odpuścić i po prostu pozwolić chłopakom gdzieś tam się zatrzymać. Także takiego właśnie spajacza. Często zajmuje się jedzeniem. Niestety taki jest stereotyp kobiecy ale tak często jak chłopaki ogarniają sprzęt czy właśnie mapę, robią jakieś takie rzeczy cięższe noszą boksy, które często ważą po trzydzieści parę kilo. W tym czasie robię jakieś liofile, szykuję im paczki, doglądam każdego czy każdy zjada. Często trzeba też na siebie zwracać uwagę w trakcie. Ja też mam w sobie taką zawsze uważność, żeby obserwować kątem oka czy wiesz czy na pewno ktoś tam jadł, czy na pewno ktoś ma siłę czy wszystko jest w porządku. Czasem te kryzysy są takie ciche i nieme i trzeba po prostu zwracać na to uwagę i tych swoich kompanów jakoś tam doglądać co jakiś czas. Takie są moje role. Czasem się zdarzało, że brałam na siebie jakąś tam odpowiedzialność taką sportową jak były jakieś gorsze momenty. Czy to właśnie na rowerze gdzieś tam musiałam ekipę pociągnąć, był jakiś kryzys ogólny. Różnie to zależy też od zawodów w dużej mierze.

BHU: Czy ekipa ma kryzys, to Ciebie to dodatkowo motywuje wtedy, do tego żeby być tym przewodnikiem? 

AK: Pewnie tak. Ja sama mam też kryzysy. To nie jest tak, że ja ich nie mam. Po prostu często jest tak, że kryzysy każdy z zespołu ma kiedy indziej. I wtedy wzajemnie jakoś tam staramy się pomóc tej osobie i odciążyć ją i zwolnić tempo itd itd. Natomiast były takie momenty na rajdach, w których brałam udział, że właśnie wszystkim siadła motywacja i wtedy ja sobie myślałam, o kurczę to jest ten moment kiedy. Teraz to ja siadam i ich ciągnę. Tak, ale myślę, że każdy by zrobił to samo na moim miejscu z chłopaków gdyby wiedział, że wiesz, my wypadamy zupełnie. Tylko po prostu znacznie trudniej jest podnieść trzy osoby niż jedną. Na przykład kiedyś w Turcji mieliśmy taki przypadek, że chłopacy się zupełnie jakby zgubili nawigacyjne. Było bardzo gorąco, 35 stopni, lampa, już drugi dzień zawodów, wszyscy zmęczeni. Pojechaliśmy do jednego punktu, a ponieważ na mapach często do nawigacji nie ma nazwy miejscowości, ulic ani niczego takiego, to myśleliśmy, że jesteśmy w jednym miejscu, to się okazało, że nie musimy jechać gdzie indziej. I potem okazało się że musimy wrócić w to samo miejsce i to było po prostu straconych 6 godzin. Spadek motywacji totalny. Nie chciało się nikomu, tam jeszcze jakieś błędy w nawigacji i po prostu jak ja to zobaczyłam to mówię, że coś trzeba z tym zrobić, bo w ten sposób nie dojedziemy do mety. No i faktycznie. Po prostu zebrałam chłopaków do kupy. Czasem trzeba coś ostrzej powiedzieć też, bo inaczej się nie da i po prostu grzecznie wsiedli na koło i pojechaliśmy dalej. Takie momenty się zdarzają.

BHU: Taka twardzielka jest trochę?

AK: Czasami tak. [śmiech]

BHU: Rajdy to nie wszystko. Zrobiłaś na rowerze też Koronę Gór Polski. To było fajna wyrypa, co?

AK: O jejku, to była fajna wyrypa. W 2012 roku to było. To było super doświadczenie, bardzo trudne. Myślę, że gdybym wiedziała, że jest tak trudne, to bym się na to nie porwała. Ale już będąc na trasie i po tych pokonanych kilometrach i po prostych kilogramach, potu litrach, które tam wypociłam na koncie jak już było bardzo ciężko po prostu nie mogłam odpuścić. To było nie do pomyślenia dla mnie. Więc dojechałem do końca praktycznie w te 16 dni, tak jak chciałam. Jeździłam od świtu do nocy tak naprawdę tyle ile się dało. W większości byłam sama. Tam w pewnym momencie dojechał do mnie Tomek ale on wyjechał za mną na jedną górę i powiedzą że on już więcej nie będzie ze mną jeździł a ja miałam tych gór do wjechania 28, tak, że był to naprawdę kawał drogi. Ale to był taki mój pierwszy, samodzielny wypad, który bardzo mi dużo dał takiej satysfakcji, siły, takiego poczucia, że naprawdę wiele można osiągnąć jak się chce. Ja wtedy pojechałam na takim rowerze, który jeszcze miałam z osiemnastki, taki wiersz zupełny jakiś tam, nic specjalnego, zupełnie zwykły rower, ważący 10 - 12 kilo plus sprzęt, plecak ze sobą, który ważył 7 - 8 kilo, to pewnie dzisiaj w freakom sprzętowym się nie mieściło w głowie, że można coś takiego zrobić. A ja po prostu wsiadłam na rower, który miałam. No nie miałam wyboru. No ale tak jak mówię, to było wielkie doświadczenie dla mnie później na wszystko inne. Myślę, rzutowało co robiłam w życiu takie poczucie ogromnej satysfakcji i takiego spełnienia jakiegoś, już tylko ja wiedziałam co tam się wydarzyło. Byłam tam sama i ja czułam po tej wyprawie, jak to skończyło się ile musiałam z siebie dać żeby faktycznie dojechać i przejechać wszystko. To był naprawdę duży kopniak. Miałam wtedy dwadzieścia cztery lata więc przez te ileś lat później naprawdę często to wspominałam i było to dla mnie dużym, takim pozytywnym [...]. 

BHU: A co Ciebie pchnęło do tego wyzwania w ogóle? Czemu akurat wszystkie góry i czemu na rowerze?

AK: Wiesz co, no bo byłam wtedy właśnie takim rowerowym freakiem. Kochałam rower po prostu bardzo. Spędzałam na nim bardzo dużo czasu. Zdążyłem już przez tych pięć lat w rajdach przejeździć też bardzo dużo kilometrów. Często ścigali się w górach. Miałem takie poczucie, że znam tę górę dosyć dobrze i że mniej więcej wiem co mnie czeka. Chciałam zrobić jakąś taką wyprawę samodzielną właśnie górską i wtedy gdzieś tam mi wpadło na myśl, że jest coś takiego jak Korona Gór Polski i zaczęłam czytać, sprawdzać czy na rowerze ktoś to robił czy może nie. Okazało się że nie. To wtedy lampka mi się zapaliła. To może ja, to może ja będę pierwsza. To była taka raz, że przygodę chciałam przeżyć sama, a dwa że dodatkową motywacją było to, że mogłabym być pierwszą osobą która to zrobi.

BHU: Czy to dalej potem w twoim życiu też było ważne, że robisz coś po raz pierwszy czy to był taki jednorazowy strzał?

AK: Nie myślałam tak nigdy o tym ale myślę, że to było takie, dla mnie taki dowód, że można coś zrobić po raz pierwszy. Tak samo było z Zimowym Ultramaratonem Karkonoskim. Zrobiliśmy z Anią pierwszy bieg zimą, tak trudny w górach, na grani. Było dużo osób, które sugerowały żeby tego nie robić po prostu, że to już jest zbyt niebezpieczne, zbyt trudne, że w ogóle jak my sobie to wyobrażamy i tak dalej i tak dalej. Natomiast ja wiedziałam, że po prostu się da, że można zrobić coś pierwszy raz. Myślę że to po prostu jak z tą kumulacja doświadczeń różnych.

BHU: Czyli gdzieś tam, to jest dla ciebie ważne gdzieś tam przenosić tą satysfakcję?

AK: To nie jest pierwsza motywacja na pewno. Ale jeśli jest to jakaś dodatkowa rzecz, to na pewno pójdzie jeśli się uda to jest później satysfakcja, że tak, że [...]. 

BHU: A powiedz w ogóle jak wymyślasz sobie wyzwania? Bo jeszcze dwa czy trzy lata temu zrobiłaś ten łuk Karpat Wschodnich. To powiedz, co jest dla ciebie, Jak sobie myślisz o wyzwaniu i przechodzić pewnie przez jakąś listę. No bo tak, każdy by chciał pewnie pojechać po prostu wszędzie i zobaczyć wszystko. Ale się nie da. Trzeba coś tu wybrać więc, zastanawiam się jak u ciebie ten proces wyboru wyzwania i stylu w jakim zostanie pokonane to wyzwanie, jak to u ciebie przebiega?

AK: Często patrzę na mapę i jak coś mi się bardzo podoba, na tej mapie, to wtedy się zastanawiam czy to jest do zrobienia. Tak było właśnie z łukiem Karpat Wschodnich rowerowym. Kiedyś wzięłam atlas do ręki, leżący na podłodze w Szczecinku w pokoju. Moja mama jest geografem z wykształcenia, a więc wiesz, tych lasów mamy po prostu mnóstwo. I gdzieś tam akurat jak spojrzałem na te góry, i mówię, kurcze, jak to super wygląda, taki łuk, takie góry, tak blisko. To od razu spodobało mi się to bardzo i później jakoś kilka miesięcy później byłam zimą w Bieszczadach. Kilka dni i pamiętam że tak stanęłam na Bukowym Berdzie, później na Ternicy i spojrzałem w stronę tej Ukrainy właśnie, w tych ukraińskich Bieszczadów. I tak sobie pomyślałam, nie no ja muszę tam być po prostu, ja muszę tam być, ja muszę tam pojechać, ja muszę zobaczyć co tam jest za tą górą za tym rogiem. Tam nie ma szlaków. Tam jest bardzo mało ludzi, to po prostu serce mi się rozpędziła tak mocno, że wróciłam i zaczęłam sprawdzać na nowo te mapy, na nowo te góry, jakieś zdjęcia, sprawdzać przypuszczenia czy to jest w ogóle do zrobienia na rowerze czy nie. Okazało się że są to super tereny na rower, rewelacyjne. A ponieważ nie chciałam jechać sama to zaproponowałem to mojej koleżance rowerowej Zuzie Madej i tak pojechałyśmy obydwie dziewczyny w Karpaty.

BHU: No dobrze, to pierwsza rzecz patrzysz na mapę i się zakochujesz w terenie, a potem jak myślisz o danym wyzwaniu to... ?

AK: Później właśnie dochodzą takie kwestie logistyczne. Wiesz ile dni, ile kilometrów, co trzeba zabrać, jak to zaplanować, czy w ogóle jest to do zrobienia czy nie, bo to też często może się okazać tak w Alpach. Kiedyś Planowałam taką trasę Trans Alpe, trasę rowerową, by przejechać przez całe Alpy, łuk Alp. Ale się okazało, że to na rowerze jest za trudne po prostu.

BHU: Na zbyt wielu odcinkach trzeba wnosić rower.

AK: Tak, dokładnie, że to jest po prostu zbyt trudny teren i niektóre rzeczy po prostu są niemożliwe. No właśnie ta logistyka później tak bardzo zajmuje a w międzyczasie się pojawia mnóstwo pytań czy to jest dobry pomysł. Ja tak miałam z Karpatami właśnie, że szykowałyśmy te rzeczy, plany, mapy, wgrywanie tego do GPSa, częściowo nie było w ogóle map tych terenów po których jeździliśmy. Później się okazywało że część, w której wygrałyśmy GPS w ogóle nie istniała na mapie i w rzeczywistości trzeba było kombinować i ja sobie zdawać sprawę z tego, że tak będzie, bo wiesz, jeździłyśmy w Rumunii po górach, które były zupełnie dzikie. Tam było naprawdę, chatki pasterskie, psy pasterskie i przez trzy dni i w ten sposób. I wiedziałam po części, że tak będzie i dlatego przed samym startem się zastanawiałam czy to na pewno jest dobry pomysł żeby zarobić. Ale to zawsze jest tak, że ten strach się gdzieś tam pojawia i już się też nauczyłam po tych jakichś tam różnych rzeczach, które robiłam takich górsko - sportowych, że ten strach to jest też dobra rzecz, że jeśli się boisz, jeśli ja się boję, to znaczy, że tam za rogiem się kryje coś niesamowitego, że z jakiegoś powodu się boję. Jeśli masz jakieś doświadczenie już górskie, rajdowe bardzo duże już na przestrzeni tych lat i wiedziałam, że jestem w stanie sobie poradzić właśnie z terenem i z nawigacją i z jakimś takim ogarnięciem tego w całości, a z drugiej strony się boisz właśnie i ten strach jest obecny. To znaczy, że to jest po prostu gra warta świeczki. Wiesz, że tam czeka nagroda. Dla mnie to było zawsze bardzo ważne, że ten strach gdzieś przezwyciężyć bo on często jest taki paraliżujący i często nam się wydaje, że nie że to jest za trudne, że może za rok, że może za dwa, może przebiegnę więcej i zobaczymy. A to czasem nie trzeba. Trzeba po prostu wziąć się za pas i gdzieś tam pobiec po prostu ten pierwszy krok jest najgorszy. Przed Koroną tę rowerową właśnie, to dzień przed po prostu się tak poryczałam strasznie. z takim strachem wiesz, co robię w ogóle. Jestem sama. Jedyne co mam w plecaku to skarpetki na zmianę, kilka map i Kurtka deszczowa i GPS i ja teraz sama po prostu dziewczyna jadę na 16 dni w góry. Jest często w zasięgu komórki gdyby coś mi się stało to było poza sezonem więc nie było zbyt dużo ludzi na szlaku więc miałam ogrom takich myśli, że po prostu to nie może się udać i w ogóle i w ogóle. Później pomyślałam sobie niedobra dzień po dniu krok po kroku. Tak jak na rajdach, trzeba etapy po prostu pokonywać. Dzień po dniu będę to robić i zobaczymy co będzie dalej. Każdy dzień odkrywał coś nowego to też było super.

BHU: Czego się tam nauczyłaś najfajniejszego na tym rajdzie rowerowym przez szczyty Polskie?

AK: Że potrafię być samowystarczalna, że potrafię opanować jakieś takie trudne momenty i potrafię jakoś racjonalnie ocenić sytuację i swoje możliwości i to co się dzieje. I właśnie ten strach jest potrzebny, jest dobry. Wiadomo, że nie można jakichś tam granic przekraczać i tego się uczy na przestrzeni lat na pewno. Ale myślę, że takie poczucie samodzielności, że dam radę, że poradzę sobie, że jestem mocna fizycznie i psychicznie. To była dla mnie taka wielka nauka samej siebie też, bo to głównie o to chodziło, żeby się nauczyć być ze sobą też tyle dni i mieć pewność, że się to ogarnia wszystko.

BHU: No właśnie, tak sobie myślę o tym rajdzie, o tym twoim wyzwaniu i o tym co cię potem spotkało z Tomkiem, jak on odszedł na Broad Peak. Wydaje mi się, że to wszystko o czym opowiadasz. Bardzo cię też przygotowało do tej sytuacji.

AK: Pewnie tak taka próba charakteru i taka wiesz fizyczna moc. Na pewno była pomocna w tym wszystkim co się później wydarzyło. Jakby sam sport też mi bardzo pomógł po czasie. To jest jakby złożony temat i długi, ale po prostu po wielu miesiącach stwierdziłam, że jednak coś muszę ze sobą zrobić, że nie mogę po prostu tak trwać w żałobie i leżeć w łóżku i gapić się w ścianę, bo to nie jest to czego Tomek by chciał na pewno, czego ja tak naprawdę sama chciałam gdzieś tam podświadomie tylko to było po prostu straszne i cholernie trudne żeby to zrobić. Gdzieś tam ten sport i ludzie oczywiście dookoła. To było bardzo pomocne ale ja m.in. wymyśliłem sobie, widziałam po prostu, że sport może mi pomóc i po iluś tam miesiącach, właśnie takich, trudnych postanowiłam, że w takim razie może jedynym wyjściem jest po prostu to żeby jakiś cel taki większy, górski mnie wyciągnął z tego, z tej czarnej dziury w której byłam wtedy, no i pomyślałem sobie, że może też mi się spodobał szlak na Korsyce wcześniej. W strefie podróżnika mieliśmy tam mnóstwo map i książek i wszystkiego, nie było klientów, siedziałam na stole i po prostu oglądałam wszystkie mapy i tam właśnie widziałam szlagier 20 na Korsyce, który bardzo mi się spodobał. Wiesz super trudny, piękny, szlak przez całą wyspę idący. Pomyślałam, że może właśnie coś takiego wielkiego jest w stanie mnie wyciągnąć z tego łóżka i po prostu zaczęłam trenować pod to. Okazało się, że mi się nie udało. Oczywiście gdzieś tam w połowie drogi musiałam się poddać.

BHU: Czemu?

AK: Bo nie było żadnych szans na ten rekord. Chciałam pobić rekord Emilia Conte, która zrobiła to w 41 godzin 180 kilometrów właśnie po Korsyce, to jest szlak uważany za najtrudniejszy w Europie taki treningowy. No i to był mój cel, a w połowie drogi się okazało, że jestem bardzo daleko od tego celu a ten główny cel, który gdzieś tam był tak naprawdę czyli wygrać trochę ze sobą. Jak już go osiągnęłam, pamiętam jak zbiegłam do Vizavonna, tak się nazywała ta miejscowość. To sobie pomyślałam, że ja nie muszę tam już dalej biec wiesz, że po prostu tak dużo z siebie dałam przez ostatni czas żeby w ogóle pojechać na ten szlak i żeby w ogóle stanąć tam na starcie. Wtedy jeszcze przez 40 kilometrów bieg za mną Mateusz Błaszczyk taki mój kolega biegacz też, że jak ja już biegnę do tej połowy to już dla mnie jest wystarczająco że ja po prostu mogę wrócić do domu z takim poziomem satysfakcji, który był jeszcze wyższy niż to, że przebiegłabym ten rekord.

BHU: Ciekawe, że czasem widzisz walczysz o to żeby być pierwsza a czasem ci wystarczy półmetek, co nie?

AK: No tak.

BHU: Ale to fajne, bo to znaczy, że nie napiszesz się tak naprawdę na założeniach, które robisz za bardzo, też podchodzisz do siebie z dystansem.

AK: Jasne i do tych wszystkich rzeczy które robiłam do tej pory też podchodziłem z dystansem. Wiesz, to nie chodzi o to, żeby być pierwszą najlepszą rekordowo, cokolwiek. Oczywiście to jest jakaś dodatkowa motywacja i jest to fajne ale to wszystko co się dzieje po drodze i to co się zyskuje i samego czegoś czego się dowiaduję samemu o sobie i ta cała przygoda, która jest dookoła, zawsze ta przygoda mnie tak pociągała aby coś przeżyć po prostu takiego mocnego, super. Takie, wiesz, wspomnienia i wrażenia z tego świata, który jest taki niesamowity, które ze mną zostaną, żeby to nie była taka płaska linia po prostu, że chodzę, wstaję idę do pracy, wracam. Tylko żeby po prostu były jakieś emocje wrażenia, a że ten sport był wpisany w moje całe życie w zasadzie i wiedziałam, że mam jakieś fizyczno - psychiczne predyspozycje do tego żeby to robić, bo tak jak patrzyłam na moje koleżanki czy na kobiety w ogóle, nie każda kobieta po prostu fizycznie ma takie zdolności czy właśnie taką twardą psyche, żeby takie rzeczy znosić, a skoro ja już dostałam taki dar od losu, od natury, że mogę te wszystkie rzeczy połączyć ze sobą i robić takie rzeczy to nie wyobrażałam sobie tego nie wykorzystywać. To tak jak byś dostał talent i po prostu zakopał go pod ziemią gdzieś. Tak się nie robi. Te talenty trzeba wykorzystywać.

BHU: No właśnie to jest trochę też tak, że mi się tak wydaje, że my gdzieś tam w tym życiu szukamy siebie. A doświadczenie różnych rzeczy, takich bardziej ekstremalnych pomaga nam jednak odnaleźć swoją drogę i pomaga nam nauczyć się siebie i tego czego potrzebujemy od życia, co nie?

AK: Na pewno. Wiesz to często gdzieś tam zaglądanie w głąb siebie. Wiesz, nawet na naszych biegach ultra długo godzinnych czy na długich wybiegach czy gdzieś pobytach w górach, to jest taka rozmowa często ze sobą, przynajmniej w moim przypadku tak jest. Zadawanie pytań, odpowiadanie, szukanie i też bycia takim OK, z tym, że taki jestem na przykład, że nie muszę być tym, tym i tamtym, tylko jestem taka jaka jestem i po prostu powino mi być z tym dobrze i powinnam to zaakceptować, a nie ciągle gdzieś tam szukać porównywać się. Wiesz, to porównywanie do innych też nie jest zawsze dobre. Oczywiście często jest motywujące i gdzieś tam pcha człowieka do przodu ale nie zawsze tak bardzo trzeba się porównywać, tylko po prostu być sobą i na pewno takie wyzwania i podróże i w ogóle odkrywanie to jest odkrywanie właśnie świata, gór, innych ludzi ale też odkrywanie samego siebie, swoich potrzeb, swoich pragnień. Ja tak miałam na Maderze jak pojechałam na MIUTa parę lat temu. Pojechałam tam sama, biegam zawody i zostałam tam jeszcze kilka dni żeby pozwiedzać wyspę. Jeździłam na stopa i po prostu poznawałam ludzi, odkrywałam jakieś miejsca i w pewnym momencie dowiedziałam się, że jest jakieś muzeum gdzieś tam w jakiejś miejscowości, a że ja bardzo lubię muzea, galerie i takie typu rzeczy to postanowiłam tam pojechać i poprosiłam jednego pana w samochodzie, że mógłby mnie tam zawieźć do tego muzeum. I on tak na mnie patrzy i mówi: Ale po co jechać w ogóle do muzeum na Maderze?! Ty nie widzisz coś tutaj dzieje?! Wiesz, góry, morze w ogóle przepiękna wyspa. Ja mówię: no wiem, wiem, byłam, widziałam. Przebiegłam całą tę wyspę więc wiedziałam co się tam kryje, no ale się uparłam, że ja bym bardzo chciała do tego muzeum. No i wysadził mnie, w tym muzeum faktycznie nikogo nie ma, wchodzę, pustki. Poza sezonem i jeszcze mało ludzi, jakby dopiero wtedy do mnie dotarło dlaczego on mnie nie chce tam zawieść, bo przecież tam nikogo nie ma. Ale ja tam weszłam, pamiętam. No właśnie do tego pustego muzeum i tak spojrzałem na to. Wcześniej też miałam jakieś takie myśli o sobie, o tym kim ja jestem, co bym chciała dalej i tak dalej i tak dalej, po tych wszystkich przeżyciach. I weszłam tam i po prostu łzy mi napłynęły do oczu i sobie pomyślałam: no ja chcę studiować filozofię przecież, to jest to co chcę robić, wiesz, zupełnie jakby ja się tego tak nie spodziewałam. I to było dla mnie tak coś zupełnie nowego, że jestem w podróży po biegu przyszłam do muzeum i nagle po prostu w samotności, w tym wielkim budynku, wśród tych wszystkich prac i w ogóle, odkryłam, że ja chcę studiować filozofię, że to było dla mnie w ogóle jakiś totalny kosmos. Więc odkrywanie jest jakby na różnych poziomach też. Swoich, siebie, swoich potrzeb, swoich myśli.

BHU: I to jakiś impuls cię kierował do tej galerii, rozumiem?

AK: Tak, potem tak to odczytałam. Wiesz, że ja się tak bardzo uparłam, że ja chce tam jechać i on mówi: nie, ja cię zawiozę tam! A jak mówię: nie, ale ja chcę tam! Siedziałam w tej galerii chyba jeszcze z godzinę i jak wyszłam stamtąd, to sobie pomyślałam, że musiałam tu przyjechać po prostu z jakiegoś powodu musiałam tu przyjechać.

BHU: Genialne. I rzeczywiście poszła na studia filozoficzne?

AK: Tak, kilka miesięcy później zapisałem się na UW na filozofię zaoczną i jestem w trakcie kończenia tych studiów.

BHU: Ale super! Jezu jak ty to wszystko godzisz? Przecież ty robisz tyle rzeczy w życiu. Festiwal Outdoorowy, Gate Way, ZUK, hostel w Poznaniu. Nie wiem jak bardzo jesteś zaangażowana w tym hostelu, wiem, że jest spora ekipa.

AK: Hostelu już nie ma niestety. W grudniu zamknęliśmy.

BHU: Jejku, dlaczego?

AK: Wiesz co, z różnych powodów. Czynsz najmu został tak podniesiony wysoko, że po prostu [...].

BHU: Bo to było centrum?

AK: To było centrum miasta. Wynajmowaliśmy tam lokal i niestety po siedmiu latach musieliśmy zamknąć działalność. Końcówka roku była trudna, stresująca i taka sentymentalna mocno.

BHU: I nie udało nam się przenieść tego hostelu na inne miejsce?

AK: Nie. No szkoda. Szkoda, ale no niestety życie się toczy dalej. Robimy nadal inne rzeczy POCO LOCOwe.

BHU: Jakie są to rzeczy?

AK: Bieg Forest Run, ZUK. Forest Run się odbywa w lutym i we wrześniu pod Poznaniem. Właśnie ZUK. Robimy taki bieg charytatywny w Olsztynie Zadyszka, właśnie festiwal Gate Way. Być może na horyzoncie się pojawią jakieś nowe rzeczy, zobaczymy. Póki co mamy chwilowy przestój. Ania właśnie urodziła synka niedawno i uczymy się na nowo wszystkiego ale jest dobrze. Na razie jest troszeczkę wolniej, mam wrażenie. Ale może to była też potrzebne.

BHU: My dobrze Agnieszka dziękuję Ci bardzo. Pogadajmy o tym ZUKu, tak dokładniej. [śmiech] Opowiedz mi jak się w ogóle narodził ten pomysł. Poza tym, że już powiedziałeś o tym, że lubisz, że chciałaś zrobić pierwszy zimowy ultra maraton w kraju.

AK: Wiesz co, nie, to nie było tak, że chciałam zrobić pierwszy zimowy ultra maraton. Chcieliśmy zrobić Memoriał Tomka. To była pierwsza podstawowa rzecz no i wtedy jeszcze pamiętam z Grzegorzem Młuczko z Natural Born Runners, z tego sklepu biegowego z Poznania.

BHU: Pozdrawiam Grzegorza.

Pozdrawiamy Grzegorza, tak jak i ekipę NBRu. Razem trenowaliśmy w ogóle. Ja, Grzegorz i Tomek. Gdzieś tam się spotykaliśmy na Malcie, trenowaliśmy. Więc, ponieważ obydwoje byliśmy z tego świata biegowego i w ogóle, no to postanowiliśmy, że zrobimy ten memoriał potem oczywiście zaraz dołączyła Ania do naszej trójki i tak to powstało. Więc to był priorytet. Po prostu Memoriał Tomka, a że chcieliśmy żeby to był ultra maraton, bo sam Tomek biegał w ultramaratonie. Z resztą razem też biegaliśmy w ultra maratonach.

BHU: No właśnie, nie powiedzieliśmy o tym, że ty jeszcze po górach biegasz oczywiście. Chociaż nie startujesz często w zawodach, prawda?

AK: Wiesz co w zeszłym roku prawie w ogóle nie startowałam, bo jakaś kontuzja taka długotrwała mi się przypałętała, więc musiałam trochę odpuścić. W zasadzie tylko jedyny start na tych mistrzostwach Europy Adventure Racing, zeszłym roku. Natomiast wcześniej tak, od 2011 do 2018 w zasadzie startowałam dużo.

BHU: I to z fajnymi wynikami często swoimi wynikami. No dobrze to wracamy do tego ZUKa.

AK: No właśnie, no i pojawił się pomysł tego memoriału. Zastanawialiśmy się co zrobić, jak to ma wyglądać, gdzie i w ogóle i w ogóle. No i padło na Karkonosze. Ponieważ ja tam z Tomkiem jeździłam i mieliśmy plan żeby tam zamieszkać w ogóle w przyszłości. No to takim naturalnym jakby wyborem było, że to będzie tam. A później był temat kiedy jak co i jak. No i Grzegorz wtedy mówił: słuchaj a może byśmy to zrobili. I wtedy wiesz, ja mówię: kurcze super pomysł! Na początku nie widziałam tych przeszkód wszystkich, które widział oczywiście GOPR i Park Narodowy i wszyscy. Ja od razu mówię nie no super, ekstra, robimy. Później się okazało, że to nie jest wcale takie proste, i że ten pomysł jest trudny i wymagający bardzo ale nie poddaliśmy się. Później była oczywiście kwestia nazwy jeszcze. Zastanawialiśmy się co z tą nazwą. To było siedem lat temu jak ja sobie to wszystko teraz przypomnę, że siedzimy u mnie w kuchni i myślimy nad tym a potem tak to się wszystko potoczyło i ten bieg tak się rozrósł w ogóle.

BHU: Jakie były pomysły na nazwę inne?

AK: O jejku, wiesz co, różne, jakieś przeróżne. Siedzieliśmy ze znajomymi na piwie gdzieś tam w knajpie i wymyśliliśmy. Jakąś taką kartkę mam jeszcze historyczną z tym gdzie, kto, coś tam pisał. Już nawet nie pamiętam co to było ale było tego dużo. Wiesz, każdy chciał tam swoje pomysły przekabacić i później trakcie rozmowy gdzieś tam już z Anią i z Grzegorzem, już nie pamiętam kto z nas ale coś takiego powiedział: słuchajcie a może po prostu Zimowy Ultramaraton Karkonoski, już nie wymyślajmy za dużo bo może nie potrzeba. Może po prostu to jest najlepsza nazwa. I powiedzieliśmy, no w sumie okej, masz rację. Koniec dyskusji. To jest po prostu najlepsza nazwa i tak powstała właśnie nazwa Zimowy Ultramaraton Karkonoski im. Tomka Kowalskiego. Później poprosiliśmy o logo Staszka Berbeke na Macieja Berbeki, z którym właśnie Tomek zginął na Broad Peaku to było dla nas wszystko takie ważne, istotne, żeby tak się działo. Staszka spotykaliśmy się z rodziną Berbeków. Znaliśmy się wiedzieliśmy, że Staszek jest świetnym grafikiem. Więc tak jak mówię, to było takie emocjonalne też istotne, że on akurat to zrobił. Zresztą które nam się bardzo podobało i było takim WOW od razu. Później to się wszystko jakoś tam dalej toczyło.

BHU: To jak wyglądała ta pierwsza edycja? Powiedz z czym się twoja wizja romantyczna wspaniałego, zimowego biegu. Kiedy się spotkała z rzeczywistością, to co się okazało?

AK: Okazało się, że to jest ogrom pracy po prostu. Nam się wydawało, wiesz, tak jak pewnie większościom ludzi, którzy nie organizują zawodów, że to, po prostu się staje na mecie i po prostu się biegnie, a potem się przebiega i się dostaje medal i to są zawody.

BHU: No to czym dla Ciebie są te zawody?

AK: Tej pracy jest po prostu ogrom. Od różnych pozwoleń, zgód organizowania całych tych wszystkich świadczeń itd. itd. Tego jest naprawdę bardzo dużo i ta pierwsza edycja była o tyle trudna, że przecierali szlaki. Raz, że my sami ze sobą. Czyli musieliśmy się nauczyć, wiesz, jakichś regulacji prawnych, wykorzystywania dróg itd. To wszystko było dla nas nowe. Nikt z nas się nigdy wcześniej tym nie zajmował, więc musieliśmy się tego wszystkiego dowiedzieć. Oczywiście popełnialiśmy błędy. Temu nie powiedzieliśmy, a trzeba było, to ten zadzwonił wściekły, że trzeba no to jedziemy do Karpacza przepraszać i składać pismo. Trzeba było się z tego wszystkiego uczyć. Na szczęście w Karpaczu i w Jeleniej Górze wszyscy byli do nas mimo wszystko pozytywnie nastawieni i nawet jak coś tam nabroiliśmy na początku to później było już OK, dobrze, wszystko jest w porządku, proszę się nie martwić. Tak, że to było fajne. Na początku w ogóle samym też bardzo mieliśmy wsparcie tamtej społeczności m.in. Rafał Froniak polski himalaista, pomógł nam w spotkaniach na miejscu, ponieważ on tam wszystkich znał i jest mieszkańcem Jeleniej Góry, po prostu znał Park, znał wszystkich i wszystkie władze, załatwił nam spotkania właśnie z burmistrzem czy z Parkiem Narodowym, GOPRem i mieliśmy taki powiedzmy wstęp od człowieka stamtąd, więc to było super, że tak bezinteresownie nam pomógł. Zresztą parę osób nam bezinteresownie pomagało to też było super. Część z nich nie wierzyła w to, że coś się uda a jednak nam pomagała później. Ostatnio rozmawiałam z moim kolegą Wojtkiem, który nam pomagał wtedy bardzo. Tak mailowo zupełnie zdalnie i rozmawialiśmy właśnie, wspominaliśmy te lata, i on mówi: no wiesz Aga, ja ci pomagałem, odpisywałem na maile i dawałem wszystkie rady, ale ja naprawdę nie wierzyłem, że się uda. Po prostu nie chciałem ci tego mówić. No ale się udało. Byliśmy bardzo zdeterminowani po prostu te wszystkie przeszkody po prostu, przeskakiwaliśmy jakoś. I tak to było, stanęło 147 osób z tego co pamiętam, a było na starcie 38. No i pobiegli po prostu. To była taka nagroda ogromna za trud i za ten wysiłek. Nikt do końca nie wiedział jak to się potoczy czy oni w ogóle dobiegną czy nie. Czy to się da czy to się nie da. Jeszcze pamiętam taka była śmieszna sytuacja ze startu właśnie. Oznaczyliśmy całą trasę w górach. Grzegorz z ekipą NBRu, oni zawsze to tak świetnie robią. A zapomnieliśmy w ogóle, że w mieście trzeba oznaczyć dwie trasy. To było, jakoś tak sobie wyobrażaliśmy, że przecież oni będą wiedzieć gdzie biec. A to przecież tak nie było zupełnie, jakoś nie dogadaliśmy tego tematu. Pamiętam, że Ania do mnie podbiega bo tam na 5 czy 10 minut przed startem i mówi: Ty, Korpi, a jak oni będą biegli przecież przez to miasto, tutaj jest, wiesz trzeba skręcić ostro w prawo, a droga ewidentnie sugeruje żeby lecieć prosto na Jelenią Górę. Ja po prostu zamarłam, wiesz! 7 minut do startu i mówię o rany, co teraz! Po prostu już widziałam katastrofę zupełną. No ale wtedy podbiegam do komendanta z policji i tak patrzę na niego i mówię: musi mi pan dać radiowóz! I on też patrzy na mnie i po prostu tak jest zdziwiony w ogóle bo przerwała mu jakąś rozmowę. Mówi: ale o co chodzi, co się stało?! Ja mówię: musi mi pan podać radiowóz w tej chwili siadamy i po prostu jedziemy i znajdujemy trasy zawodnicy będą biegli za radiowozem. Dobra siadamy! Faktycznie te pierwsze metry po prostu przejechaliśmy w radiowozie i oczywiście nikt nie domyślił, że to tak wyglądało, bo wyglądało to tak jakby tak miało być. Natomiast, to będziemy na pewno pamiętać, zbierać takie smaczki do końca życia.

BHU: Opowiedz mi czego najbardziej nie lubisz w organizowaniu takich imprez biegowych? W sensie, bez czego mogłabyś żyć?

AK: Ojejku, bez tej papierologii całej. Jest tego dużo. Z roku na rok coraz więcej.

BHU: Z czego to wynika? Różne regulacje nowe wchodzą, przepisy?

AK: Tzn. ja tak to oceniam: ponieważ tych imprez się pojawiło bardzo dużo. Wcześniej to były głównie jakieś maratony uliczne, półmaratony, często we współpracy z gminami, to często robiły OSiR. One się dokonywały z policją itd. Teraz, na przestrzeni lat tych biegów takich trailowych czy jakichś takich miejskich organizowanych przez stowarzyszenia, przez firmę, przez jakieś organizacje po prostu wzrosło. I te przepisy się zmieniają z roku na rok. Ustawy po prostu dochodzą pozwolenia mimo, że nie jesteśmy imprezą masową i nigdy nie będziemy. Nigdy tych tysiąca osób nie przekroczymy. I tak właściwie wszystkie papiery musimy składać takie jakbyśmy byli imprezą, pozwoleń po prostu czasami, że od papieża niedługo będziemy musieli mieć podpis żeby ZUKa zrobić, bo naprawdę jest tego dużo. Oczywiście jest to też zrozumiałe, bo akurat my biegniemy przez drogę krajową nr 3, która jest jednocześnie drogą międzynarodową i po prostu też w związku z tym mimo, że jesteśmy na tej drodze 7 minut czy 8, to jednak te papiery wszystkie muszą być wypełnione zgodnie z prawem.

BHU: Powiedz ile czasu zajmuje Tobie i Twojej ekipie przygotowanie ZUKa w ogóle? Jesteś w stanie to jakoś ocenić? Bo pewnie pracujecie nad tym kilka miesięcy tak po malutku.

AK: Tak mocno zaczynamy pracować od października nad tym do marca. Oczywiście to nie jest taka praca na pełen etat tylko gdzieś tam, jakieś tematy się toczą. Coś trzeba wcześniej, coś trzeba przygotować znacznie wcześniej i pilnować po prostu niektórych rzeczy. Natomiast taka sama bezpośrednia organizacja, to już jest taki miesiąc przed, to wszystko się kumuluje, zamyka, dopina. Trzeba nad tym wszystkim trzymać pieczę. Jesteśmy we 2 z Anią głównymi organizatorami, natomiast oprócz nas jest jeszcze 7 liderów, którzy mają swoje strefy, którymi się zajmują. Oni są taką pierwszą linią, naszymi prawnymi rękoma, a później jest właśnie ekipa tam prawie 90 wolontariuszy, którzy już bezpośrednio robią takie na samym wydarzeniu rzeczy. Czwartek, piątek, sobota, niedziela.

BHU: Już niedługo się zaczyna ten intensywny okres, co?

AK: No niedługo się zaczyna. Tak, tak. No już teraz się to wszystko tak intensywnie nawarstwia ale, no to też jest przyjemne. 

BHU: No właśnie, lubisz to?

AK: Lubię to, lubię to.

BHU: A co lubisz w tym najbardziej? To że biegacze mają satysfakcję czy [...]?

AK: To też, to bardzo lubię. Wiesz, zmęczone twarze ale takie usatysfakcjonowane. Często widać bardzo te emocje na mecie i często to jest jakaś taka kumulacja różnych emocji, taki wachlarz. I to gdzieś tam na mecie wypływa z zawodników. To jest albo taka niepohamowana radość albo czasem łzy wzruszenia. Wiesz, że się przybiegło na metę, to jest super. Ja to bardzo lubię. Bardzo lubię być długo w ogóle na mecie. Nie zawsze tak się da żeby być do ostatniego zawodnika ale bardzo lubię być długo mimo, że często jest po prostu zimno i naszych wolontariuszy też dostają w kość mocno. Tyle godzin na mrozie. Ale tak, to bardzo lubię, a poza tym lubię spotkania z tymi ludźmi. Dla nas to było zawsze bardzo ważne żeby ZUK był takim miejscem spotkań i miejscem poznawania ludzi. Bardzo dużo naszych znajomych startuje w tych zawodach. W tym roku to już w ogóle bardzo dużo przyjeżdża znajomych, jakichś tam biegaczy sprzed lat czy nawet z ekip rajdowych, w których startowaliśmy nawet razem z Tomkiem. Tyle lat temu już! I oni nagle do mnie dzwonią i mówią: słuchaj chciałbym pobiec. No wiesz to są takie często relacje, które może to nie jest tak, że jesteśmy przyjaciółmi na co dzień ale startowaliśmy razem w zawodach, wiesz znamy się, startowaliśmy razem z Tomkiem i jak ktoś teraz po tylu latach przyjeżdża i chce pobiec w tym biegu to jest dla mnie taka naprawdę duża, duża radość. Poza tym bieg jest na tyle powiedzmy mały, te 400 osób, to jest taka liczba, która pozwala poznać tych ludzi też bardziej być na bieżąco. Można z wieloma osobami po prostu porozmawiać, poznać. Jest wiele osób takich, które na pierwszej, drugiej edycji poznaliśmy i teraz się znamy i się kumplujemy i w ogóle. Ja widzę, że też ludzie przyjeżdżają po to, żeby spędzić tam czas z innymi znajomymi. Są osoby, które przyjeżdżają pokibicować po prostu, żeby tam być. W zeszłym roku przyjechała ekipa wspinaczy którzy byli akurat w Rudawach i znali Tomka i po prostu przyjechali do nas na piwo, żeby się z nami spotkać. Tak, że to jest super te spotkania i ta wymiana doświadczeń i wspomnienia jakieś. Nasza impreza później na koniec, w sobotę, która jest takim momentem, że można na spokojnie już bez tego takiego stresu przed startowego [...]. Bo wiesz, przed startem wiele osób jest skupionych po prostu na sobie, na sprzęcie, na przygotowaniu, na spaniu, na jedzeniu. A po biegu, wszyscy są zmęczeni ale zrelaksowani i często to jest tak, że po prostu siedzimy do rana i rozmawiamy, bawimy się to jest super. Myślę że gdyby bieg był większy, nawet o kilkaset osób, to już byłoby to niemożliwe. 

BHU: Tak, muszę powiedzieć, że to jest impreza [...], bo w zeszłym roku udało mi się pobiec i jest to impreza, która ma niesamowity klimat. Zwłaszcza to ostatnie spotkanie w Mieszku, wieczorne jak rozdajecie nagrody. Naprawdę czuję się taką domową atmosferę można powiedzieć i jest tak ciepło i fajnie i wszyscy są uśmiechnięci, właśnie jakby wszyscy byli w bardzo podobnym klimacie tam. Jest taki wyższy poziom zrozumienia troszeczkę niż na innych biegach. Nie wiem kompletnie na czym to polega.

AK: Wiesz co, ja też nie wiem do końca na czym to polega i też czasami się zastanawiam jak to jest, że to tak wygląda. Może to dlatego, że ta ekipa wolontariuszy, która jest organizacyjna, my się znamy wszyscy od wielu lat. To jest często trzon jakby tej całej ekipy, to są ci sami ludzie z roku na rok, nasi przyjaciele rodzina Tomka, która przyjeżdża co roku i to jest dla nas też jakieś takie święto. Dla nas takie spotkanie w ogóle często jest tak, że z niektórymi z tych ludzi spotykamy się tylko na ZUKu. I to jest taki jedyny weekend w roku, gdzie wiadomo, że jest jeden cel ważny dla wszystkich, że się widzimy razem. Oczywiście ja i Ania mamy mało czasu żeby z każdym porozmawiać, co jest niemożliwe, ale wiemy, że oni się cieszą, że są razem, że to jest taki czas wspólny. Część z naszej ekipy też biega, zna się z biegaczami i wiesz, to jest taka po prostu jakaś taka wzajemna... Może rodzina to jest za dużo powiedziane, ale taka bliska społeczność po prostu, która jakoś tak się wytworzyła na przestrzeni tych lat i to jest super. Ja to tak oceniam, że to jest też taki duch Tomka po części. On taki po prostu był też, on skupiał wokół siebie po prostu masę Ludzi różnych. Gdzie nie pojechał, miał znajomych, w Poznaniu po prostu skrzykiwał 30 osób na jedno piwo, na jedną imprezę. Z każdym miał takie bliskie relacje. Potrafił naprawdę blisko trzymać się z wieloma osobami. Był zawsze taki dociekliwy i wścibski czasem. Wiesz, zadawał niewygodne pytania często swoim znajomym, które go po prostu zbliżały z ludźmi i on rzucał prosto z mostu, przy tym miał niesamowicie ciekawe poczucie humoru i po prostu zjednywał sobie ludzi i takie się ma poczucie, że on tam jest po prostu gdzieś między nami i to jest też super, że ta pamięć o nim gdzieś tam cały czas jest, nią tak jakby między nami, gdzieś tam żyje i po prostu ten jego duch jest obecny.

BHU: A powiedz jak powstała w ogóle trasa tego biegu. Czy ona też wynikała z jakichś doświadczeń z treningów z Tomkiem na przykład?

AK: Też. Byliśmy kiedyś razem właśnie jakoś w kwietniu, to jeszcze była taka zimowa aura i też przebiegliśmy większość we dwoje, większość tego grzbietu to dla mnie był taki pierwszy pomysł, że to można w ten sposób zrobić. Pomijając fakt że właśnie ja mam bzika na punkcie takich szlaków zrobionych i właśnie takiego, że patrzę na mapę i mówię: tu jest początek tu jest koniec. Teraz też byliśmy z Krzyśkiem w tym roku w Fogaraszach biegowo i też zrobiliśmy po prostu od początku do końca biegowo całe góry. Jakoś tak mi się zawsze składa, że to tak ma być. I na początku w ogóle bieg, ja bardzo chciałam żeby był przez Grzbiet Lasocki żeby biegł, czyli taką powiedzmy odnogę z okraju się po prostu skręca nie w lewo tylko w prawo. Natomiast tam jest obszar ochrony ścisłej i od początku był po prostu to było niemożliwe żeby tam zrobić zawody. To jest jakby geograficznie to powiedzmy za grzbietem Lasockim tak naprawdę jest koniec Karkonoszy. Natomiast tak jak mówię, ze względów ochrony przyrody się tego nie dało zrobić, no i tak wyszło, że trasa tak biegnie ona na początku, w pierwszym roku biegła na odwrót. Start był właśnie w Karpaczu a meta była w Jakuszycach. Natomiast później stwierdziliśmy z różnych względów że jednak znacznie lepiej jest jak jest to na odwrót logistycznie i tak w ogóle ta meta w Karpaczu wygląda znacznie lepiej niż w Jakuszycach. Teraz w ogóle jest tam jeden wielki plac budowy w Jakuszycach, więc tak czy siak musiałoby się zmienić. Natomiast to była dobra decyzja, po prostu żeby to przesunąć do Karpacza. Tam z roku na rok ta trasa się troszeczkę zmienia też, bo co chwilę coś dochodzi czy to nie możemy biec zielonym szlakiem, bo jest ochrona cietrzewia taka ścisła. To musieliśmy zmienić w jednym roku przebieg szlaku, później godzinę startu, później znowu przebieg szlaku, w tym roku znowu coś tam Czesi akurat na Karkonoski Park Narodowy tylko Czeski, też jakieś nowe obostrzenia tam nam dał. Tak żeby idealnie ta sama była trasa, jak co roku, to nigdy tak nie było. Zawsze są jakieś tam choćby te 5 proc. od normy tak jak w zeszłym roku, pierwotnie gdyby zawody odbyły na całej trasie to też miał być taki skrócik po czeskiej stronie inny, żeby nie biec czarnym grzbietem. No tak, że zawsze jakieś tam są zmiany.

BHU: No właśnie, zeszły rok był chyba trudny. I jak ty w ogóle podchodzisz do tego jak musisz nagle z 50 kilometrów zrobić 20? Myślę, że jest ci też trochę przykro, że musisz to powiedzieć wszystkim biegaczom, a z drugiej strony doskonale sobie zdajesz sprawę dlaczego to robisz, że robisz to dla bezpieczeństwa tych biegaczy.

AK: Oczywiście, że tak. Wiesz, to była decyzja trudna. Obserwowałem tą pogodę przez kilka dni, tak naprawdę od wtorku już siedzieliśmy na prognozie pogody i sprawdzaliśmy. Na początku nie wyglądała tak strasznie we wtorek i środę. To było takie, że no może nie będzie lampy ale będzie OK i to po prostu tak eskalowało, z dnia na dzień z dnia na dzień, coraz gorzej i w ten piątek od samego rana w zasadzie toczyła się dyskusja co dalej. I oczywiście, że to było trudne i to nie było przyjemne powiedzieć zawodnikom, że nie biegniecie 54 tylko 20. Natomiast to była jedyna możliwa decyzja, którą mogliśmy podjąć. I oczywiście po odprawie były niezadowolone osoby i takie głosy, że ktoś wiesz, że to jest mało, że 20 kilometrów to nie jest bieg ultra itd. Natomiast ja też wiedziałam że wiele z tych osób po prostu nie zdaje sobie sprawy z tego czym będzie ta pogoda. My znamy Karkonosze bardzo dobrze, jak własną kieszeń. Ja tam jeżdżę od wielu lat byłam tam wiele razy, w bardzo trudnych warunkach i po prostu ta prognoza pogody, którą widzieliśmy na raportach. Ja wiedziałam czym ona będzie w rzeczywistości. Ja to czułam po prostu na własnej skórze co się tam będzie działo. A wiedziałam, że większość z tych osób, która nie była w Karkonoszach tak często, bo jest oczywiście część zawodników która bywa regularnie i też znają te góry bardzo dobrze i wiedzą, że one mają bardzo trudny alpejski charakter, i że jak się po prostu zrąbie pogoda, to się zrąbie na amen i jest bardzo trudno, ale większość jednak z tych osób była taka, która nie zdawała sobie sprawy co to będzie. I ja do tego podchodziłam z takim dużym spokojem, że są jakieś głosy, które są niezadowolone i są malkontenci itd. Ale po prostu pogadamy w sobotę po południu. Na mecie powiedzcie czy chcieliście biec dalej czy nie. I tak faktycznie się stało. Wiesz osoby, które częściowo te osoby które narzekały i były niezadowolone przychodziły do nas w odrodzeniu na mecie, w schronisku tam gdzie była meta i mówiły dzięki dziewczyny, że nie musimy biec ani kilometra dalej. Ja jestem pewna i od początku byłyśmy, że to była jedyna słuszna decyzja po prostu.

BHU: Taka była moim zdaniem, absolutnie. 

AK: Tak. I jestem też wdzięczna nam i naszej ekipie też, która stała za nami murem i która nam w tej decyzji towarzyszyła, wolontariuszy i wszystkich, że wiedzieli, że podejmujemy dobrą decyzję i nie było nikogo kto tam gdzieś próbował nas od tego odwieść tylko wszyscy nas w tym jakoś wspierali i byli z nami. Tak jak mówię, to była jedyna słuszna rzecz, a myślę, że dla wielu osób, które to przeżyły, to było też takie jedno z niewielu doświadczeń życiowych.

BHU: Bardzo intensywne!

AK: Intensywne, które dużo uczy też na przyszłość, że też często te niskie góry są lekceważone i gdzieś tam się wydaje, że to tylko 1400 metrów a po prostu naprawdę czasem to potrafi tak dać w kość jak niejeden alpejski 4 tysięcznik.

BHU: Chociaż też przeżyłem taką sytuację gdzie biegam z tego Odrodzenia już do autobusu i mijam turystów, którzy wchodzą na górę. Jak się zastanawiam, wiesz, oni jeszcze nie dostali tym wiatrem.

AK: No tak. Co innego jest w lesie na dole, a co innego na grzbiecie, prawda?

BHU: Też jest nazwałem jak im pójdzie tam na górze i co zrobią. Chociaż to też nie można porównywać bo biegacz jest zupełnie inaczej ubrany niż klasyczny turysta. My w tych naszych ciuszkach jakbyśmy się tam zatrzymali na kilka minut to moglibyśmy nie zejść na dół po prostu, musieliśmy się ruszać. Turyści jednak są ubrani znacznie cieplej. No było kilka takich sytuacji które dawały do myślenia. Niektórzy postanowili biec dalej też. 

AK: Było parę takich osób faktycznie. Część osób, chyba ze dwie osoby do mnie podeszły i powiedziały, że oddają numer startowy, one już nie są biegaczami i biegną dalej. Oczywiście to odradzałam i w pewnym sensie pukałam się w głowę, ale ja nie mogę nikogo zamknąć w toalecie i powiedzieć, że teraz po prostu tutaj siedzisz i koniec. Uznaliśmy, że to jest po prostu koniec zawodów, to jest meta, oni nie mają numeru startowego itd. Uwierz, mi to ciężko komentować, nie wiem co motywowało takie osoby. Często jest tak, że ktoś ma może inne poczucie termiki zupełnie i to co dla ciebie jest totalnym wychłodzeniem i czujesz się niekomfortowo dla kogoś innego może być całkiem spoko i porusza się normalnie.

BHU: Tak czy siak podważanie takich decyzji mogłoby nie mieć miejsca. Zwłaszcza, że po prostu wszyscy się tam spotkali po prostu żeby fajnie spędzić czas, a nie żeby odbębnić całą trasę. Niezależnie od wszystkiego.

AK: No to prawda. Ja też tego do końca nie rozumiałam, bo z takiego nawet szacunku dla tej naszej decyzji, dla tych wszystkich biegaczy i dla tych wszystkich wolontariuszy, którzy dali z siebie po prostu maksa totalnego. Wyobraź sobie żeby osoby, które sędziowały na trasie, które właśnie, tak jak mówisz, nie ruszały się, tylko po prostu stały żeby znakowany dla was trasę, żeby być na miejscu, żeby pilnować tak samo jednostki GOPRu, które były na górze, wiesz to był ponad przeciętny wysiłek po prostu. I to też wydaje mi się należało uszanować, że to nie tylko ja jestem i po prostu mam dwie nogi i będę biegł dalej, tylko to wszystko co się dzieje dookoła i przede wszystkim nasz stres. Gdyby komuś się coś tam, nawet jeśli nie ma numeru startowego nie biegnie już, jest prywatną osobą. 

BHU: To nadal byłby powiązany z biegiem.

AK: To nadal jest częścią naszej rodziny powiedzmy, bo nie przyjechał tutaj dla nas i teraz gdyby coś się stało, no to by było bardzo ciężkie przeżycie po prostu dla nas też.

BHU: No i nawet właśnie jak by się komuś coś stało, a byłoby jakieś dochodzenie, to i tak byłoby to powiązane z biegiem. I tak miała byś potem kolosalne problemy z kolejną edycją.

BHU: Jest coś w biegaczach, którzy się komunikują z tobą albo z innymi organizatorami, co cię denerwuje. Jakieś pytania powtarzające się, których wolałabyś nie słyszeć, albo jakieś takie dziwne sytuacje?

AK: Chyba nie. Oczywiście te pytania są, one dość często pojawiają te same, ale staramy się do tego podchodzić z taką cierpliwością i życzliwością. Gdybyśmy mieli, nie wiem półtora tysiąca zawodników albo dwa albo dwa i pół, jak to jest na niektórych festiwalach, to nie dałoby się odpowiadać na te wszystkie pytania tak rzetelnie i w ogóle i w ogóle, tylko by było po prostu: sprawdź w regulaminie. Tam jest większość po prostu napisana. Natomiast my jakoś przy tej ilości osób, która jest, staramy się na te pytania odpowiadać. Jest to do ogarnięcia. Też wiesz, ultra maratończycy to jest też bardzo fajna grupa ludzi. Te też właśnie na ZUKu często widać, że to po prostu są fajni, pozytywni, mili ludzie. Jest bardzo mało osób, które są jakieś wulgarne czy takie roszczeniowe powiedzmy, bo to często może tak być, że biegacze są jakoś tam roszczeniowi. To czasami widać gdzieś tam indziej ale Ultrasi to jest po prostu taka fajna grupa, fajnych ludzi. Każdy ma swoją jakąś osobną historię. Ja uwielbiam tego słuchać, tych historii różnych rajdowych w ogóle rajdowych czy właśnie biegowych. Wsiąknęłam tak bardzo w to środowisko rajdowe m.in. dlatego, że to był po prostu zlot jakiś totalnych freaków, którzy każdy miał jakąś swoją osobną zajawkę, swoje rzeczy, jakiś kajaki dmuchane w domu po prostu, jakieś wycieczki nie wiadomo skąd. Ja sobie pomyślałam: Boże, gdzie ja jestem, z kim ja jestem. Ja też tak chcę i z ultrasami też tak jest. Każdy ma po prostu jakąś swoją życiową historię, często ciekawą, swoje przygody górskie. Tego się super słucha i to właśnie jakoś tak rzutuje chyba na cały obraz tej grupy, że ona jest po prostu fajna i też może góry też tak uczą takiej prostoty większej, takiego dystansu do jakiejś błahostek. Że nie spierasz się, że tam miał być żel pomarańczowy, a dostałem coca colę. To nie są istotne rzeczy w ogóle, do tego trzeba mieć dystans i często utrasi mają do tego dystans i to jest właśnie bardzo fajne i bardzo to lubię i też nasze dziewczyny w biurze zawodów też zawsze mówią, że kurczę że ci zawodnicy to tacy fajni że moglibyśmy tutaj te dwa dni te numery startowe wydawać. [śmiech] Zawsze to jest jakieś takie pozytywne spotkanie. Czasem można sobie porozmawiać, pośmiać się także tak oceniam naszą społeczność.

BHU: Fajnie. Jesteś bardzo tolerancyjna. Słuchaj opowiedz co dalej, jakie masz wyzwania? Coś sobie tam wypatrzyłaś na mapie jakieś ładne górki, jakąś ładną trasę od punktu A do punktu B?

AK: Tam sobie patrzyłam. Mamy jakieś tam plany ale myślę, że jest kwestia kilku lat tak naprawdę, żeby to zrealizować. Nie czuję się teraz ani zdrowotnie na ten moment, muszę się trochę podreperować i z tą kontuzją i tak w ogóle fizyczno - psychicznie jednak to naginanie czasoprzestrzeni właśnie, i tyle tematów na głowie naraz i jeszcze treningi i jeszcze przyjaciele i rodzina i wszystko to spowodowało, że ostatnie siedem lat było po prostu bardzo intensywna dla mnie. I czuję, że moje ciało i moja głowa potrzebują troszeczkę odpoczynku, urlopu. Tak, ale już tam tuptam nóżką pod stołem i już myślę o jakichś kolejnych rzeczach. Mam w planie jedną wyprawę ale na razie nie będę zdradzała.

BHU: To tylko powiedz czy biegowo, rowerowo...

AK: Rowerowo. Na razie muszę zobaczyć jak moja noga w ogóle z tym bieganiem będzie dalej się trzymać. Więc na razie rowerową.

BHU: Opowiedz jak ty się relaksujesz w ogóle, tak na co dzień?

AK: Głównie książkami. Kocham książki, uwielbiam. Teraz filozofia jest dla mnie taką dużą odskocznią właśnie. I wiesz co, ale tak najbardziej co mnie odcina, już pomijając jakieś wycieczki górskie paradoksalnie w dużej mierze relaksuje się właśnie byciem w outdoorze po prostu. Wiesz, organizacja imprez czy to co robimy jest często związana po prostu z siedzeniem przed komputerem. W dużej mierze to tak się odbywa. Wiadomo, że trzeba czasem pojechać w teren, ale tej pracy jest znacznie, znacznie więcej przed komputerem i w papierach. Więc bycie w górach czy nawet w lesie jest dla mnie dużą odskocznią i dużym relaksem. I właśnie książki albo przebywanie z rodziną, ze znajomymi czy właśnie z córkami mojego brata. Mój brat ma trzy urocze córki, które jak jestem z nimi i się z nimi bawię to po prostu nic innego nie ma na świecie.

BHU: W jakim wieku są dziewczyny?

AK: 6, 4 i 2. Także wiesz, taki wiek intensywny bardzo, ale kocham je nad życie i uwielbiam spędzać z nimi czas. I to jest właśnie taki zupełnie inny rodzaj relaksu. Z jednej strony, wypompowują cię na maksa i są wymagające i w ogóle ale to jest taki super czas. Ja pamiętam dwa lata temu jak byliśmy ze Słonikiem z Dominikiem drugie miejsce w Biegu Rzeźnika zajęliśmy i zaraz później ja musiałam jechać do domu do Szczecinka przez całą Polskę po prostu przejechać, żeby być na jakiś tam urodzinach, którejś z dziewczynek czy coś takiego. Wszystko mnie bolało, po prostu. Jak po każdym takim biegu i było tylko takie "ciociu goń mnie, ciociu goń mnie" i wierzga w tych nogach po prostu, bolących. Marząca tylko o tym żeby posiedzieć albo żeby ktoś mi po pasował. Było gonienie, to się prostu zagryza zęby i się to to robi. To jest super.

BHU: Czyli ty tak aktywnie też wypoczywasz?

AK: Aktywnie wypoczywam. No chyba, że właśnie czytam. To też jest dla mnie taki inny świat zupełnie.

BHU: No, na tej tej filozofii to masz troszeczkę lektur. 

AK: No jest troszeczkę czytania, tak. To często są też trudne lektury, które wymagają takiej podwójnej atencji i takiego skupienia dużego, żeby w ogóle coś zrozumieć co tam ktoś miał na myśli. Ale to jest też taka fajna odskocznia, wiesz umysłowa.

BHU: A tę filozofię traktujesz rzeczywiście czysto hobbystycznie?

AK: Tak, czysto hobbystycznie. Dla siebie, dla zrozumienia, odkrywania. Odkrywanie dla mnie to nie jest tylko las, góry i przestrzeń. Tylko odkrywanie jakichś tam, w głąb siebie, zagadek rożnych, to jest super. Polecam. Filozofia jest taką dziedziną, która jest tak stygmatyzowaną na taką trudną, niedostępną. Tylko częściowo ludzie mogą to robić, bo jest po prostu za trudna, a w cale tak nie jest. To jest dziedzina tak bliska nam i tak mówiąca o nas samych i o tym wszystkim co się dzieje dookoła nas, że polecam wszystkim taką przygodę z filozofią. Może nie od razu Hegla albo Heidegera, ale na pewno znajdzie się coś łatwiejszego nawet na naszym podwórku co jest naprawdę warte uwagi.

BHU: A co byś poleciła?

AK: Może Kołakowskiego na początek. To jest świetne. Jest taki świetny esej "Czy diabeł może być zbawiony". Taki przewrotny tytuł, świetny tekst. Naprawdę myślę, że ultrasom by się spodobał.

BHU: A jeśli czytasz książki dla relaksu, dla rozrywki, to jakie to są książki?

AK: Wiesz co najczęściej to są książki, takie właśnie bliskie człowiekowi, ja bym to powiedziała. Nie czytam fantastyki czy jakiś Harlekinów czy jakichś opowieści wymyślonych, tylko zazwyczaj to są reportaże, biografie, książki, które jakoś tam może zahaczają o tematy filozoficzne, takie po prostu bliskie człowiekowi. Jest dużo tych tytułów. A później m.in. dlatego też poszłam na filozofię, bo tych książek już było na tyle dużo i na tyle zaczęłam szukać czegoś więcej w nich, a nie zawsze to znajdowałam. Więc po prostu szukałam czegoś innego, czegoś co jest takie wiesz, bardziej trochę co wymaga od siebie dużo więcej, ale też potem dużo więcej od tego dostajesz. I właśnie filozofia mi to dała. Byłam zauroczona. Na początku, na pierwszym semestrze nie wiedziałam o co chodzi zupełnie i byłam po prostu rzucona na głęboką wodę ale jak się później w tym jakoś odnalazłem, to się okazało, że te teksty są po prostu takie głębokie, wiesz, takie, które naprawdę mogą Ci wiele dać. Często też jeden tekst czy jeden rozdział, który ma 15 stron był bardziej wartościowy niż książka, która ma 250 str. Oczywiście takie też czytam nadal bo nie da się czytać filozofii to jest po prostu za bardzo obciążające i w pewnym momencie człowiek po prostu nie daje rady już. Więc takie normalne książki też gdzieś się przeplatają. Natomiast filozofia to była duża, dla mnie duże odkrycie.

BHU: Z twojej wypowiedzi ty lubisz od siebie wymagać więcej. I to chyba w każdym aspekcie życia, co?

Pewnie tak, to jest czasami obciążające bo jest jakaś taka ciągle coś cię tak pcha, że nie siedzisz w miejscu i nie spoczywasz w jednym momencie, tylko gdzieś tam ciągle szukasz. Z jednej strony jest obciążające a z drugiej strony po prostu ja wiem, że nie umiem inaczej i po prostu postanowiłam się z tym w jakimś sensie pogodzić. I też wiem, że to jestem ja po prostu i że nie mogę z tym walczyć. Wiadomo, że są momenty gdy ja sama potrzebuję odpoczynku i nie robię ani sportu ani nie czytam filozofii, ale no tak trochę jest. Ale może to tak jest, że jak już się wzięło od życia trochę więcej, to się po prostu chce ciągle trochę więcej. Nie wiem na ile tak można i dokąd to finalnie prowadzi, ale życie jest na tyle interesujące i piękne i świat, który jest dookoła fascynujący. Po prostu na tle kosmosu chociażby, wszechświata, który też jest też po części interesuje, bo to niesamowicie mnie fascynuje, że jesteśmy ziemią, która w obliczu tak ogromu wielkiego, zupełnie nie wyobrażalnego dla nas poza wszelkim doświadczeniem i wyobrażeniem jesteśmy my, tutaj. Wiesz, płyną wodospady, rzeki, ptaki i w ogóle. Flora i fauna, która jest absolutnie niesamowita. Pamiętam rok temu byłam w Nowej Zelandii i to mnie tak nagle, tak mnie uderzyło, że wiesz świat jest po prostu tak niesamowicie piękny i szkoda by było tak nie widzieć i nie odkrywać, nie doświadczać, tak pozwolić temu jakby obok siebie przeżywać. To też jest tak, że wymagasz od siebie, przynajmniej ja tak mam, że wymagam od siebie, bo wiem, że te rzeczy takie wyjątkowe czy te emocje czy wrażenia czy takie przeżycia, które masz, które zapamiętujesz na całe życie. One nie są po prostu łatwe do zabrania. Żeby to przeżyć, musisz po prostu dać z siebie trochę więcej i te emocje, one się nie pojawiają bo leżysz na kanapie i klikasz pilotem w telewizor. I nagle o, przychodzą wspomnienia, o nagle, wiesz, odkryłem to i tamto, byłam w tych tych górach, po prostu miałam kryzys wtedy i wtedy, pływały na kajaki po morzu. Wiesz, to są trudne rzeczy wymagające ale one same się nie wydarzą. One same po prostu, musisz po to sięgnąć, a żeby po to sięgnąć, trzeba trochę więcej i to więcej często jest jakoś tam kosztowne i nie zawsze czy to finansowo czy tak w ogóle energetycznie życiowo ale potem się okazuje, że wiesz, że było warto. Każdy to powie. Każdy ultras też powie, że było warto, że to było cholernie bolesne i cholernie trudne ale po prostu było warto i ja też tak do tego podchodzę, do tego brania trochę więcej. Chcę mieć poczucie po prostu, że zabrałem tyle ile się dało. Być może to doświadczenie śmierci Tomka, takiej bardzo namacalnej w takim młodym wieku w jakim ja miałam 26 lat, jak Tomek umarł. A wydawało mi się, że będziemy parą na zawsze. I to uczucie między nami było duże i jednocześnie doświadczenie takiej straty, takiego bólu i właśnie tej śmierci, którą ją po prostu zobaczyłam, ja ją widziałam. Ja wiedziałam, że ona jest. Do tej pory wiesz jak jesteś młody czy nawet nie młody, możesz mieć nawet 50 lat i nie zdawać sobie z tego sprawy, że umrzesz. Są tacy ludzie. A ja po prostu w wieku 26 lat miałam, ją przed oczami i wiedziałam, że ona jest i że mnie też przyjdzie i wtedy pomyślałam, że nie mogę tak tego zostawić. Wtedy byłam w takim ciężkim stanie i ta myśl po części mi też jakby otworzyła oczy i pozwoliła, że żebym realizowała dalej jakoś siebie i swoje dalsze plany, że no dobra albo zostaniesz tutaj na tej kanapie i po prostu nic z siebie nie dasz więcej albo po prostu spowodujesz, że to życie, jedno jedyne, które masz, będzie jakąś miało głębszą wartość i będziesz mogła na łożu śmierci powiedzieć "kurde super było". Nie zrobiłam może wszystkiego co bym chciała w życiu, bo to jest niemożliwe, ale przynajmniej mam poczucie, że dałam z siebie dużo i dzięki temu dostałam też dużo.

BHU: Właśnie to jest niesamowite, że tak przykre doświadczenia jak śmierci bliskich też potrafią być darem dla nas. Potrafisz patrzeć na to w ten sposób.

AK: Czasami tak, chociaż jak przypomnę sobie co musiałam przeżyć, żeby móc o tym mówić i traktować to jako powiedzmy dar, w cudzysłowie, to jak wiem, ile to będzie kosztowało, to ciężko mi to oceniać, że to był dar jednak, bo to była bardzo duża i ciężka droga, ale no tak jest. Ja jestem inną osobą też przez to dużo książek czytałam później na te tematy i związane z tym żeby to jakoś sobie w głowie poukładać i trafiłam na takie zdania że ktoś straci najbliższą osobę to już nigdy nie będzie tą samą osobą że to już zawsze jest ktoś inny. Ja już zawsze będę Agnieszką która straciła Tomka wiesz to się nie objawia w moim życiu ja teraz jestem normalna żeby nie było jestem w innym związku jestem szczęśliwa. Wiesz co to jak na przestrzeni tych lat być wszystko zmieniło. Natomiast to co się wydarzyło i to co musiałam przejść ile myśli by przerobić w głowie to już zawsze ze mną zostanie. To już zawsze jest ta blizna gdzieś tam będzie ale tak jak mówisz to wiele rzeczy odkryłam inne dzięki temu wiele rzeczy może bardziej zrozumiałam wiele rzeczy bardziej doceniam albo bardziej odpuszczam bo wiem że po prostu niektóre rzeczy nie mają znaczenia w takim globalnym oglądzie można powiedzieć. Więc tak to jest długi temat.

BHU: Dziękuję bardzo Agnieszka za rozmowę. I za to, że wpadłaś i pogadaliśmy chwilę. Dziękuję serdecznie.

AK: Bardzo miło. Dziękuję również i do zobaczenia na ZUKu.

BHU: Do zobaczenia na ZUKu. Pozdrawiam, trzymaj się.

BHU: §Teraz jak już jest po wszystkim i pewnie większość z Was wyłączyła podcast. Mogę się przyznać, że nie wiem ile razy ściskało mnie w gardle jak przygotowywałem się do tej rozmowy. Podobnie czuję się teraz gdy myślę o tym co spotkało Agnieszkę i Tomka. Zacząłem się zastanawiać dlaczego tak się przyjmuje. Przecież nie brak dramatów i smutnych historii dookoła nas. Tomek nie był pierwszym himalaistą, który nie wrócił z gór a Agnieszka nie była pierwszą dziewczyną która została sama. Jednak w tej historii jest coś absolutnie obezwładniającego, tylko dlaczego? Z początku poczułem wielką niesprawiedliwość. Jak to, tacy piękni, młodzi, zakochani i koniec. Tak nie może być! Ale to nie było to. To były bardzo powierzchowne emocje. Zacząłem kopać głębiej. Przypomniał mi się cytat z Woodyego Allena: "najromantyczniejsza jest miłość nie spełniona". Zapewne to prawda, ale nie dlatego zatyka mnie w gardle, a kolana miękką jak myślę o tej parze. śmierć owszem, wszyscy się boimy. Wydaje nam się być największą tragedią w życiu. Patrzę jednak na śmierć jako na część życia, nieuchronną jego konsekwencje. A staram się w życiu nie przejmować rzeczami, na które nie ma wpływu. Więc na pewno nie chodzi mi o strach przed śmiercią. Ponieważ nie wiedziałem o co mi chodzi, ja chciałem jakoś sensownie zamknąć ten odcinek, no i dowiedzieć się czemu ta historia tak mnie dotyka - poszedłem pobiegać. Mam taką ulubioną bieżnię na mojej siłowni, w której godzinami upatruje się w tabliczkę wyjścia ewakuacyjne. Skupiając się na tej tabliczce, wchodzę w stany bliskie medytacyjnym. Z góry przepraszam za wątłość mojego wywodu ale dzielę się z wami po prostu tym co mnie spotkało i do czego doszedłem. Zacząłem więc myśleć podczas biegania, co jest dla mnie gorsze w życiu od śmierci, w końcu do mnie dotarło, że chodzi o pustkę. Nie ma nic gorszego niż pustka. Najtrudniej jest wrócić do pustego mieszkania i najtrudniej jest też przemierzać lodowe lub piaszczyste pustkowie. Jesteś zdany na siebie. Nikt ci nie pomoże. Dopóki żyjemy mamy wpływ na to czy wokół nas zostawimy przestrzeń dla pustki. Możemy też przygotować się na jej nadejście, tak samo jak możemy się przygotować do dalekiej wyprawy. Ale gdy już stajemy z nią twarzą w twarz, to nic innego już nie istnieje i nie ma znaczenia. Tylko my i ona. Wydaje mi się że historia Agnieszki i Tomka dlatego mnie tak paraliżuje bo jest to przykład pustki, który się stworzył i nie można w żaden sposób na nią wpłynąć. Nie można nic do niej wlać ani z niej zabrać. Żadne słowa nie są w stanie tej pustki wytłumaczyć i żadne gesty załagodzić skutków jej powstania. Czuję jakbym się w nią zapadał i dlatego tak ściska mnie w gardle. I cały sztywnieje. I tak sobie myślę o tym naszym bieganiu i o zarzutach jakie często słyszymy, że od czegoś uciekamy, że uciekając szukamy nie wiadomo czego. Może tak, a może prawda jest zupełnie inna. Może szukamy metody na swoje pustki szukając kresu naszych fizycznych i mentalnych sił próbujemy się do niej zbliżyć i mówimy do niej: "Hej, wiem jak wyglądasz. Nie jesteś wcale taka straszna." I wracamy do domu, z myślą, że następnym razem pójdziemy dalej. Dziękuję wam serdecznie za wysłuchanie tego podcastu. Zapraszam Was też do wysłuchania pozostałych 38 odcinków ultra historii. Jeśli podoba Wam się to co robię wspierajcie podcast w mediach społecznościowych i umieszczajcie informację o nim w relacjach, postach i na tablicach. Niech wieść niesie i słuchaczy przybywa. Im więcej słuchaczy, tym większa szansa że podcast będzie długo cieszył wasze uszy. Możecie również wesprzeć finansowo na patronate.pl/BlackHatUltra. Bardzo doceniam każdy wkład. A najniższy próg wsparcia to tylko 5 złotych, więc nie ma na co czekać. Dokładny link znajdziecie w opisie odcinka. W tej chwili podcast na Patronate wspierają 23 osoby, ale chciałbym wymienić nazwiska tych, których wkład jest największy. Są to: Krzysztof Bednarz, Marcin Jaźwiecki, Marcin Stefaniak, Edyta Winnicka.

Ten odcinek podcastu Black Hat ultra przygotowali: Kamil Dąbkowski prowadzenie oraz Piotr Krzysztof Pietrzak montaż, transkrypcja i media społecznościowe. A autorem muzyki jest Audiodealer.

A jeżeli jeszcze ktoś tu jest.

Jeśli jeszcze ktoś mnie słucha.

Jesteś tu?

Zatrzymaj się na 30 sekund.

Zamknij oczy i poczuj swój oddech.

Tak po prostu. 


Buźka!